"Głupi, niewrażliwi recenzenci zniszczyli mnóstwo świetnej muzyki i artystów, którzy okazali się nie dość silni, żeby tak jak ja powiedzieć - A pierdolę was równo". Miles Davis
Koniec kneblowania ust mediom tajemnicą państwową?
09-05-2008 16:34
Sąd Rejonowy dla m. st. Warszawy wydał ważne orzeczenie dla wolności słowa w Polsce. Umorzył karny proces przeciwko Jarosławowi Jakimczykowi i Bertoldowi Kittlowi z powodu braku cech przestępstwa. Sprawa dotyczyła ujawnienia tajemnicy państwowej.
Miejmy nadzieję, że od tej pory prokuratura nie będzie wszczynać śledztw przeciw dziennikarzom za ujawnienie przez nich w swoich publikacjach informacji objętych tajemnicą państwową. Wszczynanie śledztw nie tylko umożliwiało prokuraturze, służbom, możliwość legalnej inwigilacji dziennikarzy, ale przede wszystkim było próbą kneblowania ust mediom.
Bogdan Rymanowski opowiada o tym, co towarzyszyło mu podczas realizacji serialu „Szpieg”:
- Mnie dwukrotnie próbowano się włamać do mieszkania, a kiedy wracaliśmy z Majorki, gdzie szukaliśmy śladów Władymira Ałganowa, zaginęły nam bagaże. Kilka razy miałem dowody na to, że jesteśmy podsłuchiwani. Rozmawiałem kiedyś z Zacharskim przez telefon stacjonarny, a następnego dnia fragment tej rozmowy ktoś nagrał mi na skrzynkę komórki. Nie wiem, co o tym myśleć, może ktoś chciał nam dać do zrozumienia, że dobrze wie, czym się zajmujemy? (Dziennik)
Czy PO w tajemnicy zamienia Polskę w państwo Orwela?
07-05-2008 02:05
Platforma Obywatelska nie wyjaśniła sprawy inwigilacji mediów i innych spraw, choć mijają miesiące. Dlaczego? Bo mają takie same inklinacje? Chcą mieć także niepokornych pod kontrolą?
Okazuje się, że rząd PO „chce, by prokurator mógł sam decydować o tym, czyje konto bankowe weźmie pod lupę. Jego właściciel nie będzie musiał mieć nawet postawionego zarzutu. Nowelizacja zdejmuje również obowiązek zaopiniowania wniosku prokuratorskiego przez sąd. A bank będzie musiał udostępnić wszystkie żądane informacje. "To poluzowanie dostępu do tajemnicy bankowej i złamanie prawa do prywatności" - oburza się ekspert ZBP.
Jak rząd uzasadnia potrzebę tak kontrowersyjnej zmiany? Tym, że dotychczas banki, zasłaniając się tajemnicą, często odmawiały udzielania informacji o kontach jednoosobowych firm.
"Brak dostępu do takich kont często paraliżował śledztwa w sprawie np. mafii paliwowej" - mówi DZIENNIKOWI były koordynator służb specjalnych Zbigniew Wassermann z PiS. - A takie grupy do swojej działalności przestępczej najczęściej wykorzystują sieć tzw. słupów: podstawionych osób fizycznych, które prowadzą działalność gospodarczą.”
Rozumiem, że Platforma Obywatelska każdego obywatela zacznie podejrzewać o bycie słupem w mafii paliwowej, węglowej i innej…. Ale premier Donald Tusk przecież zapewniał i nadal zapewnia, że nie traktuje obywateli jak potencjalnych przestępców.
„Eksperci Business Centre Club proponowali wielokrotnie, by prawo do wglądu w konta osobiste mógł mieć tylko prokurator stopnia nie niższego niż okręgowy oraz pod warunkiem, że ograniczy swój wniosek jedynie do ściśle określonego typu transakcji i kontrahentów – pisze Dzennik. - Mimo to ani poprzednie, ani obecne kierownictwo MSWiA nie wprowadziło w swojej propozycji żadnych zabezpieczeń. "Autorami nowelizacji były również resorty sprawiedliwości i finansów" - broni swojego resortu rzecznik MSWiA Wioletta Paprocka. Od innego przedstawiciela rządu usłyszeliśmy, że to dziwne, że resort Zbigniewa Ćwiąkalskiego nie skorygował z propozycji samego Zbigniewa Ziobry."
Zamknąłem maszynopis książki „Zabić Papałę. Kulisy śledztwa”. Czy ta książka może cokolwiek zmienić? Gdybym nie wierzył, że pisanie jej ma sens, nie mógłbym pisać. Przytoczę słowa Ryszarda Kapuścińskiego. „Oczywiście jestem świadom wszelkich ograniczeń, jakie stawiają nam okoliczności, sytuacje, historia i czas. Toteż moja wiara, aczkolwiek głęboka, nie jest absolutna, nie jest ślepa.
Na czym polega główne ograniczenie? Na tym, że pisanie rzadko tylko, w wyjątkowych wypadkach, wpływa na ludzi i na bieg historii bezpośrednio, radykalnie i natychmiast. Oddziaływanie słowa pisanego jest raczej pośrednie, a może być nawet na pierwszy rzut oka, w pierwszej chwili, niewidoczne, nieodczuwalne."
Kurski jak nigdy grzeczny. Wpadka z dzieleniem esbeków na swoich i obcych. Czuma lepszy niż Kalisz.
05-05-2008 19:06
Komisja do spraw nacisków zaczęła się leniwie. Dawno nie widziałem takiego ugrzecznionego Jacka Kurskiego. Obawy, że poseł Andrzej Czuma nie będzie radził sobie z jej prowadzeniem, jak na razie się nie sprawdzają. Daje sobie lepiej radę niż Ryszard Kalisz, szefujący komisją do sprawy wyjaśnienia śmierci Barbary Blidy.
Próba obalenia płk Jerzego Stachowiaka ze stanowiska eksperta komisji zakończyła się wypomnieniem Jackowi Kurskiemu i Arkadiuszowi Mularczykowi tego, że dzielą esbeków, na swoich dobrych i obcych złych.
Były esbek Bogdan Libera występował jako ekspert w sejmowej komisji ds. Orlenu, z pełnomocnictwa Zbigniewa Wssermanna. A Libera to człowiek, który pracował na tak kluczowym dla służb specjalnych PRL miejscu jak Wiedeń, gdzie ukrył się pod płaszczem radcy handlowego polskiej ambasady.
Strategia PIS na komisję (o jej części pisałem w artykule „Prokom i kontra" w Polityce) na razie nie działa. Nie udało się rozpocząć komisji od sprawy afery gruntowej i przesłuchania jako jednego z pierwszych Ryszarda Krauzego. Sprawa byłego ministra sportu Tomasza Lipca, od której zaczyna się komisja, jest dla PIS niewdzięczna, uderzy w ich obóz polityczny, a rykoszetem w Lecha Kaczyńskiego. Lipiec za prezydentury w Warszawie Lecha Kaczyńskiego pełnił funkcję dyrektora Stołecznego Ośrodka Sportu i Rekreacji, był też członkiem Honorowego Komitetu Poparcia Lecha Kaczyńskiego na Prezydenta Polski.
Arkadiusz Mularczyk w "Magazynie 24 godziny", zapytał: „ Kto kieruje komisją śledczą ds. nacisków? Poseł Andrzej Czuma czy ktoś zza jego pleców? Dobre pytanie. Ale warto też zadać kolejne pytanie. Kto kieruje posłami Mularczykiem i Kurskim? Czy oni sami sobą, czy ktoś za ich pleców?
Gadzinowskiego flaszka z Głódziem i wstręt Dorna, czyli PIS wreszcie uznał tygodnik „Nie”
03-05-2008 13:04
Z prezydium Rady Programowej TVP usunięto medioznawcę popieranego przez PO. Na jego miejsce członkowie Rady, związani z PiS i LPR, wybrali dziennikarza tygodnika "NIE" Piotra Gadzinowskiego - ustalił "Newsweek" (Joanna Tańska).
Przypomina mi się niezadowolenie Ludwika Dorna, gościa programu Konfrontacja, który widząc wypowiedź dwóch dziennikarzy tygodnika „Nie”, obruszył się na to, uważając, że nikt nie powinien dawać prawa głosu dziennikarzom pisma, którego naczelnym jest Jerzy Urban. Pamiętam, jak kiedyś chciałem zaprosić do studia Jerzego Urbana i jak na to reagowali prawicowi politycy i publicyści. Przygryzali wargi, jak widzieli go później na ekranie monitora, puszczonego z taśmy.
Czyżby politycy w PIS uznali wreszcie tygodnik „Nie” za taki sam wartościowy tytuł jak reszta prasy? Nie? Rozumiem, że Ludwik Dorn i tym razem zaprotestował. Wsparli go w tym inni PIS-owscy politycy, którzy bronili abp. Słwoja Leszka Głodzia, gdy ten stawał się metropolitą Gdańskim. Przecież jeszcze kilka dni temu Piotr Gadzinowski na swoim blogu pisał:
„Głódź był stałym , abonamentowym wręcz bohaterem publikacji w " Nie". To u nas został " Flaszką " ochrzczony, my potem sławiliśmy jego miłość do gorzały i chłopaków z żandarmerii wojskowej. Kiedy Głodź służył u Kwaśniewskiego -zwierzchnika sił zbrojnych, to bywał na corocznych przyjęciach wydawanych przez ówczesnego prezydenta. I ja tam też bywałem. I zawsze musiałem oganiać się od podchmielonego hierarchy polskiego Kościoła kat. Głódź po wypiciu płynów alkoholowych przypominał sobie wszystkie / !!!/ publikacje z " Nie" poświęcone jemu. I z flaszką w garści, najpierw wyszukiwał , potem dopadał mnie. Chciał byśmy się napili, i po wypiciu flaszki przynajmniej, polubili się (…) Problem w tym, że piję, jak na Polaka, rzadko. A jeśli już , to tylko z tymi, których wcześniej choć trochę polubiłem. Jedynie kurtuazyjny taost dopuszczam ze wszystkimi. Radośnie, towarzysko pić mogę tylko z osobami miłymi mi. Rzadko niestety. Głodzia nigdy nie lubiłem. Pomimo jego corocznych prób wciskania mi rozkochujących płynów, inaugurowania zakochania przez uchlewanie, nigdy go nie polubiłem.”
Hipokryzja polityków rozdzierających szaty w obronie mediów publicznych wzbudza odruch wymiotny. Ich wiarygodność zawsze można zrewidować poprzez konkretne decyzje personalne w mediach. I cieszyć się tylko można, że Piotr Gadzinowski idzie w górę, przynajmniej trochę „zasmrodzi” im powietrze swoim brakiem politycznej poprawności.
W tej chwili w Warszawie i jej okolicach nie działa żadna znacząca grupa zorganizowana - twierdzi rzecznik Komendanta Głównego Policji Mariusz Sokołowski.
Jest pewien element, który wystąpił po śmierci Blidy. Próby zaangażowania Policji w tę sprawę, ale nie mogę się o tym wypowiadać, to temat na komisję śledczą - powiedział w rozmowie ze mną wysoki funkcjonariusz KGP.
Kiedy z sejmowej mównicy Kazimierz Kutz grzmiał, że nie ma mafii węglowej, doskonale oddawał atmosferę, jaka panuje wokół tej sprawy. Wszyscy najchętniej by zapomnieli o tym, co od lat jest prawdziwym problemem na Śląsku. A problem istnieje. Śląsk toczy gangrena przestępczych związków biznesmenów, szefów firm węglowych, samorządowców, polityków i przedstawicieli prawa.
Straty w obrocie węgla wynoszą od 50 do 150 miliardów złotych. Prawie budżet Polski. Zmieniają się rządy, opcje polityczne i nic z tego nie wynika. Układ korupcyjny trwa. Węgiel na Śląsku jest ponad podziałami politycznymi. Z niego żyją całe rodziny. Trudno rozbić ten układ wzajemnych powiązań, interesów a jest to konieczne, by zmienić Śląsk.
Tragiczna śmierć Barbary Blidy nie powinna przykryć tej prawdy.
Dzisiejszy Newsweek napisał: „Latkowski świadkiem ws. przecieku z afery gruntowej
- Sylwester Latkowski zostanie przesłuchany dzisiaj o godzinie 14 - potwierdziła w rozmowie z Newsweekiem Katarzyna Szeska rzecznik Prokuratury Okręgowej w Warszawie.
- Jestem zdziwiony, że prokuratorzy w tak ważnej sprawie, po tylu miesiącach pracy zaczynają przesłuchiwać dziennikarzy, którzy zajmowali się sprawą tajemnicy 40. piętra Hotelu Marriott - powiedział w rozmowie z Newsweekiem Sylwester Latkowski. - Nie wiem czego oczekują prokuratorzy tym bardziej, że obowiązuje mnie tajemnica dziennikarska. Wolałbym, żeby prokuratorzy równie gorliwie zajmowali się wyjaśnianiem przypadków nielegalnej inwigilacji dziennikarz - dodał dokumentalista."
Byłem zdziwiony wezwaniem, ale po przesłuchaniu już mniej. Prokuratorzy mieli podstawę wezwać mnie w charakterze świadka. Szkoda, że nie od razu tego uczynili. Czy była to wówczas świadoma decyzja?
Być może Zbigniew Ziobro, Bogdan Święczkowski i Grzegorz Ocieczek (postać, która niesłusznie jest cały czas w cieniu) chcieli mieć pretekst do, tym razem, od pewnego momentu, niby legalnej inwigilacji?
Czy obawiano się, że mógłbym zeznać w sprawie inwigilacji? Był to okres (od czerwca), kiedy w tej sprawie zwracałem się wielokrotnie m.in do ówczesnego szefa MSWiA Janusza Kaczmarka (otrzymałem smsa od niego, że wszczął oficjalny bieg), zamierzałem zgłosić się z problemem do sejmowej komisji do spraw służb specjalnych, rozmawiałem o tym z dziennikarzami. Gdybym zeznał to wówczas, należałoby wszcząć oddzielne postępowanie, które nie było na rękę ówczesnym decydentom.
Na pewno już dzisiaj mogę powiedzieć jedno - Nie bez powodu zatrzymano w moim mieszkaniu Janusza Kaczmarka, nie czekając aż wyjdzie i wsiądzie do służbowego samochodu z BOR-owcami, którzy mogli go zawieźć do prokuratury. Chciano upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Media nie okazały się jednak bezmyślnym przekaźnikiem.
Teraz pozostaje mi tylko wyjaśnić postępowanie Janusza Kaczmarka. Czy był to ciąg przypadków, czy jego świadoma gra, która miała osłaniać jego osobę?
PS. Rano otrzymałem sms-a: "Googol: W naszym mieście wszyscy to kanalie. Jedyny uczciwy człowiek, to prokurator, a i on też świnia."
Dla moich bliskich znajomych to nie najlepszy czas.
M. zmarł ojciec. Przez kilka ostatnich dni czuwał przy nim. Kilka miesięcy wcześniej zmarła mu matka.
Dwa dni temu po kilkudniowym milczeniu, wreszcie rozmawiałem z (…)
- J. miał wylew częściowy do mózgu, byłem w (…) – wyjawia, ku mojemu zaskoczeniu.
- Częściowy? – pytam.
- Tak, uszedł z życiem ... ale czekamy na skrzep, aby można było go operować. Na razie się nie może ruszać (…) Modlę sie za niego aby z tego wyszedł...
Wróciłem z Trójmiasta. Wystawiono do licytacji nocny lokal „Maxim” w Gdyni-Orłowie. W Polsce znają ten lokal z piosenki zespołu Lady Pank. Nocny klub, w który Nikoś, w 1974 roku stał na bramce, a potem z trójmiejskimi gangsterami integrował się z gwiazdami show biznesu.
Rozmówcy z Trójmiasta szykują się na ostrzał, który padnie z poważnych tytułów prasowych wymierzony w Ryszarda Krauze i związanych z nim osób. Ubolewają, że nie wiedzą, czym wszystko się zakończy.
Tylko jeden rozmówca wspomniał o wymianie abp. Gocławskiego na abp Głódzia, i ani nie ubolewał ani się cieszył. Protest bardziej żyje w mediach niż wśród ludzi z Trójmiasta.
- Kto naprawdę z tych krzyczących przeciwko abp. Głódźowi chodzi do kościoła co niedziele? – powiedział.
Ludzie Tuska, wywodzący się z Trójmiasta zaczynają cierpieć na chorobę władzy i już mają problem z odbieranie telefonów od swoich znajomych. Typowe.
Przed wyjazdem miałem smutną rozmowę z policjantem, który zwracał uwagę na to, że u niego nic się w firmie nie zmienia. Nadal trwa choroba na Naj. Powołuje się kolejne ekipy z najlepszych policjantów, najlepszych analityków. Potem okazuje się, że ci Naj nie mają nic takiego w swoim zawodowym dorobku. Ile może być tych Najlepszych? I czy jeśli się powoła ekipę najlepszych policjantów do sprawy Olewnika, to w sprawie Papały nie ma już Najlepszych, i czy Najlepszych starczy do innych spraw?
Joanna Skibniewska w reportażu "Katownia w Krakowie" opublikowanym na łamach tygodnika "Nie" opisała mroczną rzeczywistość panującą w krakowskim areszcie, gdzie zagłodził się na śmierć rumuński obywatel, Claudiu Crulic.
Skibniewska opowiada o innych ofiary krakowskiego aresztu przy Montelupich, w którym zdarzenia takie, jak to dotyczące rumuńskiego więźnia, wcale nie są wyjątkowe. Przy tej okazji także wyłania się skandaliczny obraz pracy prokuratury w Krakowie.
„Leszek Szlachcic jest inwalidą I grupy, niewidomym. Nigdy nie był karany. Spędził 27 miesięcy w areszcie śledczym w Krakowie.(…)
Gdy trafił do aresztu, miał zaświadczenie od lekarza, że musi być pod stałą kontrolą okulisty. Mógł sobie tym świstkiem tyłek podetrzeć.
– Gdy zgłaszałem prośbę o konsultację lekarską, służba więzienna pisała, że moje problemy wynikają z samouszkodzenia wzroku – mówi Szlachcic. – To jakiś absurd.
Szlachcic ma dowód, że to nieprawda. Sądowy lekarz okulista wydał opinię, że nigdy nie doprowadzał do samookaleczeń, a dotychczasowe zmiany spowodowane są chorobą. O konsultacji lekarskiej w czasie aresztu nie miał co marzyć. Prokurator nawet nie rozpatrywał jego próśb. Szlachcic stracił wzrok.
Złożył doniesienie o przestępstwie. Umorzono. Złożył następne, następne i następne.
Umorzono. Wszystkie sprawy prowadziła prokuratura w Krakowie.
Stanisława Chmielewska(…) Gdy z powodu konwulsji wreszcie zbadał ją więzienny lekarz i zrobił EKG, wyrwał z aparatu wynik i darł go na strzępy. Potem znowu robił pomiar i znowu darł, a pielęgniarka trwożnie pytała: „Wołamy pogotowie?!(…)
Na Montelupich trafił także jej syn, zdrowy. To było wielkie, silne chłopisko, zbudowane jak ze stali. Po dwóch miesiącach zaczęły się zawroty głowy, silne bóle, utraty przytomności. Prosił o konsultację lekarską. Prokurator uznał, że symuluje. Raz zmierzono mu ciśnienie: 200/120. Lekarz się uśmiał i wysłał go do celi. Niedługo potem Chmielewskiego sparaliżowało. Służbę więzienną zaalarmowali współwięźniowie. Gdy przyszedł lekarz, pociął mu nogę, żeby udowodnić, że aresztant ma czucie w nogach. Adam do dziś ma blizny. Lekarz stwierdził, że „coś jest nie tak”, i zostawili go w celi. Na rok. W międzyczasie wysiadło mu serce. Gdyby nie więźniowie, Chmielewski umarłby z głodu. Zwyczajnie w stanach krytycznych trzeba było go karmić. Prokurator nie wyraził zgody na konsultację lekarską, mimo że narzeczona i matka błagały w pismach o pomoc lekarską. Kiedyś w drodze na przesłuchanie zaczął umierać. Służba więzienna zatrzymała się przy pierwszym w mieście szpitalu. Ledwo przeżył. Lekarz więzienny chwilę przedtem napisał, że jest całkowicie zdrowy i może brać udział w przesłuchaniu. Z aresztu wyszedł ze zrujnowanym zdrowiem(…)
Porozmawialiśmy z innymi pensjonariuszami krakowskiego aresztu – Leżałam w szpitalu więziennym – mówi była aresztantka, – a nad nami dosłownie wył człowiek. Nazywali go Sum. Miał trochę ponad 20 lat. Wył przez tydzień. Z bólu.
Aż pewnego dnia słychać było, jak strażnicy wpadli do celi, był wielki rumor, huk. Nietrudno było rozpoznać odgłosy bicia. I chłopak przestał wyć. Niedługo potem próbował się powiesić. Jego rodzice składali doniesienie. Udokumentowali winę. Postępowanie prowadziła krakowska prokuratura. Wynik znamy.
Dawid L., Żyd z oddziału III. Młody chłopak ze stwierdzoną klaustrofobią. Miał zalecenie dodatkowych spacerów po korytarzu. Był bity przez oddziałowych i klawiszy. Raz odmówił jedzenia. Został dotkliwie pobity. Naśmiewali się z niego, mówili „Mosiek”. Zamykali specjalnie w izolatce. Wychodził oszalały. Po paru takich odosobnieniach nigdy nie wrócił do siebie. Nasi informatorzy ostatni raz widzieli go, gdy na Montelupich był prawie rośliną.(…)
Iwonka, 22 lata, przyszła do aresztu zdrowa. Za niespłacony kredyt. Po pewnym czasie wpadła w panikę. Bała się wejść do celi. Współwięźniarki były pewne, że zabrano ją do psychiatry. Gdy w południe szły na spacerniak, zobaczyły Iwonkę. Leżała na korytarzu na podłodze. A tam goły beton. Bezwładna, prawie goła. Prosiły oddziałowego, żeby wezwał lekarza. Gdy wracały po godzinie, Iwonka nadal leżała na tym samym miejscu. Nieprzytomna. Gdy więźniarki zaopiekowały się nią i odzyskała przytomność, nie była tą samą dziewczyną. Nie mówiła, nie umiała się ubrać, umyć. Nigdy nie zbadał jej psychiatra. Więzienny lekarz zaordynował jakieś leki. Spała po nich z otwartymi oczami. Nie było z nią kontaktu(…)
Współwięźniowie wzywali lekarza na pomoc. Przyszedł. Kazał mu wstać i iść do pielęgniarki. Chory nie mógł. Strażnicy zostawili go, tylko zerkali przez wizjer. Za dwa dni znowu więźniowie wzywali pomoc. Chory tracił przytomność. Kazano mu wstać i iść do pielęgniarki. Tak było trzy razy. Po ośmiu dniach wyniesiono go na noszach do więziennego szpitala. Parę cel dalej. Za późno. Zmarł na noszach tuż przy celi mojego rozmówcy. Miał zawał(…)
Na Montelupich są dokręcane łóżka pod sufitem. Gdy przyjeżdża kontrola unijna, łóżka się odkręca, a więźniowie na chwilę umieszczani są w innym pawilonie. Opieka medyczna w tym areszcie praktycznie nie istnieje. Lekarze i pielęgniarze za wszelką cenę starają się nie wpisywać do karty złych wyników. Podobno na życzenie prokuratorów. Aresztant prawie zawsze może brać udział w przesłuchaniach, nawet gdy traci przytomność. Więźniowie mówią też, że stomatolog nie dezynfekuje narzędzi. Cały czas używa tych samych. Nikt nie zwraca uwagi na pory podawania leków. Cukrzycy zapadają w śpiączkę(…)
We wszystkich opisanych przypadkach przewijają się ci sami prokuratorzy i sędziowie. O kilku z nich już pisaliśmy. Mogliby być głównymi bohaterami i tego artykułu. Tym razem jednak bohaterami są ich ofiary. Ile ich jeszcze będzie? Nie trzeba jechać do Tybetu, żeby zobaczyć naruszanie wszystkich praw człowieka.”
W Rumunii kryzys w rządzie po śmierci Rumuna w krakowskim areszcie. Minister spraw zagranicznych Rumunii Adrian Cioroianu zrezygnował z urzędu, krytykowany za niewłaściwe zajmowanie się sprawą Rumuna, który zmarł w Polsce w konsekwencji strajku głodowego w areszcie.
A w Polsce cisza. Kto będzie przejmował się śmiercią głodową jakiegoś Rumuna? Trwa próba zamiecenia sprawy pod dywan. Przy przyzwoleniu mediów.
Dlaczego do dymisji nie podał się dyrektor aresztu śledczego w Krakowie, płk Stanisław Potoczny, Dyrektor Okręgowy Służby Więziennej w Krakowie, mjr mgr Zygmunt Lizak i Dyrektor Generalny Służby Więziennej, gen. dr Jacek Pomiankiewicz.
Chciałbym aby Sopot wyglądał tak, jak dzisiaj Harlem
09-04-2008 23:25
Maciej Świeszewski wrócił wczoraj z Nowego Jorku.
- Dlaczego masz taką depresję po tej podróży? – pytam.
- Zawsze jak ze Stanów wracam do Polski to się zastanawiam… To było za krótko, za intensywnie. Jeszcze dzisiaj poszedłem na Uczelnie i… Ale nieważne… Tyle wystaw zobaczyłem , byłem na koncercie IV symfonii Beethovena. Widziałem wystawę „Wierzę w zmiany.” Wielka instalacja…
Jak zderzasz się z tym całym absurdem, z tą niemocą ludzi tutaj. Coraz bardziej rozumiem na czym polega problem Polaków. Nie ma życzliwości i optymizmu. Zaciekłość i zawiść zżera ludzi.
Byłem kiedyś na kolacji ze Zbigniewem Brzezińskim i zapytano go, jaka jest przyczyna klęski Polaków? Odpowiedział: W Ameryce jest dwóch sąsiadów. Jeden ma więcej, drugi więcej, to ten co ma mniej zastanawia sie co on ma zrobić, żeby być lepszym od sąsiada, a przynajmniej dorównać mu. A w Polsce człowiek myśli jak załatwić sąsiada by nie miał nic.
Maciej wspomina wypad do Harlemu. Był tam poprzednio w 1974 roku.
- To jest w tej chwili piękna część Nowego Jorku. Czysta. Odświeżona. Zaczyna ta dzielnica kwitnąć. Tam jest czyściej niż u nas. Chciałbym aby Sopot wyglądał tak jak dzisiaj Harlem.
Czy można się dziwić temu, że Sławomir Mrożek zamierza po raz drugi wyemigrować z Polski?
– Tak, zamierzam osiąść w Nicei i tam dokonać żywota – mówi w rozmowie z "Rzeczpospolitą".
- W grupie policjantów, którzy badali sprawę Krzysztofa Olewnika był "kret", czyli osoba działająca w policji i służąca komuś innemu - powiedział na antenie TVN24 Ryszard Kalisz, były minister spraw wewnętrznych.
Czy Ryszardowi Kaliszowi chodziło o funkcjonariusza Mirosława G., z tej grupy, który miał udzielać informacji prywatnemu detektywowi Marcinowi Popowskiemu? Popowski przecież współpracował z Włodzimierzem Olewnikiem a nie porywaczami, jak insynuował w domyśle Kalisz.
Funkcjonariusz Mirosław G. nie został jednak jeszcze skazany. Spędził w areszcie 3 miesiące. Obecnie toczy się w sądzie jego sprawa o ujawnienie tajemnicy służbowej, ale nie dotyczy to przekazania informacji związanej ze śledztwem związanym z porwaniem Krzysztofa Olewnika. Mirosław G. miał podać informację do kogo należy samochód o konkretnym numerze rejestracyjnym.
W rozmowie Mirosław G. twierdzi, że sporządził analizę akt operacyjnych prowadzonych przez grupę kierowaną przez Remigiusza Mindę w Radomiu.
- Wielokrotnie zgłaszałem kierownikowi grupy Grzegorzowi K. uwagi dotyczące pomijania niektórych wątków, których wyjaśnienie byłoby wskazane - mówi Mirosałw G. - Szef specjalnej grupy CBŚ Grzegorz K. miał przez cały czas lansować wersję samouprowadzenia.
Grzegorz K. nadal pracuje w Komendzie Głównej Policji.
Czy kultura idzie na dno? - pyta Joanna Derkaczew w Gazecie Wyborczej przytaczając smutne wyniki badań, jakie pod koniec zeszłego roku przeprowadził TNS OBOP – „wykazały one, że 70 proc. dorosłych Polaków w ogóle nie uczestniczy w wydarzeniach kulturalnych - kolejne dane przyniósł raport z początku tego roku instytutu ARC Rynek i Opinia. Z tych badań wynika, że jedynie 27 proc. badanych wykazało choćby niewielkie, okazjonalne zainteresowanie kulturą. W porównaniu z badaniami z 2004 r. to prawie 10-proc. spadek Dla porównania: osoby deklarujące "zdecydowanie zainteresowane" to tylko 2-proc. elita.
Kultura coraz częściej ogranicza się dla Polaków do dostępnych w domu form rozrywki: • telewizję ogląda 99,2 proc.; • DVD - 57,5 proc. (od 2004 r. wzrost o ponad 17 proc.); • książki czyta 37,2 proc. (spadek o blisko 15 proc.). W ciągu czterech lat o połowę spadło zainteresowanie koncertami - z 22,6 proc. do 10,8 proc., a trzykrotnie wystawami - z 15 do 5,6 proc. i teatrem - z 15,2 do 6,8 proc.”
Prokuratorowi, który dokonał przełomu w śledztwie w sprawie porwania Olewnika grozi dymisja
06-04-2008 22:30
Otrzymałem informację od osoby znającej kulisy śledztwa w sprawie porwania i zabójstwa Krzysztofa Olewnika:
"Prokurator Piotr Jasiński z Olsztyna, który w kilka tygodni od przekazania mu sprawy porwania Krzysztofa Olewnika wyłapał zabójców i odnalazł zwłoki, a następnie stworzył białą księgę błędów organów ścigania w tej sprawie, został odsunięty od śledztwa i grozi mu zwolnienie z pracy."
Olewnik oskarża detektywa Rutkowskiego: Pomógł nas oskubać z pieniędzy.
06-04-2008 17:44
Włodzimierz Olewnik : „Rutkowski pomógł nas oskubać z pieniędzy. Kierownik jego grupy podesłał nam informatora, który wyłudził około milion złotych. Płaciłem za informacje, niby dogadywanie się z innymi gangsterami.”
Do tej pory nikt z policji, prokuratury nie wyjaśnił roli w tym nieudolnym śledztwie detektywa Krzysztofa Rutkowskiego.
Tajemnicze samobójstwa w sprawie Olewnika. Faniewski: Zastanawiam się, czy mi tu czegoś nie dosypali do jedzenia, żeby mnie załatwić.
05-04-2008 11:05
Wczoraj powiesił się w celi Sławomir Kościuk (51 lat), który otrzymał dożywocie w procesie o porwanie i zabójstwo Krzysztofa Olewnika. To dzięki niemu było możliwe poznanie okoliczności tej zbrodni. To on wskazał miejsce, gdzie znajdowało się ciało Olewnika.
Wcześniej, w nocy z 18/19 czerwca 2007 roku, w celi Aresztu Śledczego w Olsztynie powiesił się Wojciech Franiewski uważany za organizatora tej zbrodni. Okoliczności jego śmierci wzbudzają dużo wątpliwości. W jego organizmie znajdował się alkohol i amfetamina. Tuż przed śmiercią napisał list do żony, który nie wskazywał, że targnie się na siebie. „Ogólnie to mam huśtawkę nastrojów, ale w tej sytuacji to normalne i zdając sobie z tego sprawę jakoś pokonuje dzień za dniem.” Wskazywał żonie na sprawy, które należy wyjaśnić. Prosił między innymi, aby ustaliła kilka szczegółów.
Do dzisiaj nikt nie odpowiedział, jak to możliwe, że do celi będącej pod szczególnym nadzorem, monitorowanej, mogły trafić narkotyki i alkohol. Wcześniej Franiewski skarżył się w jednym z listów, że chyba mu coś podają.
W liście z dnia 7 stycznia 2007 roku pisał do żony:
„Długo nie pisałem, bo byłem chory. W niedzielę 31 grudnia dali tu („gulasz”) na obiad i zaraz poczułem się źle. O 3 po południu wyrzygałem to gówno, ale byłem już zatruty i tak mnie kołdun bolał od wczoraj. Nic nie chciało mi się jeść, pić, żyć, być (…) Zastanawiam się, czy mi tu czegoś nie dosypali do jedzenia, żeby mnie załtawić.”
Obie śmierci łączy jedno. Miały miejsca w specjalnych monitorowanych celach dla osób niebezpiecznych, będących pod szczególnym nadzorem.
Przypomnę, że tak naprawdę nie poznaliśmy do dzisiaj zleceniodawców porwania i zabójstwa Krzysztofa Olewnika. Jedną z osób, która mogłaby coś wyjaśnić w tej sprawie był Henryk Niewiadomski, pseudonim Dziad. Tropy prowadziły do starego Wołomina. Niestety nie zdążyłem z nim porozmawiać, dopadła go śmierć w radomskim areszcie ( w jego przypadku z przyczyn naturalnych).
Abp. Głódź niepokornych w Trójmieście powiesi na haku Stella Maris
04-04-2008 22:10
Kilku moich rozmówców z Trójmiasta odnosząc się do wymiany na fotelu Metropolity Gdańskiego abp. Tadeusza Gocłowskiego na abp. Sławoja Leszka Głódzia, jako najważniejszy problem wymieniło sprawę Stella Maris, a nie religijny. W przeciwieństwie do tego, co się sądzi, sprawa Stella Maris nie została jeszcze zamknięta do końca. W kościelnych archiwach Metropolity Gdańskiego jest trochę ukrytych trupów.
Bokiem przeszedł tekst w Trybunie Marka Czarkowskiego „Nie ruszajcie Stelli Maris”, który zwracał uwagę na ważny aspekt w tej aferze. „Wbrew temu, co często można przeczytać – (Stella Maris – od aut.) nie była u swego zarania spółką z o.o., lecz powołanym dekretem biskupa gdańskiego Tadeusza Gocłowskiego z dnia 10.01.1989 r. Wydawnictwem Archidiecezji Gdańskiej Stella Maris. Dyrektorem tej firmy był ksiądz Zbigniew B., a jego zwierzchnikiem abp Tadeusz Gocłowski. Postać na Wybrzeżu bez wątpienia wpływowa.
Ale istniało też Wydawnictwo Archidiecezji Gdańskiej Stelle Maris spółka z o.o. z siedzibą w Sopocie, ul. Abrahama 41/43. Działająca zgodnie z przepisami kodeksu spółek handlowych od dnia 30.07.2001 r. (repertorium A nr 2014/2001). Jedynym jej udziałowcem była parafia katolicka pw. św. Bernarda w Sopocie. Prezesem owego podmiotu był znany nam wcześniej ksiądz Zbigniew B. Łatwo to sprawdzić (…) Wszak w przeszłości prokuratura i Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego twierdziły, że kościelna fabryka lewych faktur działała w latach 1999 – 2000. Zatem mówili o firmie, która nie posiadała osobowości prawnej i była częścią archidiecezji gdańskiej, a nie o późniejszej spółce z o.o.!"
Abp. Sławoj Głódź uzyska dostęp do wiedzy skrytej pod biskupią sutanną, dzięki czemu stanie się posiadaczem haka na niepokornych. Wystarczy, że zdecyduje się upuścić trochę krwi abp. Gocławskiemu i kilku znaczącym trójmiejskim postaciom, by uzyskać posłuszeństwo i na głos wyrażany szacunek.
W 2004 roku przeprowadzono badanie, z którego wynikało, że konsumenci w ślepym teście wolą smak Pepsi. Gdy jednak pojawiała się marka uważali, że bardziej smakuje im Coca-Cola. (Brief 102/03, rozmowa z M.Lindstromem)
W polskich aresztach jest tak dobrze, że umiera się z głodu
02-04-2008 14:30
Historia Claudiu Crulica, który umiera w polskim areszcie (w XXI wieku, w demokratycznym, europejskim kraju), jest przykładem na to jak mylne panuje u nas wyobrażenie o dobrej sytuacji aresztach i więzieniach.
Co jakiś czas pojawia się artykuł prasowy lub reportaż telewizyjny, w którym maluje się niedorzeczny obraz, że tylko złotych klamek brakuje w kurortach wypoczynkowych dziwnie zwanymi aresztami.
Małgorzata Nocuń pisze w "Tygodniku Powszechnym: „Do jednego z krakowskich szpitali trafił z aresztu śledczego skrajnie wygłodzony człowiek. Przy wzroście 175 cm ważył 40 kilogramów. Po 24 godzinach zmarł. Coś takiego nie zdarzyło się w Europie od wielu lat(...) We wrześniu 2007 r. Claudiu napisał list do dyrektora aresztu śledczego przy Montelupich, w którym "w związku z zatrzymaniem i osadzeniem" domaga się kontaktu z rumuńskim przedstawicielstwem dyplomatycznym. I oznajmia, że rozpoczyna głodówkę. W styczniu 2008 stan Crulica określono jako ogólnie zły, miał wyniszczony i odwodniony organizm, ale orzeczono, że "może być leczony w szpitalu więziennym". Głodował od czterech miesięcy. 14 stycznia sąd wyraził zgodę na badanie krwi chorego i karmienie go przy pomocy sondy (…) 17 stycznia z aresztu do sądu dotarł ostatni faks w sprawie Crulica. Jego stan zdrowia oceniony został jako "bardzo ciężki, chory skrajnie wyniszczony, nie może wykonywać żadnego ruchu". Aresztowany ważył zaledwie 40 kg. Dalej lekarz napisał: "Chory wymaga intensywnego długotrwałego leczenia głębokich zmian metabolicznych, przekracza to możliwości leczenia w warunkach więziennej służby medycznej. Pogłębianie się istniejących zaburzeń może doprowadzić do zgonu. 18 stycznia po południu Crulic umarł. Gdy do Krakowa przyjechała matka po zwłoki syna, nie rozpoznała go.”
Może historia Claudiu Crulica skłoni dziennikarzy do refleksji, zanim popełnią kolejny nie mający nic wspólnego z realiami tekst o wspaniałym życiu aresztanta lub więźnia.
Sytuacja w aresztach polskich jest dramatyczna i tylko dzięki przyzwoleniu opinii publicznej nadal mało się tam zmienia.
W czasie procesu porwania i zabójstwa Krzysztofa Olewnika, jeden z oprawców, Stanisław Owsianko, wysłał z aresztu rodzinie Olewników kartkę z życzeniami na święta. Sąd ją zatrzymał. - Jeśli pan czuje skruchę i modli się, jak pan podkreślał, to niech pan się modli w swojej celi - powiedziała sędzia Ewa Bońkowska-Konca. - Niech pan nie dręczy już tej rodziny.
"(...) Eliot Spitzer jest profesjonalnym politykiem w każdym calu. W dzisiejszych czasach polityka i życie zawodowe są ze sobą splecione. Dlatego również życie prywatne Eliota Spitzera zostało zaplanowane perfekcyjnie. Przykładny mąż trójki dzieci, wykształcony, zamożny, z dobrego domu (tata w nieruchomościach). Już kiedy jako młody prokurator zaczynał swoją karierę wiedział, że aby się wybić trzeba wziąć się za tematy gdzie łatwo trafić na pierwsze strony gazet. Rozpoczął więc walkę z kilkoma znanymi prezesami firm z Wall Street domagając się uczciwości w biznesie, która w jego opinii powinna polegać na zmniejszeniu płac dla prezesów wielkich firm. Jego przesłaniem stało sie „zabrać chciwym biznesmenom, którzy niszczą Amerykę“. Na media zadziałało świetnie. Kilka znanych postaci świata amerykańskiego biznesu przeszło za sprawą Spitzera i uwielbiających go dziennikarzy prawdziwe piekło.
W walce z okropnym biznesem niszczącym Amerykę nie wahał się sięgać po każde argumenty. Jedną z ostatnich spraw prokuratora generalnego był pojedynek jaki stoczył z Richardem Grasso, szefem NYSE. Spitzer rozpętał medialną wojnę pokazującą, że szef giełdy zarabia za dużo i ma podejrzane kontakty. Nie wahał się nawet pytać publicznie (tzw. pytania badawcze) czy prawdą jest, że ma romans ze swoją sekretarką. Jedną z ulubionych metod walki ze zdemoralizowanym biznesem były przecieki do zaprzyjaźnionych mediów(...)
Eliot Spitzer zresztą uwielbiał nadawanie przez innych polityków i zaprzyjaźnionych dziennikarzy określeń jego osob: „pogromca Wall Street“, „nowy Elliott Ness“, „człowiek, którego nikt nie zatrzyma“. Uwielbiał określać sam siebie jako “a f****** bulldozer” ( w wolnym tłumaczeniu - „bulterier prezesa“). Eliot Spitzer nie przebierał w środkach, był nowym wcieleniem amerykańskiej prokuratury. Jako prokurator generalny (jeden z najmłodszych) w 1999 roku wiedział jak wykorzystywać nowoczesną technikę aby wytropić chciwych biznesmenów. Musiało nie być im łatwo, nerwy puszczały nawet poważnym ludziom. Keneth Langone, założyciel znanej również w Polsce firmy Home Depot tak się wyraził o nagonce urządzonej przez Spitzera: „Wszyscy mamy nasze prywatne piekło. Mam nadzieję, że jego prywatne piekło będzie gorętsze niż kogokolwiek innego“. Langone okazał się nie tylko prorokiem biznesu.
Dzięki swojej bezkompromisowej postawie Spitzer jako prokurator został szybko gubernatorem Nowego Yorku, jasną gwiazdą na firmamencie demokratów. Jego ambicje prezydenckie były oczywiste dla wszystkich komentatorów politycznych w Ameryce. Jako gubernator postawił na hasło „odnowy moralnej“ Wielkiego Jabłka. Postanowił przywrócić temu zdeprawowanemu miastu brakującą mu moralność. W 2003 roku rozpętał burzę przeciw biuru podróży, które wysyłało klientów na sex wyprawy do Azji(...)
Spitzer był profesjonalistą zawsze. Kiedy w hotelu „Mayflower“ w Waszyngtonie (...) zamawiał usługi ekskluzywnej call-girl wybrał Emperors Club, wysokiej klasy firmę działającą od Los Angeles do Londynu. Reszta jest znana. Sprawa się wydała. Media ujawniły, że ten bezwzględny zwolennik odnowy moralnej i pogromca chciwych biznesmenów jako „Klient nr 9“ płacił po 4,3 tys baksów za godzine ekskluzywnej call girl. Nie był to jedyny przypadek. Spitzer był klientem tej firmy od wielu lat.
Spitzer był profesjonalny do końca. Kiedy afera została ujawniona przez kilka dni milczał (najcenniejsza porada PR: „nic nie rób, czekaj aż przycichnie“). Kiedy sprawa nie schodziła z pierwszych stron gazet trzeciego dnia zrobił konferencję prasową z wybaczającą żoną u boku i trzema córkami w tle (tło granatowe, odcień konserwatywny, żona wstrząśnięta nie zmieszana). Kiedy stało się jasne, że wariant „na Clintona“ nie przynosi rezultatu jego ludzie przystąpili do kontrataku.
Cała afera Spitzera ma być zemstą chciwych biznesmenów z Wall Street. Znalazły się nawet na to dowody. Otóż okazuje się, że cała afera wyszła dlatego, że Spitzer zrobił na rachunek pewnej firmy pośredniczącej w opłacie dla Emperors Club trzy przelewy na sumę 15 tys dolarów. Zgodnie z przepisami o praniu pieniędzy wprowadzonymi po 2001 roku monitorowany jest każdy przelew powyżej 10 tys. Spitzera nikt nie powinien niepokoić. Tymczasem jakiś urzędas z Norh Fork Bank potraktował przelewy Spitzera robione wiosną i latem jako jeden przelew na sumę 15 tys. Slędztwo wykazało prowadzone w tej sprawie przez podstawionego agenta (sic!) wykazało, że chodzi nie o podstawioną na front firmę QAT International ale Emperiors Club. Spitzer twierdzi, że wykończył go układ, z którym walczył. Ma nawet dowody potwierdzające hipotezę. Profesor prawa z Harvardu, Allan Dershowitz, potwierdza tą wersję: „Przelew takiej sumy pieniędzy rozłożonej w czasie nawet dla wysokiej klasy prostytutki nie mógł uruchomić śledztwa na pełną skalę“.
Eliot Spitzer jest oburzony tym, że w jego sprawie takie śledztwo jednak było, co jest ewidentnym złamaniem swobód obywatelskich. Układ naruszył jego prawo do prywatności. Na dodatek bezprawnie opublikowane zostały w mediach fragmenty jego prywatnych rozmów telefonicznych m.in. o zaletach dziewczyny o imieniu Kristin. Spitzer domaga się sprawiedliwości. Jednak na razie musiał podać się do dymisji. Dzisiaj profesjonalnego polityka, bezwzględnego Eliota Spitzera zastąpi na stanowisku nowy gubernator Nowego Yorku. David Paterson, czyli niewidomy Afroamerykanin (...)
Po co to wszystko piszemy? Drodzy spin–doktorzy z PiSu, panowie politycy prawicy zaglądający do okropnego warszawskiego klubu Sofia, odnowiciele moralni i pogromcy chciwych biznesmenów. Chcieliśmy zwrócić uwagę, że idą inne czasy, może najwyższa pora pokazać inna, prawdziwą twarz.(...)"
Dwa dożywocia mają zakneblować prawdę o tej zbrodni?
31-03-2008 16:07
Dzisiejszy wyrok w sprawie porwania i zabójstwa Krzysztofa Olewnika jest porażką wymiaru sprawiedliwości. Dwa dożywocia mają zakneblować prawdę o tej zbrodni?
Co ze zleceniodawcami? Nie oszukujmy się, siedzący na ławie oskarżonych to tylko wykonawcy.
Nie usłyszały zarzutów osoby, które mataczyły śledztwem. Żaden z przedstawicieli prawa nie odpowiada do dzisiaj za skandaliczne prowadzenie sprawy porwania syna Włodzimierza Olewnika. Sprowadzanie odpowiedzialności do policjanta z drogówki jest przykrywaniem właściwego problemu. Prawdopodobnie Krzysztof Olewnik by żył, gdyby policja i prokuratura działała tak jak powinna.
Szef Sojuszu Lewicy Demokratycznej Wojciech Olejniczak, ogłaszając, że dotychczasowa forma współpracy z Partią Demokratyczną została zakończona zrobił to, co dawno było do przewidzenia.
Śmieszna jest reakcja na to, Janusza Onyszkiewicza, Bogdana Lisa, Bronisława Geremka, Tadeusza Mazowieckiego, Władysława Frasyniuka, Marka Edelmana, Mariana Filara, Grażyny Staniszewskiej, Jana Kułakowskiego i Jana Lityńskiego (Kłócący się z Joanną Senyszyn w "Magazynie 24 Godziny" - SLD chce nas potraktować tak jak kiedyś PZPR traktował SD, ale my się nie damy.), żalących się, że potraktowano ich jak prostytutki w domu publicznym, każąc im po wspólnie spędzonej nocy (wyborczej) wyjść z pokoju. Świadczy to tylko o tym, że nie rozumieją, iż za każdą prostytucję płaci się jakąś cenę.
Zbigniew Ćwiąkalski chce zlikwidować karę ograniczenia i pozbawienia wolności za zniesławienie - dowiedział się "Wprost". Minister sprawiedliwości zamierza zmienić art. 212 kodeksu karnego.
Kary ograniczenia bądź pozbawienia wolności zastąpiłaby grzywna. Osoba skazana przez sąd karny nawet na karę grzywny będzie jednak przez pięć lat figurować w rejestrze skazanych jako przestępca.
Dobra osobiste mogą być skutecznie chronione za pomocą innych artykułów kodeksu karnego, a przede wszystkim przez kodeks cywilny. Dziwię się, że ten przepis nie zostanie całkowicie zniesiony - mówi "Wprost" prof. Zbigniew Hołda z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka.
Jedna z dziennikarek: „Zaczynam mieć wrażenie, że po prostu jak przedtem pisiory miały jakąś fobię i wszędzie widziały wrogów, tak teraz dziennikarze chorują już na jakąś mega antypisiorożączkę.”
Dzisiaj w nocy obejrzałem amerykański film dokumentalny James’a Longley’a „Irak w Kawałkach”. Film pozbawiony taniej propagandy. Okrutny obraz dla tych, którzy bezczelnie potrafią mówić „w Iraku jest dobrze, będzie jeszcze lepiej.” Mija pięć lat od wysłania nieprzygotowanego polskiego wojska do Iraku i jak widać żadnej refleksji u współodpowiedzialnych za tę decyzję, nadal można ujrzeć cynicznie uśmiechniętą twarz Millera, który nie potrafi przyznać się do błędu. W swoim cynizmie używa jako argumentu zabitych polskich żołnierzy. Szkoda, że nie wysłał tam swego syna, zamiast na spotkanie w sprawie Bakomy z Mazurem, Wieczerzakiem i Papałą.
Marek Kęskrawiec w swoim blogu pisze:
„Były premier Leszek Miller powiedział dziś w TVN24, że nie żałuje swej decyzji o uwikłaniu Polski w wojnę w Iraku, ponieważ byłoby to podważeniem sensu ofiary, jaką złożyło 22 polskich żołnierzy, którzy zginęli nad Eufratem. Rzadki rodzaj hipokryzji, typowy dla polityków. Wyświechtane frazesy zmiast słów przeprosin dla rodzin zabitych Polaków oraz krewnych 700 tys. irackich cywili, którzy zostali zabici w wojnie domowej, jaka wybuchła po interwencji tzw. koalicji.
Od dawna wiadomo, że broń chemiczna i biologiczna, jaką miał posiadać satrapa Husajn, była tylko produktem bogatej wyobraźni jastrzębi z Białego Domu. Tak samo jak kompletnym idiotyzmem okazały się rzekome związki skrajnie świeckiego Saddama z paranoicznie religijnym Bin Ladenem. Ktoś powie, że warto było prowadzić wojnę choćby po to, by obalić reżim. Tylko dlaczego Amerykanie obalają jedynie te reżimy, które siedzą na złożach ropy? Jakoś nikt nie szykuje armii w obronie mordowanego przez Chińczyków Tybetu. Zgoda, Chiny są zbyt silne. Ale co stoi na przeszkodzie, by zakończyć mordy w Darfurze?
Mimo zdetronizowania Husajna, ceny ropy osiągają kolejne rekordy, na czym korzysta Rosja. Korzystają też Chiny, które zawierają sojusze z państwami z czarnej listy szalonego Busha i rosną w siłę wprost proporcjonalnie do upadku autorytetu USA. A na dokładkę prezydent Iranu Ahmadineżad odwiedza tryumfalnie Bagdad, miasto do niedawna wrogie przywódcom Iranu.
Jeśli to ma być sukces według Millera, to mogę mu tylko poradzić, aby poleciał do Iraku i zobaczył jak wygląda dziś państwo na skraju totalnego upadku i wielce prawdopodobnego rozpadu na trzy części (kurdyjską, szyicką i sunnicką). Taki jest krajobraz po wojnie, która miała przynieść Irakijczykom wolność i demokrację.”
Fundacja im. Stefana Batorego realizując Program Przeciw Korupcji proponuje pomoc dziennikarzom, którym postawiono zarzut pomówienia lub wytoczono powództwo o naruszenie dóbr osobistych w związku z publikacjami ujawniającymi nadużycia w życiu publicznym.
Fundacja im. Stefana Batorego od ośmiu lat udziela bezpłatnych porad prawnych związanych z zapobieganiem i zwalczaniem korupcji. Wspiera m.in. dziennikarzy. W tym roku w ramach Programu Przeciw Korupcji finansowanego przez Unię Europejską chce położyć szczególny nacisk na wspieranie osób, które demaskują nadużycia w swoich miejscach pracy lub środowiskach. Zaliczają się do nich dziennikarze lokalni, którzy opisują nieprawidłowości w swojej miejscowości. Często muszą oni liczyć się z przykrymi konsekwencjami – m.in. z utratą pracy, odpowiedzialnością karną za pomówienie, z powództwem cywilnym o naruszenie dóbr osobistych. Zdaniem Fundacji ani polskie ustawodawstwo, ani orzecznictwo sądów nie dostrzega w sposób wystarczający wagi, jaką dziennikarze odgrywają w prawidłowym funkcjonowaniu organów władzy i innych instytucji publicznych. Fundacja chce monitorować wybrane postępowania sądowe związane z demaskowanie korupcji. Chce do nich przystępować w charakterze przedstawiciela społecznego, który może wspierać stronę poprzez zajmowanie stanowiska przed sądem.
Fundacja proponuje pomoc dziennikarzom, którym postawiono zarzut pomówienia lub wytoczono powództwo cywilne o naruszenie dóbr osobistych w związku z materiałami o nadużyciach w życiu publicznym. Informacji udziela Anna Wojciechowska-Nowak (tel. 022 36-02-57).
Nena83 pisze: "Postanowiłam napisać bo tak naprawdę trochę czytam o artystach i wchodzę na stronki gdzie sie da... stad też mam adres postanowiłam napisać gdyż chciałam spytać jak można się wybić nie tracąc sił? nie piszę książek nie śpiewam ale trenuje gimnastyke i chcialabym sie gdzies pokazac a mam dla kogo a nie jest to latwe w tym swiecie...Moze choc jakies rady? Pozdrawiam Serdecznie"
Decyzja Telewizji Polskiej o rezygnacji z uruchomienia kanału tematycznego TVP Film, który w założeniu miał emitować najciekawsze filmy fabularne i dokumentalne znajdujące się w zasobach TVP, pokazuje prawdziwą twarz telewizji publicznej. Twarzą TVP stały się programy „Przebojowa noc” i „Gwiazdy tańczą na lodzie,” gdzie topi się miliony złotych.
Od czasów Bronisława Wildsteina trwa niszczenie w TVP dokumentu, reportażu i debiutów fabularnych. Po północy emituje się premiery filmów dokumentalnych, tych resztek jakie jeszcze zostały. Nie ma mowy o stworzeniu prestiżowego pasma i oddaniu je pod opiekę komuś będącemu poza układem politycznym, towarzyskim i produkcyjnym.
Reportaż śledczy, który powinien być domeną telewizji publicznej, częściej gości na antenie TVN.
Jeszcze dalej tak, a PO (których kilku doradców medialnych powinno być z dala trzymanych od wpływ na TVP) nawet nie będzie miała co zlikwidować, jeśli jest to jej zamiarem.
Eutanazja telewizji publicznej trwa. Ale czy ktoś tym się naprawdę przejmuje?
Węglarczyk, trochę refleksji i może tak w pozycji wyprostowanej przed Amerykanami!
20-03-2008 12:05
Bartosz Węglarczyk, codziennie po kolejnym zamachu terrorystycznym w Iraku, jak mantra musi chyba powtarzać to co napisał na swoim blogu: "Trzymam kciuki za generała Petraeusa. Póki co wydaje się, że w Iraku będzie coraz lepiej. Jeszcze długo nie będzie dobrze, ale jest coraz lepiej."
- Status dziennikarza jest w Polsce niezwykle mizerny, można wręcz powiedzieć, że dziennikarze są jak chłopi pańszczyźniani. Nie buntują się - powiedział Jarosław Kaczyński na spotkaniu ze studentami, transmitowanym na żywo przez tvn24.pl. Kaczyński ma rację. Tylko powinien pamiętać, że jego partia, jej partyjni kacykowie, zarządcy mediów, także zaczęli traktować dziennikarzy jak chłopów pańszczyźnianych. Niepokornych eliminowano. Do dzisiaj ma to miejsce, tam gdzie PIS zachował wpływy w mediach.
Nie wiem dlaczego Ministerstwo Pracy ma wspierać rozrywkowe imprezy „pedałów”, to świadoma prowokacja słowna, bo tak nazywa gejów Michał Witkowski (gej – od aut.) w swojej powieści „Lubiewo”, używa jeszcze bardziej ostrych określeń, powieści, która z niezrozumiałych dla mnie powodów nie otrzymała nagrody NIKE, skoro wcześniej przyznali Masłowskiej.
Już bardziej pasowałby minister kultury niż minister pracy. Jego obowiązkiem jest wspieranie twórczości, także innej niż heteroseksualna.
Jakoś nie uważam, że gej w Polsce ma problemy z pracą. W show biznesie to bycie gejem daje zazwyczaj pracę i z niejednego geja zrobiło gwiazdę (znam także przypadek lesbijki, ex-żony pewnej gwiazdy). S. by palców u rąk by nie starczyło aby podać nazwiska. Kiedyś nakłaniałem go, jako najbardziej znanego i wszechmocnego w mediach geja, by obwieścił światu swoją skłonność do mężczyzn i wymusił na wykreowanych przez siebie gwiazdach tego samego, a nie rzucanie na bilbordy anonimowe osoby, które po takim wyznaniu (że są homo) nie mają co liczyć na wsparcie w swoich zapyziałych miasteczkach.
Kiedyś zrobiłem program o „pedałach” (emisja w TVP2, 4.02.2005), za co zredukowano „Nakręconą noc”, aż wreszcie ją zlikwidowano. Wiem, że geje mają problem z tolerancją w Polsce. Tu nadal gej oznacza piekielne zboczenie. Dlatego geje piosenkarze i aktorzy w Polsce udają macho choć tylko interesują się pupami macho. Żaden z nich nie nakręci teledysku z całującymi się policjantami, itd.
Nie muszę być politycznie poprawny, geje, łącznie z Krystianem Lagierskim, wiedzą, że mogą na mnie liczyć w walce o swoje prawa, poza jednym – możliwością adopcji dzieci, więc proszę ze mnie nie robić wysłannika polskiego ciemnogrodu, by móc powiedzieć minister pracy Jolancie Fedak z PSL, że zrobiła coś niestosownego finansując imprezę z udziałem duetu transwestytów zorganizowaną na zakończenie Europejskiego Roku Równych w warszawskim klubie M 25.
- Projekt powstał w departamencie rok temu, nie ja go podpisywałam i trudno, żebym ja go odwoływała – wyjaśnia teraz pani minister dla „Dzeinnika”. Nie wspomina nic o tolerancji, a to by ją tłumaczyło, więcej, czytam o cenzurowaniu, zamknięciu imprezy przed dziennikarzami.- Prosiłam tylko departament kobiet i rodziny, by występ mieścił się w granicach przyzwoitości i nikogo nie bulwersował .
Niech wpierw pani minister rozwiąże problem pracy geja, lesbijki i większości heteroseksualnej w supermarketach, niepełnosprawnych, bezrobocia, itd… a nie zaczyna swojej kadencji od imprez transwestytów. Te niech zostawi Bogdanowi Zdrojewskiemu lub Andrzejowi Urbańskiemu, który powinien puścić relację z tej imprezy.
Romuald Szeremietiew na swoim blogu przypomina to, o czym zapomnieli niektórzy politycy i komentatorzy: Dwa wojskowe śmigłowce z tajnymi agentami na pokładzie, na rozkaz ministra obrony, wystartowały z Warszawy, aby schwytać Ryszarda Krauzego. Musiały zawrócić. Bo choć 13 lipca zeszłego roku nakaz zatrzymania biznesmena był gotów, plany pokrzyżował świadek, który nie zeznał tego, czego spodziewał się Zbigniew Ziobro - poinformował Dziennik.pl. Przy tej okazji można było wysłuchać głosów oburzenia na poczynania ministrów z PiS. Usłyszałem nawet opinię obecnego Prokuratora Krajowego, że taki śmigłowcowy postępek zdarzył się w Polsce pierwszy raz. Naprawdę?
Przytomny tekst á propos "Polityczna skleroza Platformy" przeczytałem w „Naszym Dzienniku” (14.03.br.):
Politycy Platformy Obywatelskiej oburzają się działaniami wymiaru sprawiedliwości w stosunku do Ryszarda Krauzego. Bulwersuje ich szczególnie fakt, że minister obrony narodowej wysłał wojskowe śmigłowce z funkcjonariuszami służb specjalnych, tak by prokuratura mogła przesłuchać Krauzego, zanim skontaktuje się z osobami zamieszanymi w aferę w ministerstwie rolnictwa. Platforma chce, by sprawę wysłania śmigłowców wyjaśniła sejmowa komisja ds. służb specjalnych.
- Nie wystąpiły żadne przesłanki, by użyć tak spektakularnych środków. Nie mówimy przecież o schwytaniu członka mafii czy płatnego mordercy - grzmiał w TVN 24 wiceminister gospodarki Adam Szejnfeld.
- To skandal. Sprawą musi zająć się komisja ds. służb specjalnych - wtóruje mu poseł Paweł Graś (PO), członek speckomisji(...)
Politycy partii Donalda Tuska zapomnieli już bowiem o wydarzeniach z 2001 r., kiedy to pod naciskiem Bronisława Komorowskiego i Janusza Pałubickiego funkcjonariusze Urzędu Ochrony Państwa dokonali napaści - bo inaczej nie można tego nazwać - na prom "Rogalin" płynący po części Morza Bałtyckiego należącej już do Szwecji. Naciskiem wymuszono wówczas na premierze Buzku - dziś eurodeputowanym Platformy Obywatelskiej, zgodę na wysłanie śmigłowca marynarki wojennej, użycie służb specjalnych - desantu UOP - by opanować pływający pod obcą banderą prom i zawrócić go do Polski. A wszystko po to, by zatrzymać Zbigniewa Farmusa, asystenta byłego ministra obrony narodowej Romualda Szeremietiewa, w sprawie dotyczącej podejrzenia korupcji w MON. Do tak spektakularnej akcji wystarczyły zeznania Bogdana Letowta, który zapewnił dziennikarzy, iż wręczył Farmusowi łapówkę w wysokości 20 tys. złotych. W wyroku z 18 grudnia 2006 r. sąd uwolnił Farmusa od zarzutu łapownictwa, o czym zapewne autorzy spektakularnego zatrzymania tego człowieka, dziś krytykujący poprzedni rząd za wysłanie "śmigłowców po Krauzego", najwyraźniej pamiętać nie chcą.
Wojciech Wybranowski"
Przy czym nawiązując do powyższego tekstu warto wspomnieć (pisze Szeremietiew - od aut.), że w momencie zatrzymania Farmusa prokuratura nie dysponowała żadnymi dowodami. Nie było żadnych zeznań wspomnianego Letowta. Dopiero po zamknięciu Farmusa w areszcie agenci UOP pojechali do RPA, miejsca zamieszkania Letowta i tam go przesłuchali. Ówczesny szef UOP Zbigniew Nowek opowiadał o tym w wywiadzie dla „Wprost” .
Ponadto w akcji bałtyckiej był jeszcze jeden smaczek – dotarła do mnie informacja, że śmigłowiec wówczas użyty nie miał prawa latać. Był po przeglądzie w łódzkich Wojskowych Zakładach Lotniczych, a przed oblataniem dopuszczającym do pełnienia służby. Mimo to na polecenie min. Komorowskiego został wysłany nad Bałtyk. Jeżeli tak rzeczywiście było, to minister ON naruszył prawo.
Sam Letowt został potraktowany przez prokuraturę bardzo przyjaźnie. Mimo udziału w łapownictwie zarzutem objęto tylko Farmusa. O Letowcie prokuratura zapomniała. Nie podjęła żadnych czynności, nawet nie postanowiła, że np. zwalnia go z odpowiedzialności za danie łapówki. Natomiast Letowt po ujawnieniu afery uczestniczył z sukcesem w przetargu na CEPIK (Centralna Ewidencja Pojazdów i Kierowców) ogłoszonym przez MSWiA. O podejrzeniach wobec łapówkodawcy Letowta i przetargu pisał „Super Express”(...)
W momencie zatrzymania Farmus nie miał zakazu poruszania się, ba nie miał nawet wezwania do stawienia się w prokuraturze. Samo zatrzymanie na pokładzie statku po obcą banderą (Wysp Bahama) było aktem piractwa morskiego, godziło w swobodę żeglugi. I jak się okazało dokonano tego wobec kogos, kogo sąd z zarzutów łapowniczych uniewinnił.
Tyle Romulad Szremietiew. Dodam, że w akcji zatrzymania Farmusa jednak nie użyto tylko śmigłowca. To była oduża operacja. Większa od tej ze śmigłowcami lecącego po Krauzego. Decyzja zapadła w gabinecie ministra sprawiedliwości Stanisława Iwanickiego. O pólnocy zjawili się u niego: Bronisław Komorowski, szef resortu obrony, minister Janusz Pałubicki, koordynator służb specjalnych, szef UOP płk Zbigniew Nowek oraz szef Prokuratury Apelacyjnej w Warszawie Zygmunt Kapusta.
Jak opisuje Polska Zbroja w artykule „Desant na Rogalinie” (2000 rok): "Dowódca Marynarki Wojennej adm. Ryszard Łukasik otrzymał polecenie od szefa MON Bronisława Komorowskiego: Na "Rogalin" ma polecieć śmigłowiec z oficerami UOP z gdańskiej delegatury. Niecałą godzinę później Mi-14 PŁ z 2. Dywizjonu Lotniczego MW z Darłowa z dodatkowymi zbiornikami paliwa czeka na start na lotnisku w Gdyni-Babich Dołach. Na wszelki wypadek przebazowany zostaje też, jako maszyna zapasowa, jeszcze jeden śmigłowiec. Przygotowane jest również dodatkowe lotnisko na platformie wiertniczej Petrobalticu, 25 mil morskich na północ od Rozewia. W stan gotowości bojowej postawione są wszystkie punkty obserwacyjne Marynarki Wojennej
W tym samym czasie zostaje nawiązana łączność z Wojciechem Sobkowiakiem, kapitanem "Rogalina", który dowiaduje się o całej akcji. O zaistniałej sytuacji poinformowany jest też rząd szwedzki kanałami dyplomatycznymi od ministra spraw zagranicznych Andrzeja Ananicza.”
Szwedzkie siły powietrzne wysłały dwa myśliwce Viggen z jednostki F 16 na Gotlandii w celu nadzoru, aby helikopter wojskowy widoczny na radarze nie wszedł do szwedzkiej przestrzeni powietrznej, donosił szwedzkie media. Akcję koordynował samolot rozpoznawczy M-28 Bryza 1RM z 3. Dywizjonu Lotniczego MW w Siemirowicach, który pierwszy pojawia się nad promem. W tym czasie "Rogalin" był już nieopodal szwedzkiej wyspy Gotlandia na wysokości miasta Visby. Zawrócił jednak i skierował się na wody międzynarodowe.
Warto także dodać, że Zbigniew Farmus, b. asystent b. wiceszefa MON Romualda Szeremietiewa został skazany na 2 i pół roku więzienia za ujawnienie tajnych informacji, od korupcji uniewinniony. http://szeremietiew.blox.pl/2008/03/Do-czego-sluzy-smiglowiec-wojskowy.html
Plotki nie tylko polityczne: „Każdy pretekst jest dobry, by zabawić się w karnawale, nawiązując bliższe więzi z dziennikarzami – uznało kierownictwo Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego i urządziło jubileusz I półrocza istnienia ABW. Na imprezkę przybyła wierchuszka Agencji, z panami Andrzejem Barcikowskim, Zbigniewem Goszczyńskim, Mieczysławem Tarnowskim i Pawłem Pruszyńskim na czele, i z panem Andrzejem Anklewiczem (który nie pracuje przecież w ABW tylko w GIC) na doczepkę. Nie brakowało jedzenia i picia, zwłaszcza schłodzonych wyrobów polskich gorzelni i browarów (szef ABW tym razem nie pił swego ulubionego drinka: wódki z winem). Losowano nagrody dla dziennikarzy – cudownym zbiegiem okoliczności nagroda specjalna szefa ABW (ortalionowa kurtka z odblaskową nazwą Agencji) przypadła wysłanniczce „GP”.” („Gazeta Polska” 22.01.2003, s. 21, EZ i AG)
Czytam ostatni wpis w blogu Gorzeliński/Kasprów i tak się zastanawiam, czy czasami nie lepiej po prostu powiedzieć przepraszam, a nie odkręcać kota ogonem?
Jerzy Marek Nowakowski w swoim blogu napisał:
„Właśnie wróciłem z sądu, który uznał, że Minister Obrony ma mnie przeprosić za włożenie do raportu Macierewicza. Zmieniam więc zapis pod moim nazwiskiem uznając, że w sensie formalnym jest posprzątane. W istocie oczywiście jeszcze przez lata będę czytał takie rzeczy jak w liście wiceprezesa J&S ( a dokładniej spółki Merkuria) do Newsweeka który był uprzejmy oburzyć się jak "agent sowieckiego GRU" może wypowiadać się o uczciwej międzynarodowej firmie.”
Spotkało się to z natychmiastową reakcją:
„Naszym zdaniem takie słowa pod adresem Marka Nowakowskiego byłyby oburzające. Piszemy byłyby, gdyby bowiem były prawdziwe. Jest to niestety kolejna manipulacja Marka Nowakowskiego.
Proponujemy poznać fakty.
W liście Davida Ensora nigdzie nie ma takiego sformułowania. Mowa jest o “konsultancie” WSI a nie ” agencie sowieckiego GRU” (...)
Na zakończenie listu David Ensor napisał, że publikacja takiego artykułu dziwi go tym bardziej, że Marek Nowakowski był „konsultantem” wojskowych służb specjalnych i, że w jego ocenie ta instytucja z korzeniami w czasach komunistycznych była blisko związana z sowiecką GRU.”
Jakby nie odkręcać tego, co napisał David Ensor, to wychodzi na to, co twierdzi Nowakowski. To samo powiedziano w kilkunastu słowach, z uwagą, by prawnie nie podpaść. Kulturalniejsza i cyniczna forma oplucia. Ensor mógł nie używać tego argumentu, tym bardziej, że i jeden z autorów bloga także znalazł się w raporcie WSI.
PS. Właśnie odbyłem pouczającą rozmowę z czytelnikiem niniejszego wpisu . Słusznie zwrócił mi uwagę, żebym spojrzał, od czego zaczęła się wojna miedzy nimi. Więc, by Nowakowski nie wychodził na dziewicę, trzeba przyznać Gorzelińskiem i Kasprówowi, że w artykule „Mocarstwo na ropę” zamieszczonym w „Newsweeku,” Nowakowski użył przeciw J&S i w domyśle także MDI broni, którą wobec niego użył Maciarewicz (WSI to prawie GRU). Po artykule cynicznie, z zemsty, autorzy bloga Gorzeliński/Kasprów zemścili się wytykając mu konsultacje dla WSI. Kto mieczem wojuje, czasami, od miecza ginie.
Przedstawiam fragment artykułu Witolda Gadowskiego z Gazety Polskiej "Gaz cuchnący mafią - Ślady baronów śmierci”. W tekście Gadowski zajmuje się związanymi z polskimi służbami interesami Monzer'a Al Kassar'a.
"To nazwisko do dziś wywołuje popłoch wśród bardziej doświadczonych oficerów WSI – Monzer Al Kassar.
Jeżeli dotrą do Polski zeznania handlarza złożone przed szwajcarską prokuraturą, kilku oficerów powinno zapakować szczoteczki do zębów do swoich podręcznych bagaży. Wśród nich jest także oficer często kontaktujący się ze znanym dziennikarzem telewizyjnym.
10 marca 1992 roku zarejestrowany w Hondurasie statek „Nadia” zacumował w porcie Ceuta (hiszpańskie terytorium w Maroku).Załogę statku stanowiło grono kilkunastu byłych wojskowych i przemytników.
Gdy służby celne skontrolowały zawartość ładowni „Nadii” okazało się, że zawierały one 27 kontenerów wypełnionych bronią. Według znajdujących się w posiadaniu kapitana statku dokumentów broń została wysłana przez polska centralę Cenrex (w całości kontrolowaną przez Wojskowe Służby Informacyjne).
Międzynarodowy handel bronią podlega jednak ścisłemu limitowi i każdy ładunek musi zawierać tzw „poświadczenie endusera” czyli dokument ostatecznego użytkownika broni. W tym wypadku jako odbiorca broni w dokumentach figurowało ministerstwo obrony Jemenu. „Nadia” wypłynęła z portu kierując się w stronę arabskiego państwa.
Statek jednak nie popłynął do Jemenu. Szybko zawrócił i został rozładowany w Rijece...Akcję odbioru broni na potrzeby HVO (Hrvatskiej Vojenej Organizacji) zorganizował Zeljko Mikulić.
Broń, pomimo ONZ – owskiego embarga, trafiła na wojnę z armią Miloszevicia.
Monzer Al. Kassar, wraz ze swoją żoną, dla operacji przesyłania broni na Bałkany założył specjalne konto bankowe.
Na jego konto numer 1964 w Audi Banku w Szwajcarii wpływały pieniądze z handlu polską bronią w Chorwacji i Bośni w czasie wojen na Bałkanach.
Odnaleziono cztery przelewy pomiędzy Al Kassarem i polską centralą Cenrex:
– 2/14/92 – kwota 500 tysięcy 35 dorarów,
2/16/92 – 222535 dolarów,
5/13/92 – 413285 dolarów
i 5/27/92 – 413285 dolarów.
Razem – 2 549 135 dolarów.
Transakcje odbywały się m.in. przez konta Snejany i Zeljko Mikulic w Erste Bank w Wiedniu(…)
Kwotę 2. 5 miliona dolarów dla Cenrexu udało się wyłapać obserwując przepływy z konta Al Kassara z Audi Banku na konto Cenrexu w banku w Luksemburgu (…)
Dochodzenie w sprawie afery Centex – Al. Kassar po raz pierwszy pokazało szwajcarski mechanizm prania pieniędzy z interesów z bronią i narkotykami.
Kilka poszlak ujawnionych podczas tego postępowania skierowało uwagę śledczych na tzw „polski trop”.
Informacje o Al. Kassarze pojawiają się w raporcie z likwidacji Wojskowych Służb Informacyjnych. Jest tam mowa o interesach z oficerami z oddziału „Y” II Zarządu Sztabu Generalnego oraz o późniejszych związkach Kassara z oficerami WSI. Pada nazwisko pułkownika Jerzego Dembowskiego pseudonim „Wirakocza” i kilku innych oficerów. Zdaniem autorów raportu do właśnie Dembowski odpowiada za operację przesyłania broni na Bałkany zamiast do Jemenu. Jest mowa o firmie Dembowskiego „Skorpion Int. Services” założonej w Wiedniu. Podane są szczegóły przesyłania przez Łotwę tysięcy pistoletów.
Raport jest jednak w tym miejscu bardzo nieuporządkowany i trudno wyciągnąć z niego ostateczne wnioski.
Być może odtworzona przeze mnie historia, wraz ze szczegółami transakcji bankowych, pozwoli wyjaśnić niektóre zapisy raportu i treść dosyć chaotycznie przywołanych tam dokumentów.
Jedno jest pewne powiązania Monzera Al. Kassara z polskimi oficerami, także tymi którzy dziś „konsultują” się z pewnym znanym dziennikarzem, są bezsporne (…)
Szukając śladów działalności rosyjskich służb specjalnych i ich związków z polskimi agentami najważniejsza jest analiza przepływów przez konta bankowe. Aby jednak analizować konkretne rachunki trzeba wiedzieć w jakich bankach zostały one otworzone.
O kilku bankach przez które szły pieniądze za transakcje bronią już napisałem.
Warto jednak zwrócić uwagę na banki, w których współcześnie lokowane są pieniądze zarobione na eksporcie z Rosji surowców.
Moi informatorzy zwrócili mi uwagę na przepływy przez konta Donaubanku. Tu załatwiane były m.in. operacje firmy RosUkrenergo dostarczającej gaz do Polski.
Ciekawe są też rachunki i operacje w najbardziej oczywistym banku pieniędzy z surowców czyli Gazprombanku.
Interesujące nazwiska można także znaleźć na liście klientów Vneshekonombanku.
Zdaniem moich informatorów gdyby polska prokuratura zdobyła wydruki przepływów finansowych na konta polskich oficerów i polityków tylko z tych banków mógłby w Polsce wybuchnąć niejeden skandal finansowy"
Dostęp do takich dokumentów posiada szwajcarska prokuratura, która, jak pokazała to sprawa Al. Kassara, jest bardzo skuteczna przy analizowaniu transakcji prania brudnych pieniędzy, łapówek i pieniędzy za broń."
Bloger Ireporter pisze: "Wiem, że może nie warto odnosić się do tego typu kwiatków i lepiej puścić je mimo monitora. Mówi to jednak gość szefujący największej partii opozycyjnej, a znając chwiejność i "wahadłowość" przekonań polskiego elektoratu być może ponownie przyszły premier. Co zrobić? Rozłożyć ręce? To być może nic nie znaczące słowa. Internetu ogarnąć się nie da. Zerkam na USA. To co się dzieje w sieci wokół kampanii Baracka Obamy (a wcześniej Rona Paula) to czystej wody obywatelski, oddolny ruch. Ludzie masowo blogują, organizują spotkania, zbierają pieniądze. Nikt nie zastanawia się nawet, czy na co dzień oglądają porno w sieci pijąc przy tym piwo i paląc jointa. Internet tak wrył się w krajobraz kampanii w USA, że z ust analityków padają nawet porównania Hillary Clinton do PC, a Baracka Obamy do Mac'a. Nie mówiąc o pytaniach od internautów podczas debat."
Ciekawe co zrobiłby Jarosław Kaczyński, gdyby taki młody internauta zadał mu pytanie o wybory przez sieć? Chciałby się upewnić, czy na biurku nie stoi puszka browaru, a w osobnym oknie przeglądarki nie ma odpalonego Youporn'a?
Ciekawe z punktu widzenia PR jest użycie tych słów właśnie w wywiadzie dla portalu. Gdyby padły w "Dzienniku", albo w "Rzepie", to jeszcze mógłbym się uśmiechnąć pod nosem. Ale opowiadanie takich głupot o internautach w internecie to bardzo ciekawe zagadnienie. Te słowa to zresztą kolejny dowód, że politycy trzęsą portkami przed internautami. Ich znaczenie należy odczytywać dokładnie odwrotnie, niż to wynika z treści. Jeżeli Kaczyński stwierdza, że "wiadomo, kto ma przewagę w internecie", to nie znaczy, że internauci są z układu, ale że nie bardzo (socjotechnicznie) da się ogarnąć tę pozornie rozproszoną grupę ludzi. Z kolei słowa, że "tą grupą najłatwiej manipulować" znaczą mniej więcej tyle, że jest najmniej podatna na jakiekolwiek manipulacje. Trzeba ją zatem maksymalnie zmarginalizować."
Jednym z bohaterów śledztwa Jarosława Jabrzyka, Macieja Dudy i Bertolda Kittla i (TVN/Newsweek) jest Władysław Stanisław Rybicki. Absolwent wydziału lekarskiego Wojskowej Akademii Medycznej w Łodzi (1971). Założył on Centra Medycyny Biologicznej w Rybnie i w Warszawie przy ulicy Królowej Marysieńki. Wcześniej, jak podają autorzy, miał też swoją placówkę w Gdyni.
W Centrum Medycyny Biologicznej leczyło się wielu znanych biznesmenów, polityków, oficerów służb, aktorów, dziennikarzy, producentów telewizyjnych. Lista pacjentów-VIP-ów Rybickiego jest teraz własnością Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, która w ubiegłym roku dokonała rewizji i przejęła dane jakie znajdowały się w posiadaniu CMB.
Doktor, którego małżonką jest Rosjanka, na wieść o tym, co dzieje się wokół jego osoby, pozostał u żony, znanej prawniczki, w Moskwie, ostatnio miał wyjechać do Hiszpanii (mieszka tam córka żony), i nie wraca do Polski. Choć wiąże się to dla niego ze stratami finansowymi i zaprzestaniem działalności CMB. Czy robi słusznie? Wszystko wskazuje na to, że jego milczenie jest błędem. Tylko on może uciąć wszelkie niedomówienia, które od miesięcy narastają wokół jego osoby.
Jak podaje Newsweek: „Z naszych ustaleń wynika, że do śledczych zgłosiła się była pracownica Centrum Medycyny Biologicznej doktora Władysława R. Po jej zeznaniach o spotkaniach w gabinecie dr. R. prokuratura zarzuciła Kaczmarkowi, że kłamał, gdy zeznał, iż nie zna prywatnie Krauzego. Kobieta jest przestraszona. Pytana o kontakty Kaczmarka i biznesmena, zaczyna płakać: - Dajcie mi spokój, ja mam już dość!”
Jeden z jego znajomych powiedział mi:
- Doktor nigdy nie zajmował się polityką. On żyje w innym świecie. Wplątany został w coś z czym w ogóle nie ma wspólnego. Łatwiej bronić się z wolności niż z więzienia. Widzi przecież jak tu się zamyka ludzi.
Władysław Rybicki tak wyjaśnia czym się zajmuje:
„Medycyna biologiczna faktycznie jest medycyna naturalną, i ekologiczną, i ludową, i niekonwencjonalna, gdyż jej źródło i filozofia to cała dotychczasowa wiedza ludzkości na temat organizmu ludzkiego i jego zdrowia: wiedza częściej wymedytowana i empiryczna niż wypracowana przez oficjalną naukę swoich czasów. Przekazywana różnymi kanałami, z rodu na ród, z pokolenia na pokolenie, a nie za pośrednictwem oficjalnych lekarskich czasopism (…)
Jest ona pomostem pomiędzy współczesna medycyną akademicką a tzw. medycyną niekonwencjonalną. Jednocześnie jest ich syntezą (…)
Wprzęgnięcie bowiem najnowszej techniki w stosowane od tysiącleci metody leczenia daje często znakomite efekty i znacznie skraca czas leczenia. I tak dla przykładu: studiując starożytne wodolecznictwo opracowaliśmy i zastosowaliśmy z dużym powodzeniem metody stymulacji funkcji przy pomocy najnowocześniejszej techniki niskich temperatur. Jest to bardzo często znakomite połączenie i synteza: starożytna, sprawdzona filozofia i metoda ubrana w najnowocześniejszą techniką.
Stawiamy sobie zatem za cel przywracanie i upowszechnianie zapomnianych, a skutecznych metod leczenia (…) Uznajemy człowieka i jego organizm za niepodzielną całość, z a jednostkę psycho-emocjonalną–cielesną i duchową. Dlatego szczególną uwagę zwracamy na zależności między zdrowiem fizycznym, psychicznym i duchowym.
Wierzymy i wiem, że organizm ludzki wyposażony jest w niewykorzystane jeszcze siły samolecznicze i szukamy metod, które mogą je rozbudzić.
Traktujemy kręgosłup za narząd odpowiedzialny za harmonię w organizmie ludzkim i tu widzimy klucz do zdrowia. Wszak organizm ludzki jest przecież organizacją narządów i układów a nie prostą ich sumą. A kręgosłup ( z zawartością, oczywiście) pełni w tej organizacji rolę szczególną. Jest przecież głównym kanałem energetyczno-informacyjnym między mózgiem i narządami.”
Zabójców Ks. Popiełuszki się chroni, dzieci już nie trzeba
09-03-2008 21:48
Bogusław Chrabota w blogu (wirtualnemedia.pl) opisał kolejny przykład degeneracji mediów. Wygrywa gonitwa z newsem, szokującym materiałem. Liczy się oglądalność. Pamiętam jak w programie "Konfrontacja" zamazano mi twarze morderców Ks. Popiełuszki w archiwalnym materiale z procesu toruńskiego. Zrobiono to nawet bez mojej wiedzy. Dowiedziałem się o tym na pięć minut przed wejściem na antenę. Oczywiście powiedziałem, co o tym myślę, bo program na szczęście był na żywo. Dlaczego zabójcy Ks. Popiełuszki mogą liczyć na większą ochronę niż niewinne dzieci? Bo się nie upomną?
Chrabota pisze: "Dzięki aktywności twórczej dziennikarki Wiadomości TVP Agaty Dzikowskiej, Polacy nie tylko dowiedzieli się o FAS, ale pozwolono im obejrzeć twarzyczki dzieci obdarowanych przez pijące mamy tym strasznym syndromem. Redaktor Dzikowska wyjaśniła „pod obrazki”, że maluchy z FAS uczą się źle, znamionuje je swoisty niedorozwój i nigdy nie osiągną poziomu umysłowego równolatków. Oczywiście twarzyczki pokazane były na tyle długo, że wszyscy je doskonale zapamiętaliśmy (teraz, gdy spotkamy je z opiekunami w sklepie, będzie można szybko je skojarzyć z FAS).”
Agata Dzikowska swoją przygodę z telewizją rozpoczęła dość wcześnie, bo już w liceum biegała do telewizji kablowej w Lubinie. W redakcji "Wiadomości" od września 2004r. Zadebiutowała w wydanich flash na początku października. Od listopada 2004 prowadzi wydania wcześniejsze. Jest także prowadzące reionalne "Fakty" na antenie TVP3 Wrocław. We Wrocławiu swoich sił próbowała najpierw w radiu „Klakson”, a potem w Polskim Radiu Wrocław.
W „Dużym formacie" (Gazeta Wyborcza) wywiad z Bohdanem Porębą, który żali się, że po upadku PZPR, PRL nie może zrobić filmu. Smutna lektura. Bo człowiek liczy, że z upływem czaseu ludzie się zmieniają. Potrafią spojrzeć na swoje życie krytycznie i powiedzieć - przepraszam. Ale Bohdan Poręba, nie jest zdolny do autorefleksji i stęka, pluje, wylewając swą żółć:
- Jak PiS doszedł do władzy, to pomyślałem - o, nastał mój czas. Wysłałem ten list, spowiedź życia. Otworzyłem się. Opisałem, jaka jest sytuacja człowieka skazanego na zapomnienie. Moich filmów i spektakli dla Teatru Telewizji nie powtarza się od lat, serial "Polonia Restituta" też trafił na półkę. Od czasu do czasu puszczają tylko "Hubala". Napisałem, że mam masę nowych pomysłów, gotowe scenariusze. Wystarczyłby przecież jeden gest ze strony premiera, żeby namówić telewizję na realizację tych planów. No, ale PiS najwyraźniej też mnie nie chce. Nazwisko Poręba ma czarną legendę. I brakuje odważnego, który podałby mi rękę. Ale ja nigdy nie składam broni. Teraz napiszę do nowej władzy, do ministra kultury Bogdana Zdrojewskiego. Powiedział, że jego drzwi są dla filmowców zawsze otwarte. No to zobaczymy, czy Poręby też to dotyczy. A jak nie Zdrojewski, to następny, póki sił będę krzyczał i walczył o powrót do zawodu. Bo dlaczego mam być poza krwiobiegiem polskiej kultury?
Na szczęście Grzegorz Sroczyński, rozmówca Poręby, przypomina mu jak gnoił artystów myślących inaczej niż wyznaczała linia PZPR i MSW. Ale Poręba nie bije się w pierś. Nie mówi, przepraszam. Jest twardy tak jak mur na Rakowieckiej.
Stenogram z kolaudacji "Przesłuchania" Ryszarda Bugajskiego (1982), pierwszego filmu pokazującego stalinowskie przesłuchania. Bohaterkę graną przez Krystynę Jandę Poręba oceniał tak: "Na miłość boską, jakimż symbolem pokolenia akowskiego jest ta kurwa na ekranie, przepraszam bardzo?". A w kolaudacyjnym formularzu napisał : "Kategoria - czwarta, zasięg rozpowszechniania - nikt, festiwale - nie, jestem przeciwny ukazaniu się filmu".
Film "Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz" Stanisława Barei (1977). Tym razem nie spodobała się mu świnia biegająca po ulicach Warszawy. Poręba: "Chodzi mi o tę świnię, z tego wynika, że wszystko jest ześwinione, łącznie z ludźmi, nie zgadzam się z tym". Pod względem ideowym - w skali od 1 do 25 - ocenił film na zero. Bareja potem przez rok musiał film przerabiać i kastrować pod dyktando cenzury.
Film "Hotel Palace" Ewy Kruk według opowiadania Stanisława Dygata (1977). Por