Blisko siedemset kilometrów w trasie. Wreszcie mogę rozprostować kości. Sterylna czystość i porządek apartamentu hotelowego uspokaja. Lata życia w pokojach hotelowych nauczyły mnie jednego, skoro hotel nie zastąpi domu, należy wymagać jak najwyższego standardu, by nic nie irytowało po przebudzeniu rano. W ciągu dnia.
Nie chce mi się wychodzić na rynek, w nocne miasto. Ćmienie głodu zabijam tacą z owocami otrzymaną na przywitanie i słonymi paluszkami z minibarku. We krwi powoli rozpływa się Jim Beam.
Pierwszy imieninowy, Sylwestrowy, sms.
Przed wyjazdem zdążyłem zapakować „Ostatnią Wieczerze” Pawła Huelle. Czytam. Odszukuję w powieści bohatera mojego przyszłego filmu, rozmówców.
Jest. Strona dwudziesta piąta. Maciej to Mateusz w powieści Huelle. „Moja pierwsza u niego w pracowni wizyta (…). Przez uchylone okno dochodził łoskot kolejki elektrycznej. Mateusz stał w kuchennej wnęce, szukając korkociągu, Inżynier patrzył dookoła takim wzrokiem, jak gdyby wszystkie olej, szkice, rysunki, akwarele i gwasze gospodarza napawały go wstrętem.(…) Nagle wyjął z kieszeni brzytwę (…) i w milczeniu, wolno, długimi pociągnięciami ostrza zaczął ciąć dzieło na wąskie paski. (…) Mateusz stał nieporuszony. Dopiero kiedy Inżynier podszedł do następnego płótna, gospodarz zastąpił mu drogę i mocowali się przez chwilę w zupełnym milczeniu. Była to moja pierwsza w życiu debata na temat nowoczesnej sztuki. Inżynier, o którym wiele jeszcze usłyszysz, był wówczas asystentem profesora Śledzia w Akademii, a jego dyplom przeszedł do historii tejże szkoły – dwadzieścia pięć pociętych brzytwą, zamalowanych na czerwono półcień komisja oceniła celująco. (…) Mateusz wyrwał w końcu brzytwę z dłoni Inżyniera, przyłożył mu do szyi ostrze i syknął:
- Ciąć możesz swojego chuja, ale od moich rzeczy wara."
Ten film powinien być właśnie debatą na temat współczesnej sztuki.
Mateusz do narratora: - "Pożegnanie Jezusa z uczniami nie powinno się odbywać w jakimś tam wieczerniku, lecz na pustyni. Chleb i wino – powtórzył – na pustyni.
(…)
Na biurku w gabinecie, pośród notatek, bloczków recept, spoczywał list od Mateusza, który doktor otrzymał z miesiąc temu. Dlaczego sesja miała się odbyć w teatrze? To było jeszcze do wytłumaczenia: na małej scenie, przy długim stole fotograf mógł ich wszystkich objąć, spokojnie i bez technicznych spięć. Dlaczego Mateusz chciał namalować taki obraz? I po co – jako modeli – chciał mieć znajomych z dawnych lat"
Maciej usadził swoich przyjaciół, dobrych znajmych przy stole na deskach teatru w Gdańsku.
Czyżby w układzie lekowym tak sie zagotowało, że niektórzy bohaterzy ostatnich enuncjacji prasowych poczuli się na tyle zagrożeni, że wynajęli ochronę? Szefa jednej z firmy farmaceutycznych, zaczęło chronić dwóch byłych żołnierzy legii cudzoziemskiej. Tylko pozornie jest to informacja bez znaczenia.
Wcześniejszy wyjazd. Odwożę Mamę, która jednak nie zostanie u mnie na świętach. Nie było nawet początku ani końca Wigilii, tylko coś pomiędzy nią. Wychodzi na to, że Święta spędzam w drodze.
Trzy godziny w Elblągu. Krótko tłumaczę córce, dlaczego nie znoszę powrotów do Elbląga. Ona musi przyjeżdżać do mnie, do Warszawy. Rodzinne miasto nie musi oznacza wspomnień, do których chce się wracać . To jest za długa historia. Każda minuta w tym mieście przyprawia mnie o mdłości. Córka udała, ze rozumie.
Prywatna policja – czyli rynek detektywistyczny w Polsce
21-12-2007 22:03
– Niektórzy bezprawnie przyznają sobie uprawnienia policji. Zastępują legalne sądy i komorników, posługują się argumentami zbliżonymi do szantażu. Dostaję sygnały, że w pewnych wypadkach stosują środki techniki operacyjnej, podsłuchują rozmowy przy użyciu urządzeń elektronicznych. Tego im nie wolno robić. – mówił kilkanaście lat temu o prywatnych detektywach były szef UOP Andrzej Milczanowski. Czy coś się obecnie zmieniło? Niewiele, zapewniają rozmówcy. Od lat jest milczące przyzwolenie na to, by agencje detektywistyczne zamieniały się w prywatną policję.
Krzysztof Rutkowski, który został aresztowany pod domniemanym zarzutem działania w mafii paliwowej, mówi wprost, że on, tak jak wielu jego kolegów po fachu, chciałby mieć uprawnienia czyniące z biura detektywistycznego prywatną policję. Dlatego prywatni detektywi nie tylko wdziewają mundury przypominające brygady antyterrorystyczne lub policyjne, ale zachowują się jakby naprawdę byli funkcjonariuszami policji.
Schronienie dla esbeków?
Piotr Niemczyk, wspólnik firmy, w której zakresie działalności znajdują się także usługi detektywistyczne, przyznaje, że na początku trafiali do branży byli funkcjonariusze SB i milicji obywatelskiej.
Od początku założono, że firmy ochroniarskie i detektywistyczne będą jedną z dróg ucieczki dla tysięcy byłych funkcjonariuszy MSW i Służby Bezpieczeństwa. Pomysł ich istnienia narodził się w atmosferze, którą dobrze opisał Krzysztof Dubiński, doradca gen. Kiszczaka, sekretarz Okrągłego Stołu: „Rozwiązanie SB (...), procedura weryfikacyjna i tworzenie Urzędu Ochrony Państwa, otworzyło kilkutygodniowy okres całkowitej dezintegracji służb specjalnych. Na plan odległy zszedł interes państwa, rozpadły się wszelkie mechanizmy solidarności grupowej. W gmachu przy ul. Rakowieckiej nastąpiło całkowite rozprzężenie dyscypliny i poczucia obowiązku. Jedyna zasada jaka wówczas obowiązywała, to zasada: ratuj się kto może.”
Sytuacja prawna była nieunormowana. Wystarczyło założyć działalność gospodarczą, zapłacić 900 złotych i uzyskiwało się koncesję. Andrzej Zybertowicz w pracy „Służby specjalne i układ postkomunistyczny” pisze: „Ustawa z 23 grudnia ‘88 o działalności gospodarczej, będąca jedynym aktem prawnym dopuszczającym prowadzenie tego typu firm, wskazywała jedynie, kto jest władny wydawać koncesje. Nie przewidziano jednak kontroli nad tego typu działalnością. Dopuszczono tym samym kilka tysięcy firm do niekontrolowanej działalności w sferze bezpieczeństwa publicznego.”
Jak zostać detektywem?
Z czasem postanowiono ten dziki rynek prawnie unormować. W 2001 r. uchwalono ustawę, która podała warunki wykonywania działalność w zakresie usług detektywistycznych. Należy posiadać licencję, którą wydaje komendant wojewódzki. Nie można być wpisanym do rejestru dłużników niewypłacalnych Krajowego Rejestru Sądowego, ani być karanym. Obowiązkowo należy zawrzeć umowę ubezpieczeniową i wpłacić 616 złotych opłaty skarbowej, składając wniosek o wpis do rejestracji usług detektywistycznych do MSWiA. W ten sposób zostaje się prywatnym detektywem.
Były policjant, który wstąpił do służby po 1989 r., obecnie zajmujący się działalnością detektywistyczną, nie ma najlepszego zdania o ustawie o usługach detektywistycznych:
– Napisano ją pod policjantów i byłych funkcjonariuszy służb. Sfrustrowani, niewykształceni, ale posiadający kontakty wśród służb i świata przestępczego. Często mają doświadczenie operacyjne oficerów SB, którzy nie przeszli weryfikacji z 89 i 94 r., a później nie potrafili się odnaleźć w strukturach policji. Nie znają prawa, nie mają zaplecza cywilnego, nie potrafią prowadzić działalności gospodarczej. Łamią przepisy. Przemoc, przekupstwo, podsłuchy. Bo tylko to potrafią. Nie potrafią napisać umowy, zarejestrować zlecenia.
Ustawodawca założył, że oficerowie policji, wojska, UOP późniejszego ABW mają znaczną wiedzę zawodową oraz z zakresu prawa i egzamin na licencje prywatnego detektywa jest dla nich łatwiejszy, zostają zwolnieni z najtrudniejszego, wielopunktowego testu. Były oficer musi zapamiętać wyłącznie odpowiedzi na kilka powtarzających się pytań ogólnych aby otrzymać ilość punktów niezbędną do zdania tej części egzaminu.
Brak prawdziwej selekcji, jak to dzieje się w przypadku kandydata na adwokata lub radcę prawnego, musi rzutować na pracę niektórych agencji detektywistycznych, kładąc cień na całe zawodowe środowisko. – Kilka razy zdarzyło się, że w imieniu moich klientów dawałem zaliczki, a później efekt zapłaconych z góry działań był poniżej krytyki – wspomina Piotr Niemczyk. – Miałem trzy takie wpadki. Jedna ze strony byłego oficera SB, druga byłego milicjanta. Trzeci raz przez renomowaną firmę, która zamiast uczciwego wykonania zlecenia, dokonała zwykłego szalbierstwa – dodaje.
Wraz z upływem czasu, naturalną wymianą pokoleń, byli funkcjonariusze milicji obywatelskiej i służb PRL wypierani są przez policjantów lub dzisiejszych funkcjonariuszy służb specjalnych. Instytucja prywatnego detektywa to dla wielu z nich furtka na dalsze zawodowe istnienie, gdy opuszczą swoje dotychczasowe miejsce pracy.
– Prawda, że są to zazwyczaj osoby, którym się nie udało w służbie – mówi rozmówca z MSWiA, który nie chce podać swojej tożsamości. Być może sam kiedyś będzie musiał szukać pracy. – Czymś przecież muszą się zająć ludzie, kiedy odchodzą ze służby. Mają wiedzę, nierzadko tajną, kontakty. Lepiej, że założą agencję niż mieliby zacząć przestępczą działalność.
Być może z takiego myślenia bierze się czasami parasol ochronny wśród byłych kolegów z policji, służb specjalnych, wojska i MSWiA, tolerujący i przyzwalający na to, co np. w USA, Niemczech nie byłoby do pomyślenia. Takie sceny jak w TVN-owskim serialu „Detektyw”, z udziałem Krzysztofa Rutkowskiego, mogliśmy tylko obejrzeć w Polsce.
Rutkowski to nie Philip Marlow
W Polsce jest zarejestrowanych 259 prywatnych detektywów. Rocznie przybywa około 50 licencjonowanych detektywów. W latach 2004 – 2007 z rejestru wykreślono zaledwie 22 przedsiębiorców zajmujących się tą specjalizacją. Liczących się detektywów, zajmujących się głównie tą działalnością, nie jest wielu. Wymienić można w kolejności alfabetycznej z Warszawy: Czesław Boniecki, Mariusz Gregorczyk, Michał Rapacki, Jarosław Rangotis, Wiesław Modrakowski, Andrzej Mikstal, w Łodzi: Waldemar Czerwiński, z Poznania: Bogdan Nadolny, Maciej Szuba, z Sopotu: Rafał Rutkowski, z Katowic: Tomasz Zborowski, Krakowa: Aleksander Wojciechowicz, Płocka: Joanna Grączewska, Mirosław Miernik, a z Wrocławia: Alicja Słowińska.
Jeszcze niedawno na najpotężniejszego detektywa w Polsce wyrastał generał Adam Rapacki, który po objęciu teki wiceministra MSWiA, musiał jednak odsprzedać udziały w swojej firmie detektywistycznej. Dwie inne osoby Marcin Popowski (Warszawa) i Krzysztof Rutkowski (Łódź), dotąd osoby wymieniane w czołówce prywatnych detektywów, przynajmniej teoretycznie, do czasu wyjaśnienia swoich spraw nie zajmują się dotychczasową działalnością. Pierwszy zajmuje się doradztwem detektywistycznym, drugi działa poprzez swoją byłą żonę.
Polscy prywatni detektywi pracują zazwyczaj pojedynczo lub w kilkuosobowych zespołach. Ich siedziby mieszczą się w ciasnych biurach, panuje tam atmosfera mająca klimat z powieści Chandlera. Niestety, poza cynicznym poczuciem humoru i skłonnością do nadużywania alkoholu sami są mało podobni do Philipa Marlowe, który w świecie zła, pomimo wad, starał się dowieść sprawiedliwości.
Piotr Pytlakowski („Polityka”) wielokrotnie opisujący świat polskich detektywów twierdzi, że jest to „środowisko skłócone, bo trwa ostra walka konkurencyjna. Rynek jest płytki, żeby przetrwać należy konkurenta osłabić. Na przykład donieść gdzie trzeba, że kolega zajmuje się szwindlami. Łamią prawo, bo inaczej nawet pies z kulawą nogą nie zamówiłby u nich usługi.”
Dochodzi do takich wynaturzeń, jak postępowanie detektywa Krzysztofa Rutkowskiego w sprawie porwania Krzysztofa Olewnika. Przypomnijmy, syn Włodzimierza Olewnika został uprowadzony w nocy 27 października 2001 r. Przez trzy lata porywacze przetrzymywali Krzysztofa w piwnicy i szambie, krępując go krowimi łańcuchami. Po wzięciu okupu (24 lipca 2003 r.) dwa miesiące później udusili swoją ofiarę, a zwłoki zakopali. Rodzina Olewników postanowiła zwrócić się o pomoc do najsłynniejszego prywatnego detektywa, który co tydzień na ekranach telewizorów pokazywał, jak wymierza sprawiedliwość. Ten potraktował ich jednak jak przysłowiowego jelenia do skrojenia. Przez niego stracili ponad milion złotych, nic w zamian nie uzyskując. Krzysztof Rutkowski na swoje usprawiedliwienie, dopóki nie odnaleziono ciała Krzysztofa, powielał wersję o samouprowadzeniu.
Rutkowski pojawia się także w innych sprawach: w ośmiornicy warszawskiej i w aferze paliwowej. Czy bycie znanym prywatnym detektywem, gwiazdą mediów, pozwalało mu tuszować bezprawne działania? Jeden z szanowanych prywatnych detektywów Michał Rapacki, w Dużym Formacie „Gazety Wyborczej” ostro go krytykuje: – Rutkowski nie jest detektywem! To showman i pies na pieniądze. Prokuratura wyjaśnia, czy był do tego stopnia zachłanny, że zaprzedał się gangsterom. Już dawno powinien mieć postępowania karne za to, jak traktuje ludzi. Kopniakami wymuszał przyznanie się do rzekomej winy, znęcał się nad swoimi ofiarami, powalał na ziemię, przystawiał broń do głowy. Detektyw to nie szeryf na Dzikim Zachodzie, jego też obowiązuje prawo.
Ludzie byli zachwyceni. Mówili, że Rutkowski jest lepszy niż policja. Tyle że on często przypisywał sobie sukcesy policji. Zdarza się, że jego byli klienci przychodzą do mnie „do poprawki”. Odprawiam ich z kwitkiem. Nie będę sprzątał po Rutkowskim.
Sam bohater programu „Detektyw” nie zamierza zejść z pierwszego planu. Planuje w Łodzi założyć szkołę i uczyć fachu pracowników firm detektywistycznych. Przymierza się także do nakręcenia filmu fabularnego o swoich losach i pracy detektywa.
Na celowniku polityków
W czasie nocnej rozmowy Janusza Kaczmarka przed jego zatrzymaniem, przeprowadzonej przeze mnie i Piotra Pytlakowskiego, poznaliśmy kulisy domniemanego spisku, którego bohaterami mieli być prywatni detektywi. Opisaliśmy tę historię w tygodniku „Polityka”. Według Janusza Kaczmarka, jesienią 2006 r. do resortu sprawiedliwości dotarła wieść, że ktoś miał szukać materiałów dyskredytujących ministra Zbigniewa Ziobrę oraz jego osobę, ówczesnego prokuratora krajowego. Dotarła do nich informacja, że detektyw Rafał Rutkowski, z Sopotu, ma jakieś kwity, których ujawnienie może zaszkodzić ministrowi. Prawie w tym samym czasie inny detektyw, Jerzy Godlewski z Zielonej Góry, chciał ostrzec Ziobrę przed prowokacją rzekomo szykowaną przez innego detektywa Krzysztofa Rutkowskiego. Janusz Kaczmarek mówił nam w słynną już noc poprzedzającą jego zatrzymanie: – Ziobro miał przekonanie, że Godlewski chce go zniszczyć. Kiedyś Marzec (były szef CBŚ – przyp. aut.) powiedział mi, że rozmawiał z ministrem Ziobro i Święczkowskim i powiedział im, że Godlewski to jest agent agentów. Oni to chwycili, że on ma jakieś tam specjalne satelity, specjalne kamery. Nie mogą go rozpracować, bo jego dom to wielka twierdza. Ziobro stwierdził, że jego, czyli proroka południa bierze Święczkowski (były szef ABW – przyp. aut.), proroka północy, czyli mnie, bierze Marzec. Chodziło o działania osłonowe.
Rozpracowywanie detektywa Rafała Rutkowskiego doprowadziło prawdopodobnie do inwigilacji dziennikarzy, z którymi ten się kontaktował (Wojciech Czuchnowski, Bertold Kittel, Piotr Pytlakowski i Sylwester Latkowski – przyp. od aut.). Rutkowski sam miał zapłacić wysoką cenę za zainteresowanie swoją osobą polityków. Wielomiesięczne życie na podsłuchu, kontrole izb skarbowych. Nie służyło to rozwojowi jego firmy. Skutki utraty części klientów odczuwa do dzisiaj.
Wszystko wskazuje na to, że obaj prywatni detektywi staną się bohaterami sejmowej komisji śledczej, pokazując, że detektyw w Polsce nie tylko zajmuje się śledzeniem niewiernych małżonków.
Na usługach policji i służb
– Nie ma mowy o istnieniu prywatnego detektywa bez współpracy z policją lub służbami specjalnymi – zapewnia rozmówca z MSWiA. – To czasami patologiczny związek, o czym powinni pamiętać jego klienci. Często może być po prostu sprzedany.
Wzajemne świadczenie sobie usług jest regułą współpracy detektywa z policją lub służbami specjalnymi. Czasami to detektywi realizują zadania, których służby specjalne nie mogą wykonać bez łamania prawa. Łatwo przekroczyć granicę, po której detektyw staje się agentem. Jeden z detektywów w rozmowie nawet nie ukrywa bliskich kontaktów z funkcjonariuszami CBŚ z ósmego piętra na Okrzei w Warszawie. Zapiera się tylko, że nie jest agentem.
Przyszłość to profesjonalizacja
– Rynek usług detektywistycznych tak naprawdę nigdy w Polsce nie powstał – twierdzi Piotr Niemczyk. Zlecenia detektywistyczne to zaledwie 30 proc. działalności jego firmy. – Nie zajmujemy się sprawami cywilnymi, a usługami dla biznesu. Pracujemy głównie dla banków i instytucji finansowych.
Przyszłość nie będzie lepsza, jeśli nie nastąpią zmiany i nie zostaną wyeliminowani z rynku najsłabsi, którzy nigdy nie powinni się znaleźć w tym fachu. Pojawienie się w branży takich osób, jak niedawno generał Adam Rapacki, było tylko chwilową jaskółką nadziei, sygnałem, że nadchodzi czas do profesjonalizacji usług detektywistycznych, wyznaczaniu obcych dotąd standartów pracy.
Zmiana rynku gospodarczego w Polsce rzutuje także na podział ryku prywatnych detektywów.
– To nie jest szczególnie interesujący rynek – mówi Piotr Niemczyk. – Mało osób prywatnych stać na wynajmowanie detektywa, naturalnym klientem wydają się być przedsiębiorstwa. Ale wielu inwestorów przez całe lata nie korzystało z takich usług. Polskie firmy właściwie z usług firm detektywistycznych nie korzystają. Ludzie z licencją detektywistyczną są poszukiwani przez banki i towarzystwa ubezpieczeniowe. Oni w swoich pionach potrzebują mieć ludzi z licencją, by legalnie móc dochodzić swoich roszczeń i je udokumentować.
Windykacja to jest biznes
– Aktualnie nastaje nowa fala detektywów „indykatorów”, pracowników dużych i sieciowych firm egzekwujących należności – twierdzi detektyw Rafał Rutkowski – Nie spełniają oni warunków ustawy w kwestiach obowiązkowego ubezpieczenia. Rejestracji zleceń nie muszą robić, bo ich formalnie nie wykonują, choć ustawa przewiduje czas rozpoczęcia zawodu.
Obok detektywów „windykatorów” dobrze sobie radzą, ale jest to najmniejsza grupa, zaznacza Rafała Rutkowski.
– Zawodowcy, posiadający znaczącą wiedzę fachową. Znający dobrze rynek, wyspecjalizowani, posiadający zaplecze kadrowe, inwestujący w sprzęt, szkolenia. Oni osiągają największe przychody, pracują dla największych firm. Zazwyczaj specjalizują się w branżach niszowych jak wywiad gospodarczy, wspomaganie PR i HR, obsługa biur i rzeczników patentowych, ochrona własności intelektualnych – dodaje.
Swoje usługi świadczą dla dużych firm i korporacji, m.in. z zakresu wykrywania kłamstw, grafologii, informatyki. Korzystają z doświadczeń najlepszych kancelarii prawniczych. Unikają przy tym rozgłosu. Dzielą się sukcesami z organami ścigania i dziennikarzami śledczymi. Kilka nagród prasowych z zakresu dziennikarstwa śledczego to tak naprawdę praca prywatnych detektywów.
Na marginesie tego rynku żyje najliczniejsza grupa detektywów „amatorów”. Zajmują się najmniej wymagającymi zleceniami. Obserwują niewiernych małżonków, są zatrudniani na etatach w agencjach ochrony, firmach ubezpieczeniowych i hipermarketach. Ogłaszają się w lokalnej prasie obok detektywów bez licencji i windykatorów. Wiążą koniec z końcem. Idą na skróty. Zamiast własnej pracy podkupują policjantów, pracowników ZUS i urzędów skarbowych. Niestety coraz częściej wpadają i trafiają do aresztu.
Stało się tak między innymi z byłym rzecznikiem prasowym i członkiem stowarzyszenia detektywów polskich Marcinem Popowskim, który obecnie ma postawione zarzuty nakłaniania do ujawnienia informacji niejawnych. Skłoniło go to do gorzkiej refleksji: – W świetle polskiego prawa, braku zrozumienia realiów pracy detektywa, uważam, że nie warto nim być, bo cokolwiek będziesz robił zawsze się narazisz na konflikt z prawem. Może czas zakończyć i zlikwidować zawód detektywa?
Sylwester Latkowski, Gazeta Finansowa/20.12.2007 W najbliższym wydaniu Gazety Finansowej (4 stycznia 2008 r.), opublikujemy dramatyczny wywiad z Marcinem Popowskim, byłym rzecznikiem i członkiem Zarządu Stowarzyszenia Detektywów Polskich, który opowie nam o kulisach swojego aresztowania i oskarżenia go o nakłanianie do ujawnienia tajemnicy służbowej. Wyjaśnia w rozmowie komu tak naprawdę naraził się swoją pracą detektywa.
Jaki pretekst użyto by nadal inwigilować realizację filmu o sprawie zabójstwa generała Marka Papały? Podobno miało się coś zmienić w kwestii inwigilacji mediów? Dla kogo tak naprawdę zagrożeniem jest ten film?
19-12-2007 23:49
Godzina 14. Chińska restauracja na rogu Grójeckiej i Bitwy Warszawy. Miejsce spotkań policjantów i ludzi WSI oraz SKW. Spotykam się tam z jednym z dziesięciu członków nieistniejącej policyjnej grupy „Desperado”, powołanej przez generała Marka Papałę. Byli ludźmi z zewnątrz, z komend rejonowych. Oddani wyłącznie Papale. Wzbudzali niechęć u funkcjonariuszy pracujących w Komendzie Głównej Policji. Jak mówi mój rozmówca, chodząc korytarzami komendy powinni używać lusterek, by widzieć co dzieje się za ich plecami.
W czasie naszej rozmowy do stolika obok, przysiada się mężczyzna. Nie wybrał innego, oddalonego od nas miejsca, pomimo, że było wolne. Jakby zależało mu by być najbliżej nas, by dokładnie słyszeć naszą rozmowę. Zamawia piwo i zaczyna czytać gazetę od tyłu. Czyta ją na siłę, raczej błądzi po stronach oczami. Widać, że go nie interesuje albo jego uwaga jest skupiona na innej czynności niż lektura „Super Expresu”.
Spoglądamy na siebie porozumiewawczo z moim rozmówcą.
– Pani stolik dalej kilkukrotnie ustawiała na nas swoją torebkę - oznajmia. – Robi zdjęcia.
Jako były przykrywkowiec jest wyczulony na nienaturalne zachowania ludzi. Po jakieś chwili stwierdzam, że nie ma sensu dalej tu rozmawiać. Moje pytania zaczną coś im mówić, proszę byśmy wyszli na zewnątrz.
Kiedy mój rozmówca wraca beze mnie do lokalu, gdzie ma się odbyć imieninowa impreza jego znajomego, nasz sąsiad zabiera gazetę, bierze torbę i opuszcza lokal.
Później dowiaduję się, że pani ma na imię Anna, a sąsiad to Zbyszek. Byli to ludzie z "B-etki", policyjnej obserwacji
Krzysztof Materna opowiedział wczoraj swoją hipotezę wyjaśniającą, dlaczego Janusz Kaczmarek wyszedł od Ryszarda Krauzego bez krawata, spędzając u niego zaledwie dwadzieścia kilka minut. Oczywiście odrzucił wątek seksualny, słusznie uważając, że obaj panowie są wybitnie heteroseksualni. Kaczmarek po prostu pożyczył krawat Krauzemu, by ten mógł go założyć na spotkanie z posłem Woszczerowiczem.
Sam Janusz Kaczmarek w prywatnych rozmowach o tamtym incydencie twierdzi, że wyjaśnienie sprawy tego krawata i pobytu na 40 piętrze Mariotta jest tak prozaiczne, że kiedy wszyscy poznają kulisy, co najwyżej się uśmiechną.
Fragmenty skargi podinsp. w st. spocz. Mirosława Gruszeczki , byłego eksperta Wydziału Kryminalnego Biura Kryminalnego KGP, adresowana do wiceministra MSWiA generała Adama Rapackiego:
"W dniu 22 marca 2006 roku, po 18 latach nienagannej służby zostałem zatrzymany w Komendzie Głównej Policji przez policjantów z BSW KGP. (…) Przedstawiono mi 19 zarzutów z art. 231§1 kk w zw. z art. 266§2 kk w zw. z art. 11§2 kk i 1 zarzut z art. 231§2 kk w zw. z art. 266§2 kk w zw. z art. 11§2 kk. Zarzucane mi czyny miały zostać popełnione w okresie od 8 grudnia 2004 roku do 31 maja 2005 roku i dotyczyły dokonywania sprawdzeń w policyjnej bazie KSIP.
Zdziwiłem się, że większość z nich miała być popełniona z osobami o imionach: Wojtek, Witek, Krzysiek, które jak wynikało z treści zarzutów były mi znane. Biorąc pod uwagę, że współpracowałem od lat z wymienionymi w zarzutach firmami domyśliłem się o które osoby może chodzić. Jako policjant z 18 letnim stażem byłem zdumiony, że przez tyle czasu nikt nie potrafił lub nie chciał ustalić ich danych personalnych.
Przyznałem się zgodnie z prawdą do dokonywania prostych sprawdzeń dla wymienionych osób, podałem ich pełne dane personalne i wyjaśniłem, że przez wiele lat współpracowałem z nimi (szczegóły w dalszej części pisma). Nie przyznałem się do 2 czynów z uwagi na fakt, że nie znałem osób, którym miałbym ujawniać tajemnice służbową.
Nie przyznałem się do całkowicie niezrozumiałego dla mnie zarzutu nr 10 mówiącego o działaniu w celu osiągnięcia korzyści majątkowej od swojego kolegi Marcina Popowskiego (prywatnego detektywa) i Dariusza Szymańczyka (tej osoby nawet nie znam). Czyn ten zagrożony jest karą pozbawienia wolności do lat 10. Zadeklarowałem chęć współpracy z organami ścigania w celu wyjaśnienia wszystkich okoliczności związanych ze sprawą.
Pomimo moich szczerych wyjaśnień, w dniu 24.03.2006 roku zostałem tymczasowo aresztowany przez Sąd Rejonowy dla Warszawy Pragi Północ III Wydział Karny na okres 3 miesięcy. Ciekawy jest fakt, że podczas oczekiwania na rozprawę kilkakrotnie usłyszałem od policjanta z BSW KGP o nazwisku G., że będę siedział i odechce mi się opowiadania kłamstw o BSW. Nie ukrywam, że znam sprawy o charakterze kryminalnym kompromitujące BSW KGP, w tym ścisłe jego kierownictwo.(...)
W uzasadnieniu Sąd standardowo powołał się na istniejącą obawę utrudniania postępowania, matactwa procesowego, rozwojowy charakter sprawy oraz zagrożenie wysoką karą. Wtedy zrozumiałem po co został mi postawiony zarzut numer 10 dot. korupcji i dlaczego w zarzutach nie było danych personalnych osób mogących potwierdzić, że nigdy nie brałem od nikogo żadnych korzyści.
W trakcie pobytu w AŚ Warszawa Białołęka dowiedziałem się z prasy i od współosadzonych, że moja sprawa ma związek z uprowadzeniem w 2001 roku Krzysztofa Olewnika (zamordowany w 2003 r.), przy której to sprawie rzeczywiście pracowałem od lata 2004 roku. Dowiedziałem się także, że przez prawie rok byłem podsłuchiwany. Znajomość sprawy przez media była zaiste zdumiewająca.
W dniu 22 maja 2006 roku podczas pobytu w AŚ Warszawa Białołęka zostałem ponownie przesłuchany przez funkcjonariuszy Policji. W jego trakcie przyznałem się do dokonania sprawdzeń w zarzucie nr 1 (po uprzednim poinstruowaniu policjantów z BSW jak można zidentyfikować osobę ukrywającą się pod tajemniczą dla mnie nazwą Wojciech G.). Na złożoną przeze mnie propozycję złożenia obszernych wyjaśnień dowiedziałem się, że będę miał taką możliwość podczas przesłuchania przez Prokuratora. Wyjaśniałem także, że szkolenia dla firm prowadziłem za zgodą Komendanta Głównego Policji. Dokumenty na ten temat miałem w domu, zostały ujawnione podczas przeszukania, jednakże po konsultacji telefonicznej policjantów z BSW KGP z jakąś „Monisią” zostały pozostawione u mnie w domu. Mogę się domyślać, że ową „Monisią” była pani Prokurator. Zaiste dziwna zażyłość. Gdyby zostały wtedy zabezpieczone nikt nie mógłby wysnuwać fałszywych teorii o rzekomej korupcji.
W dniu 8 czerwca 2006 roku Pani Prokurator uchyliła zastosowany przez Sąd środek zapobiegawczy w postaci tymczasowego aresztowania, zamieniając go na poręczenie majątkowe, zakaz opuszczania kraju i zawieszenie w czynnościach służbowych. Po 79 dniach piekła byłem na wolności.(…)
Po kilku miesiącach ciszy w dniu 3 stycznia 2007 roku z „Gazety Wyborczej”!!! dowiedziałem się, że w powyższej sprawie został skierowany akt oskarżenia do Sądu. Także z tego samego artykułu ponownie dowiedziałem się, że sprawa ma związek z uprowadzeniem Krzysztofa Olewnika. Redaktor Piotr Machajski był lepiej poinformowany ode mnie.(…)
Brak możliwości wglądu w akta, pomimo złożenia przeze mnie takiego wniosku już na pierwszym przesłuchaniu (a przez obrońcę w dniu 28 marca 2006r.), przed wydaniem decyzji o zamknięciu śledztwa prowadzi do wniosku, że zostałem pozbawiony prawa do obrony, w tym do złożenia wniosków dowodowych, a przede wszystkim do złożenia obszernych wyjaśnień w trakcie których miałbym możliwość wytłumaczenia motywów swojego postępowania. Czyżby ktoś bał się treści moich szczegółowych wyjaśnień?(…)
W dniu 17.04.2007 otrzymałem postanowienie KGP o utrzymaniu w mocy postanowienia rzecznika o odmowie uzupełnienia akt i orzeczenie Komendanta Głównego Policji o wydaleniu ze służby. (…)
„Niskie pobudki działania”? Nie działałem w celu osiągnięcia korzyści majątkowej. Nie współpracowałem z gangsterami. Nie sprzedawałem i nie udzielałem nikomu informacji z toczących się postępowań.
Kolejne niezrozumiałe stwierdzenie z orzeczenia to „ujemne skutki dla służby”. Jakie? Czy w wyniku mojej współpracy z różnymi osobami doszło do naruszenia godności i honoru służby? Komuś chyba się poplątały fakty. To wyłącznie dzięki służbom prasowym KGP i KSP, które „trąbiły” o niej przez 4 dni we wszystkich możliwych mediach sprawa została rozdmuchana do niewyobrażalnych rozmiarów (łącznie z pokazywaniem momentu zatrzymania i przebiegu czynności procesowych). Byłem przedstawiany jako zdrajca w mundurze, który narażał sprzedawanymi informacjami innych policjantów. Zapoznając się z materiałami postępowania dyscyplinarnego stwierdziłem, że telegram BSW KGP nr 21/2006 z dnia 22.03.2006 r. godz. 20.00 zakazywał udzielania informacji mediom. Czyżby znowu ktoś przekroczył uprawnienia informując media w ten sposób, że już o godzinie 17.00 pojawiły się informacje o moim zatrzymaniu? Dziwiło mnie, że Komendant Główny Policji rozważając dotychcza¬sowy przebieg mojej służby oraz niekaralność dyscyplinarną nie do¬patrzył się żadnych okoliczności przemawiających na moją korzyść. Przecież fakt trwania postępowania karnego, niekaralności, nienaganna opinia, nagrody za osiągane wyniki w służbie - to są właśnie okoliczności przemawiające na korzyść.(…)
W dniu 18.06.2007 odebrałem raport z dn. 01.06.2007 o przejściu na emeryturę z dniem 09.06.2007, a dopiero w dniu 26.07.2007 orzeczenie o uchyleniu zaskarżonego orzeczenia i umorzeniu postępowania dyscyplinarnego. Co ciekawe powołana przez Komendanta Głównego Policji komisja stwierdziła, że zebrany materiał dowodowy jest niekompletny i wymaga uzupełnienia. W związku z tym zawnioskowała o uchylenie w całości zaskarżonego orzeczenia co zostało zrobione.
I w ten sposób Komendant Główny Policji Konrad Kornatowski, który nie chciał ze mną rozmawiać, a następnie próbował mnie wyrzucić dyscyplinarnie ze służby sam sobie zaprzeczył.(…)
W dniu 21.06.2007 r. w związku z odejściem na emeryturę, a tym samym ciążącym na mnie obowiązku rozliczenia się, zwróciłem się do Dyrektora Biura Kryminalnego KGP o spowodowanie przekazania mi następujących dokumentów:
• protokołu otwarcia mojej szafy pancernej,
• protokołu inwentaryzacji rzeczy pozostawionych przeze mnie w szafie pancernej (umundurowanie, dokumenty służbowe i prywatne, itp.),
• protokołu inwentaryzacji rzeczy stanowiących własność prywatną pozostawionych w miejscu pracy,
• protokołu przekazania sprzętu komputerowego pozostającego na moim stanie w dniu 22.03.2006 roku.
Do chwili obecnej nie otrzymałem na nie odpowiedzi. Wiem, że powyższe protokoły nie zostały sporządzone co jest niezgodne z obowiązującymi przepisami. Wiem także, że mój komputer (stanowisko UKSP) był użytkowany przez osobę nieuprawnioną (ciekawe czyim Osobistym Identyfikatorem Cyfrowy ta osoba się posługiwała (…)
W dniu 14.08.2007 r. zapoznałem się w Sądzie z materiałami sprawy zawartymi w 8 tomach akt. Ponieważ oprócz protokołów przesłuchań nie ma w nich żadnego materiału dowodowego wystąpiłem tego samego dnia o zapoznanie się z załącznikami niejawnymi, zawierającymi jak tylko mogę się domyślać stenogramy z podsłuchów. Do chwili obecnej czekam na wyznaczenie terminu zapoznania. Z akt dowiedziałem się także, że decyzje w mojej sprawie (przedłużanie czasu śledztwa) były podejmowane przez Zastępcę Prokuratora Apelacyjnego w Warszawie Konrada Kornatowskiego, przyszłego Komendanta Głównego Policji. Używana argumentacja i uzasadnienia zwalają dosłownie z nóg. Powoływano się m. in. na zabezpieczenie nośników informacji co do których istnieją podejrzenia, że mogą zawierać dalsze dowody działalności przestępczej. W moim przypadku należało chyba szukać ich na komputerach w pracy.
Kolejną kwestią jest legalność założonego mi podsłuchu. Jeżeli byłem podejrzewany o ujawnienia informacji, to po jego założeniu słuchający dobrze wiedział dlaczego to robię oraz to, że nie robię tego dla pieniędzy. Jestem bardzo ciekawy na jaki art. Kodeksu Karnego powołał się wnioskujący. Jeżeli wiązał mnie ze sprawą uprowadzenia Krzysztofa Olewnika i na to się powoływał to co najmniej poświadczył nieprawdę. Odrębną kwestią jest sprawa kolejnych przedłużeń stosowania podsłuchu (łącznie 9 miesięcy). Ciekawi mnie także wybiórczość w ocenie materiału uzyskanego w wyniku podsłuchu. Dlaczego nikt nie zainteresował się odbieranymi przeze mnie telefonami od znajomych, w których informowali mnie o nieprawidłowościach w funkcjonowaniu Policji i wymiaru sprawiedliwości? Często udzielałem rad w tego typu sprawach instruując zainteresowanych jak i gdzie mają interweniować. Może trzeba było się tym zainteresować. (..)
Służbę w Policji rozpocząłem 27.10.1987. Przeszedłem naturalną drogę awansu od policjanta plutonu patrolowego do stanowiska Zastępcy Komendanta Komisariatu Policji Warszawa Wilanów. W dniu 01.05.1998 rozpocząłem służbę w Wydziale Kryminalnym Biura Koordynacji Służby Kryminalnej KGP. Jednocześnie zostałem kierownikiem zespołu do walki z napadami na kierujących samochodami ciężarowymi (potocznie zwanymi TIR-ami). W roku 1997 stwierdzono prawie 200 tego typu zdarzeń, a statystyka pierwszego kwartału 1998 roku wskazywała na dalszą tendencję wzrostową. Straty z tych przestępstw wynosiły miliony złotych, a fakt, że prawie połowę pokrzywdzonych stanowili obcokrajowcy powodował istotne implikacje na arenie międzynarodowej. Praktycznie po każdym napadzie byłem rozliczany przez przełożonych z prowadzonych czynności. W wyniku prac kierowanego przeze mnie zespołu wypracowano założenia taktyczne w celu ograniczenia tej kategorii przestępstw. Między innymi w 1999 roku powołano specjalne grupy zadaniowe w Komendach Wojewódzkich o największym zagrożeniu napadami tj. w KWP z/s w Radomiu, KWP w Łodzi i KWP w Poznaniu. Równolegle powołano Grupę Komendanta Głównego Policji, w której zostałem Zastępcą Kierownika. Grupa składała w zdecydowanej większości w policjantów Sekcji Kryminalnej w Płocku Wydziału Kryminalnego KWP z/s w Radomiu i miała swoją siedzibę w Płocku, a ja pełniłem rolę koordynatora na kraj. W trakcie prowadzonych działań okazało się, że grupy przestępcze posiadają liczne „wtyki” m.in. w policji, co umożliwiało im uzyskiwanie informacji o planowanych działaniach organów ścigania. Z tego powodu podjęto decyzję o zaniechaniu bezpośrednich kontaktów z jednostkami w terenie oraz o nie dokonywaniu sprawdzeń za pośrednictwem tych jednostek. Od tej pory wszelkie sprawdzenia w systemach informatycznych na rzecz Grupy dokonywałem osobiście. Taką samą strategię przyjęto w sprawach prowadzonych przez KWP Łódź i KWP Poznań.
W trakcie prowadzonych czynności okazało się, że niezbędne jest nawiązanie współpracy z firmami transportowymi, kurierskimi, organizacjami transportowców, producentami wyrobów tytoniowych, sprzętu RTV i AGD, czyli krótko mówiąc z osobami i podmiotami pokrzywdzonymi w wyniku aktów bandytyzmu drogowego. Nawiązanie i utrzymywanie tego typu kontaktów było moim zadaniem wynikającym z nałożonych na mnie obowiązków służbowych. W wyniku wypracowanych metod współpracy uzyskiwałem bardzo cenne informacje, które niejednokrotnie były wykorzystywane w prowadzonych postępowaniach, zapobiegły kolejnym tego typu przestępstwom, a także umożliwiały dokonywanie szczegółowych ustaleń o sytuacji w środowisku firm transportowych, szczegółowej specyfikacji utraconego towaru oraz o osobach podejrzewanych o udział w napadach, a także o planowanych przestępstwach. Nie jest żadną tajemnicą, że niektóre ze zgłoszonych napadów lub kradzieży były upozorowane i tylko ścisła współpraca z pracodawcą umożliwiała wykrycie tego procederu.
W trakcie pracy Grupa często napotykała na trudności techniczne związane m.in. z ustalaniem abonentów telefonii komórkowej lub bilingów z miejsc zdarzeń. Należy zwrócić uwagę, że Wydziały Techniki Operacyjnej dysponowały w tym czasie ograniczonymi możliwościami. Policjanci z całego kraju, z którymi współpracowałem wielokrotnie zadaniowali mnie do dokonywania ustaleń, które wymagały zasięgnięcia pomocy u osób nie będących policjantami (zgodnie z art. 22 ust. 1 UoP). Dzięki utrzymywanym przeze mnie kontaktom tego typu ustalenia były jednak możliwe. Na obecnym etapie nie mogę mówić o szczegółach owej współpracy z uwagi na fakt obowiązywania tajemnicy służbowej.
Począwszy od 2001 roku zaczął być odnotowywany w spadek napadów na kierujących samochodami ciężarowymi. Nie było to spowodowane brakiem zainteresowania ze strony przestępców tylko intensywnymi działaniami prowadzonymi przez Grupę, w wyniku których zostało rozbitych wiele wysoce zorganizowanych grup przestępczych, aresztowano setki przestępców, a także odzyskano wiele utraconego mienia. Za przeprowadzone realizacje byłem wielokrotnie nagradzany nagrodami pieniężnymi przez Komendantów Głównych Policji.
W trakcie wieloletniej pracy w Policji, a zwłaszcza w KGP prowadziłem sprawy o wielkim ciężarze gatunkowym. O ich pozytywnych zakończeniach wielokrotnie rozpisywała się prasa (wbrew obowiązującym obecnie zasadom dopiero po skierowaniu aktu oskarżenia), a moi przełożeni odbierali gratulacje od kierowników jednostek terenowych..
Na podkreślenie zasługuje fakt, że w nadzorowanych i koordynowanych przeze mnie sprawach i realizacjach nigdy nie było żadnego „przecieku”.
Moje przejście w 2004 roku do Centralnego Biura Śledczego KGP było spowodowane kolejną reformą KGP. Pozostałem zastępcą kierownika Grupy i dalszym ciągu wykonywałem nałożone na mnie wcześniej zadania.
Nigdy nie uczestniczyłem w rozgrywkach personalnych toczonych w KGP, choć zdarzało mi się jawnie krytykować decyzje organizacyjne i personalne.
Osoby, z którymi współpracowałem, a niektóre z nich są również objęte aktem oskarżenia pomimo przekazywania bardzo cennych informacji, nigdy nie chciały żadnego wynagrodzenia z tego tytułu. Każda z tych osób robiła to z własnej nieprzymuszonej woli chcąc po prostu pomóc Policji. Osoby te pomagały Policji licząc na wzajemność. Z tego właśnie powodu gdy któraś z tych osób prosiła o dokonanie prostego sprawdzenia odnośnie np. karalności kandydata do pracy to tego typu sprawdzenia robiłem nie chcąc dopuścić do sytuacji aby mienie znacznej wartości było powierzane osobom niegodnym zaufania, a tym samym chcąc zapobiec kolejnym przestępstwom. Należy zauważyć, że z dokonywanych przeze mnie sprawdzeń wynikało, że praktycznie co 4 kierowca pokrzywdzony w wyniku napadu miał konflikt z prawem, co często przekładało się później na udowodnienie mu współpracy w upozorowania napadu.
Informacji takich udzielałem, natomiast z uwagi na ich niewspółmierny ciężar gatunkowy w stosunku do otrzymywanych informacji oraz na fakt, że art. 231§1 kk mówi o „działaniu na szkodę interesu publicznego lub prywatnego” powoduje, że do tak sformułowanych zarzutów się nie przyznaję. Nie działałem na szkodę interesu publicznego lub prywatnego, a wręcz przeciwnie działałem w dobrej wierze na rzecz poprawy bezpieczeństwa w celu zapobiegania przestępstwom i wykrywaniu popełnionych. (…)
Chciałbym zaznaczyć, iż jako funkcjonariusz policji z wieloletnim stażem zdawałem sobie sprawę z możliwości stosowania technik operacyjnych, a w tym również podsłuchów telefonicznych. Zasady logicznego rozumowania pozwalają więc na przyjęcie założenia, że gdybym miał zamiar przekazać komukolwiek wiadomość mogącą stanowić istotną tajemnicę, nie robiłbym tego przez telefon. Smaczku sprawie dodaje fakt, iż ja wiedziałem o tym, że mam założony podsłuch jednakże dotychczas nie miałem możliwości złożenia wyjaśnień w tej sprawie z przyczyn już opisanych.
Uważam, że zostałem niesłusznie aresztowany (na pokaz), a cała otoczka tej sprawy, w tym komentarze prasowe po moim zatrzymaniu o „sprzedajnych gliniarzach”, którzy sprzedawali informacje ze spraw i tym samym narażali innych funkcjonariuszy są dla mnie jako policjanta znanego i szanowanego w kraju po prostu obraźliwe. Zastanawiające jest kto i na jakiej podstawie przekazał mass mediom takie nieprawdziwe informacje. Po co w jednostkach Policji były robione odprawy na których byłem przedstawiany w sposób opisany jak powyżej.
Sądzę, że wiązanie powyższej sprawy z uprowadzeniem Krzysztofa Olewnika i snucie teorii, że ja mogę być zamieszany w powyższe przestępstwo (lub inne osoby występujące w sprawie) jest kompromitacją osób, których zadaniem było szukanie rzeczywistych sprawców porwania, a nie błądzenie po omacku i próba wybielenia się z mizernych efektów prowadzonych czynności. Zawsze byłem przeciwnikiem lansowanej tezy o samo uprowadzeniu. O tym kto miał rację świadczy m. in. przebieg toczącego się procesu o porwanie i zamordowanie Krzysztofa. Być może cała sprawa ma związek z kolejną skargą ojca uprowadzonego z początku 2006 r. lub szukaniem na siłę sukcesu przez BSW KGP na uzasadnienie planowanej rozbudowy"
W części oficjalnej, tuż pod striptizie, dostaliśmy z Piotrem Pytlakowskim po kawałku blachy od Playboya w związku ze znalezieniem się w 50 najlepszych wywiadów wydanych z okazji 15- lecia Playboya. Mieliśmy wkrótce wyjść. Usadowiliśmy się na chwilę z dala od całego zgiełku. Obok jedynie Michał Wiśniewski szeleścił kartami do pokera. Dosiadł się do nas Krzysztof Materna i popłynęliśmy w rozmowie do wpół do drugiej w nocy.
Czy komentarz Jacka Łęskiego na wpis w blogu „Autorski tekst Sieńki” o przejmowaniu Stoczni Gdańsk, zaprowadzi go pod sąd, co zapowiada Piotr Sieńko?
Przypomnijmy mój wpis z 05-12-2007 23:08
"Rosyjski koncern Gazmetall zamierza prawdopodobnie przejąć polskie przedsiębiorstwa z grupy strategicznych sektorów gospodarki: przemysłu hutniczego i stoczniowego. W jego posiadaniu mogłyby się wtedy znaleźć m.in. Huta Częstochowa i Stocznia Gdańsk. Wówczas kolebka „Solidarności” trafiłaby w ręce osób powiązanych z najsilniejszą rosyjską grupą mafijną Sołncewo."
Piotr Sieńko, dziennikarz Polska The Times, zamieścił na swojej internetowej stronie tekst autorski: "Rosyjska mafia przejmie kontrolę nad kolebką „Solidarności”? Czyżby jego redakcja nie chciała tego opublikowac? Bo w to, że Sieńko na boku go pisał, w wolnych chwilach po pracy, trudno uwierzyć.
Obszerne fragmenty artykułu Piotra Sieńki opublikowała „Gazeta Finansowa.”
Jacek Łęski postanowił podsumować to słowami:
Sieńko - przykład lumpendziennikarstwa
2007-12-11 16:30:29
„To jest nieprawdziwy tekst. W rzeczywistości nie ma żadnych negocjacji ani planów fuzji między ISD a Gazmetallem. Nigdy nie było podpisanego listu intencyjnego, o jakim wspomina autor. Sprawa była wyjaśniana już w lutym tego roku, kiedy takie plotki pojawiły się w rosyjskiej i ukraińskiej prasie. Sieńko najzwyczajniej mija się z prawdą, a sprawa skończy się dla niego zapewne procesem sądowym. Nawet nie zadał sobie trudu by zadzwonić do ISD i poprosić o komentarz czy informacje. Ot, nowe dziennikarskie standardy. Warto jeszcze tylko dodać, że całą procedurę objęcia nowoemitowanych akcji SG wymyśliła i pilotowała Agencja Rozwoju Przemysłu i inwestor musiał się dostosować do niej. Stocznia nie ma żadnych długów wobec ISD Huty Częstochowa, więc spekulacje o przejęciu firmy za długi są wyssane z brudnego palucha. Jakim inwestorem jest ISD najlepiej przekonać się na przykładzie Huty Częstochowa: kombinat ma się bardzo dobrze, jest stale modernizowany, płace rozną, a ludzie mają stabilne miejsca pracy w efektywnym i dochodowym zakładzie. Czy czasem nie o to chodzi w prywatyzacji?”
Kilka godzin później dziennikarz Piotr Sieńko postanowił odpowiedzieć Jackowi Łęskiemu, zajmującym się public relations:
Łęski – niedorzeczny rzecznik
2007-12-11 21:02:54
„Rzecznikowi ISD Polska najwyraźniej pomyliły się funkcje – rzecznika ISD Polska oraz rzecznika ukraińskiego Związku Przemysłowego Donbasu (ZPD). 27 listopada 2007 r. szef rady nadzorczej i zarazem jeden z głównych akcjonariuszy ZPD Serhij Taruta publicznie oświadczył, że rozmowy o możliwej fuzji ZPD z rosyjskim Gazmetallem dobiegają końca, a ich ostateczny wynik będzie znany na początku 2008 roku. Łęski nie tylko mija się z prawdą, ale także przekracza swoje kompetencje, bo bynajmniej nie jest rzecznikiem ZPD (a po swojej wypowiedzi, kompletnie sprzecznej z oświadczeniem szefa rady nadzorczej ZPD, raczej nim nie zostanie), zaś sprawa skończy się dla niego procesem sądowym (nie pierwszym zresztą wskutek podawania przez niego nieprawdziwych informacji). Tłumaczenie się, że procedurę objęcia wyemitowanych akcji wymyśliła ARP, a inwestor musiał się do niej dostosować, to jak stwierdzenie, że włamania do sklepu dokonał ktoś inny, a myśmy tylko zabrali towar. Natomiast w prywatyzacji chodzi o to, że Skarb Państwa uzyskuje dochód z prywatyzacji danego przedsiębiorstwa, a nie dopłaca setki milionów złotych, żeby jakaś spółeczka z uciułanym kapitałem 3 milionów złotych dostawała za bezcen najlepsze grunty nad morzem w Polsce.”
Smaczku tej wojnie dodaje fakt, że Jacek Łęski był kiedyś jednym z bardziej znanych dziennikarzy śledczych.
- Co z pracą policji na Pomorzu? Minęło już półtora miesiąca, jak odwołano komendanta wojewódzkiego i wciąż nie ma następcy.
- Odwołanie Andrzeja Siwka za rządów PiS miało podłoże polityczne i brak następcy o tym świadczy. Obiecuję, że komendant wojewódzki pojawi się w najbliższych tygodniach. Ważne, by był to fachowiec, od którego będziemy mieli prawo oczekiwać świetnych wyników.
Rozmawiał Roman Daszczyński,„Gazeta Wyborcza - Trójmiasto” 2007-11-15,
Nowy komendant pomorskiej policji
Marek Biernacki: Widocznie ktoś podpowiedział ministrowi, że to doskonały kandydat. Kto? Nie mam pojęcia. Mnie, niestety, nikt nie pytał o zdanie.
„Gazeta Wyborcza - Trójmiasto”, 7 grudnia 2007
Jeśli dodamy kolejny fragment rozmowy Marka Biernackiego z Romanem Daszczyńskim z Gazety Wyborczej - Trójmiasto, to można zapytać: Kto marginalizuje w Platformie Obywatelskiej, szefa MSWiA w rzadzie cieni PO, twórcy programu dotyczącego bezpieczeństwa Marka Biernackiego, i dlaczego?
Jest taka dobra zasada, że jeśli ktoś był ministrem, to nie powinien wracać do tego samego resortu na stanowisko wiceministra. Szefem MSWiA został Grzegorz Schetyna, jak ja, polityk PO. Schetyna ma bardzo silną osobowość, mogłoby między nami dochodzić do tarć. Taka sytuacja byłaby bez sensu i mogłyby ją wykorzystywać służby specjalne, które pokazały, że nie stronią od udziału w grze politycznej.
W najnowszym Dzienniku artykuł Bartłomiera Bajerskiego, który jest dobrym tematem na film. "Przyjechał do Polski jako turysta. Postanowił zwiedzić były niemiecki obóz koncentracyjny Auschwitz. Ale tego, co tam zobaczył, na pewno się nie spodziewał. 65-letni Niemiec na jednym ze zdjęć w muzeum rozpoznał swojego ojca. Nie był więźniem. Był młodym esemanem, który robił selekcję Żydów przywożonych na śmierć."
Artykuł kończą słowa pokazujące prawdę o tym, jak Niemcy zacierali prawdę o II wojnie świtowej.
"W Auschwitz-Birkenau służyło w sumie około osiem tysięcy esesmanów. Po wojnie zdołano znaleźć zaledwie tysiąc. Reszta skutecznie ukryła zbrodniczą przeszłość"
Propagandowe filmy Wojska Polskiego zniechęcają do armii
08-12-2007 20:07
Pamiętam filmiki wyświetlane w czasie lekcji Obrony Cywilnej w PRLowskiej szkole. Miały nieznośną nachalność propagandową. Czy współczesne przykłady filmowej propagandy Wojska Polskiego są lepsze?
Pierwszy z góry przykład propagandy tak bije amatorszczyzną po oczach, że każdy film z uroczystości weselnej wydaje się być arcydziełem sztuki filmowej. Nawet nie wysilono się, by w napisach użyć polskich znaków. Być może osoby realizujące i zatwierdzające ten krótki film uważały, że nie warto sobie tym zwracać głowy, skoro do wojska i tak garną się ci, którym do szkoły nie chciało się nosić tornistra i plecaka.
Poniżej nie jest lepiej.
Wadą tych wszystkich propagandowych reklam Wojska Polskiego jest wyłącznie epatowanie techniką wojskową. Brak emocji. Nie ma w nich życia. Razi nuda. Teoretycznie filmy mają przyciągnąć do armii młodych ludzi, a skierowane są do polityków i urzędników ministerstwa obrony. Czyżby tymi filmikami poprawiali sobie samopoczucie? Z ekranu bije przekaz – Jest świetnie. Oto, jaką mamy nowoczesną armię!
Pozytywne jest tylko to, że urzędnicy ministerstwa obrony narodowej wiedzą, że jest coś takiego jak internet i YouTube.
Koncerny farmaceutyczne w Polsce osiągają taki poziom potęgi, że mają wpływ nie tylko na media poprzez to, że są jednymi z większych reklamodawców, ale przede wszystkim zaczynają mieć w swoich kieszeniach polityków. Nikt nie potrafi lub nie chce poddać ich kontroli.
Łatwiej złapać łapówkarza lekarza niż przedstawiciela biznesu farmaceutycznego korumpującego polityka. Jeśli coś w ogóle trafi na łamy mediów, zazwyczaj sprowadza się to najwyżej do zarzutu lobbingu, złamania zasad i etyki. Dziennikarze nie wyręczą CBA, ABW i policji.
Kolacje z lobbystą
Zanim wybuchała afera z wiceministrem zdrowia Bolesławem Piechą podejrzewanym o dwuznaczną rolę w procesie wpisania na listę leków refundowanych preparatu firmy Serviera, prawie bez echa, poza notatką w czytanym, ale nie cytowany tygodniku "NIE", przeszła interpelacja ówczesnego wicemarszałka Marka Kotlinowskiego (LPR), dotycząca leku generycznego, służącego do leczenia hemoroidów. Dzisiejszy sędzia trybunału stanu opowiedział się za droższym lekiem firmy Servier. Żądał wycofania tańszego leku z rynku. Jako powód podał, że decyzję o dopuszczeniu tego leku wydano z naruszeniem prawa. Warto zauważyć, że była to w ogóle jedyna interpelacja, jaką poseł Kotlinowski złożył w minionej kadencji Sejmu.
Kiedy zapytałem go w rozmowie telefonicznej na potrzeby programu "Konfrontacja" (TVP2), co go skłoniło do złożenia interpelacji w interesie firmy Servier, odpowiedział, że być może go wprowadzono w błąd. Zwrócił uwagę, że to "olbrzymi rynek, w grę wchodzą olbrzymie pieniądze."
Marek Kotlinowski, tak jak i Bolesław Piecha, nie chciał się przyznać do spotkań z przedstawicielem Serviera Robertem Pachockim. Dzięki mediom wiemy jednak, że panowie się spotykali, m.in. na wspólnej kolacji w restauracji Bibliotekarz. Co ciekawe, właścicielem tej restauracji jest znana osoba w tej branży, przedsiębiorca L. Nadal brak odpowiedzi na pytanie, kto płacił za tę i inne kolacje? Robert Pachocki, dyrektor ds. naukowych i medycznych Grupy Badawczej Servier, wiceprezes Izby Gospodarczej "Farmacja Polska", jak mówią rozmówcy, ma być jedną z osób z grupy trzymającej układ lekowy w Polsce. Mistrz lobbingu branży farmaceutycznej. Gracz. Jedną z jego metod działania było wynajmowanie prywatnych detektywów. Pewny siebie i bezwzględny. Dla Francuzów jest nieocenionym człowiekiem o szerokich kontaktach i dojściach." Ponieważ firma Servier jest firmą prywatną, nie obowiązują jej takie same zasady jak w przypadku spółek giełdowych. W Servier wystarczy jeden telefon do Francji i sprawa jest załatwiona od ręki.
Robert Pachocki potrafi od lat dogadywać się z politykami każdej opcji politycznej. Bywa w Sejmie, gabinetach polityków i urzędników. Nie znajdziemy go jednak w wykazie osób zajmujących się lobbingiem w Sejmie. Pytany przez "Gazetę Finansową" o swoje kontakty z politykami i inne kwestie, rzuca słuchawką bez słowa pożegnania. O dużych możliwościach przedstawiciela firmy Servier Roberta Pachockiego świadczy opisane przez "Dziennik" zdarzenie sprzed pół roku przed kolacją w restauracji Bibliotekarz. Pachocki otrzymał wówczas w Urzędzie Rejestracji Produktów Leczniczych dostęp do dokumentacji leku firmy Lekam. Odpowiednikiem i bezpośrednim konkurentem na rynku dla tego preparatu jest Detralex produkowany przez Serviera.
Napisałem w tej sprawie notatkę służbową, którą przekazałem do resortu zdrowia - mówi "Dziennikowi" Leszek Borkowski, szef Urzędu Rejestracji Produktów Leczniczych. I potwierdza: Pachocki na terenie urzędu przeglądał dokumenty konkurencji i za pomocą aparatu komórkowego zaczął je fotografować.
Firma Servier wydała oświadczenie dotyczące tej sprawy, w którym stwierdziła, że "dokumenty te zostały udostępnione Servier Polska w trakcie oficjalnego spotkania w URPL, w którym uczestniczyli: przedstawiciel Urzędu Rejestracji, przedstawiciele Servier Polska i prawnik z kancelarii "Leśnodorski, Ślusarek i Wspólnicy". Zdjęcia miał wykonywać za zgodą urzędniczki prawnik a nie Robert Pachocki. Praktyka taka, według prawników Servier, jest "zgodna z prawem, jest również stosowana przez inne firmy farmaceutyczne podczas tego typu spotkań".
Gdyby nie wyszła sprawa Bogusława Piechy do dzisiaj prawdopodobnie nie wiedzielibyśmy o tym zdarzeniu. Byłaby to kolejna szeptana z ucha do ucha historia w zamkniętym środowisku. Jak przyznaje mój rozmówca, od miesięcy mówiło się o tym w czasie towarzyskich spotkań.
Leszek Borkowski, szef URPL, nadal unika odpowiedzi na proste pytania. Czy znał osobiście Roberta Pachockiego? Dlaczego nie złożył zawiadomienia do prokuratury? Czy faktycznie sporządził swoją notatkę? W rozmowie z "Gazetą Finansową" kieruje nas do rzecznika prasowego z zastrzeżeniem, że odpowiedzą w stosownym czasie, nie zakreślając jednak terminu jej uzyskania.
Rynek poza kontrolą?
Według danych IMS Health, całkowita wartość rynku farmaceutycznego w Polsce w okresie od stycznia do sierpnia 2007 r. wynosiła 10,5 mld złotych. W skali roku wartość rynku farmaceutycznego ma się zamknąć szacunkową kwotą 16 mld złotych. Byłby to wzrost o około 7 proc. w porównaniu do roku ubiegłego. Dzięki rosnącej potędze finansowej firmy farmaceutyczne mają jedne z większych budżetów na działania public relations. Według niektórych danych firmy farmaceutyczne wydają w Polsce na reklamę ponad 10 proc. środków, jakie budżet Narodowego Funduszu Zdrowia wydaje na refundację leków. Wydaje się, że choćby te dane powinny skłonić państwo do kontroli rynku lekowego w Polsce. Tymczasem podstawowym problemem jest to, że nikt dotychczas nie odważył się dokonać dogłębnej analizy rynku lekarstw w Polsce. Co więcej funkcjonowanie tego rynku pozostaje opatrzona klauzulą tajności. O tym jak wygląda lobbing farmaceutyczny można się było przekonać, ale już tylko na utajnionym posiedzeniu Sejmu w 25 listopada 2003 r. Kulisy działań lobbystów na polskim rynku lekowym ujawnia w swojej książce "Walka z sitwą" były minister zdrowia Mariusz Łapiński. Czy jest to konfabulacja Łapińskiego czy prawda? Tego, póki nie zostaną odtajnione akta Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego się nie dowiemy. W rozmowie ze mną były szef ABW Andrzej Barcikowski stwierdził tylko, zasłaniając się tajemnicą państwową, że jest coś na rzeczy. Warto zauważyć, że żadna z wymienionych osób w książce, nie wytoczyła Mariuszowi Łapińskiemu sprawy i nie zażądała sprostowania.
- Jak tylko ogłosiłem, że biorę się za listę leków refundowanych zgłosili się do mnie dziennikarze, twierdząc, że przedstawiciele firm farmaceutycznych poszukują dziennikarzy, którzy wzięliby się za mnie - pisze Mariusz Łapiński - Akurat ci dwaj, którzy mi to powiedzieli się nie zgodzili. Byli jednak tacy, którzy na to poszli. Spotkałem się niedawno z szefem jednej z najskuteczniejszych firm od czarnego PR-u w kraju. Rozmawialiśmy o jednym dziennikarzu, który pisał artykuły atakujące moją osobę. Z 600 tys. zł, które otrzymał za artykuły, za 300 tys. zł kupił sobie mieszkanie. Z tego co usłyszałem, trzy firmy farmaceutyczne złożyły się w kwocie 10 mln zł, żeby mnie załatwić. Polegało to na kupowaniu artykułów.
Na początku 2002 r. poinformowałem premiera, że zamierzam doprowadzić do obniżenia cen wielu leków, głównie importowanych. Chodziło o oszczędności rzędu 1,2 mld zł. Spodziewając się różnych działań wymierzonych w moją osobę poprosiłem premiera o ochronę kontrwywiadowczą. Otrzymałem zapewnienie premiera, że taką ochronę dostanę. Spotykałem się w tej sprawie kilkukrotnie z ministrem Barcikowskim i z ministrem Siemiątkowskim. Jak się okazało moje obawy były uzasadnione. Dodatkowo w pierwszej połowie 2002 r. skierowałem do ABW doniesienie o możliwości popełnienia przestępstw przez firmy farmaceutyczne, polegających w skrócie, na grach fakturami na granicy. Przez to ceny leków w Polsce były droższe, stracili pacjenci i kasy chorych po 1,5 mld zł. Powiadomiłem ABW, kiedy się zorientowałem, że niektórzy urzędnicy ministerstwa finansów są zainteresowani wyciszeniem tej sprawy.
W połowie 2002 r. zaprosił mnie do siedziby wywiadu przy ul. Miłobędzkiej szef Agencji Wywiadu Zbigniew Siemiątkowski. Zlecenia medialnych ataków na twoją osobę przychodzą z zagranicy. Od firm farmaceutycznych - zakomunikował mi Siemiątkowski. Padły wówczas konkretne informacje, których ze względu na tajemnicę państwową jeszcze ujawnić nie mogę.
Gdzieś w drugiej połowie 2003 r. byłem u Marka Ungiera, który opowiedział mi, że sprawa lobbingu firm farmaceutycznych przeciwko mojej osobie, jako Ministrowi Zdrowia stawała na posiedzeniu kolegium ds. służb specjalnych, w którym uczestniczy prezydent, premier, szefowie służb specjalnych i przewodniczący sejmowej komisji ds. służb specjalnych (wówczas był nim Konstanty Miodowicz). Ungier powiedział, że po przedstawieniu materiałów ABW na ten temat zapadła cisza. Wszystkich zamurowało. Wówczas on zabrał głos i powiedział - Nie może być tak w czterdziestomilionowym kraju, że grupa lobbingowa tak załatwia konstytucyjnego ministra, który dla dobra kraju narusza ich interesy. Po tym posiedzeniu o lobbingu firm farmaceutycznych przeciwko mojej osobie mówił też Barcikowski na tajnym posiedzeniu Sejmu. Jeden z Ministrów przekazał mi informację, że Barcikowski informował o tym także Radę Ministrów na tajnym posiedzeniu. Mam nadzieję, że materiały Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego na podstawie których, Barcikowski opierał swoje wystąpienia ujrzą światło dzienne. Poznamy wówczas mechanizmy działania Stowarzyszenia Przedstawicieli Firm Farmaceutycznych i działającej w ich imieniu agencji CEC Government Relations Marka Matraszka. Po uzyskaniu takich informacji chciałem poznać więcej szczegółów.
"Zwracam się z uprzejmą prośbą o wyjaśnienie, czy Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego jest w posiadaniu danych dotyczących roli firm farmaceutycznych w działaniach przeciwko mojej osobie, w okresie pełnienia przeze mnie funkcji Ministra Zdrowia, a także po jej zakończeniu." - napisałem do Szefa ABW Andrzeja Barcikowskiego 22 września 2003 r. W dalszej części pisma wyjaśniłem, że "Rola ta miała polegać na wpływaniu na media i środowiska polityczne, aby zdyskredytować moją osobę w oczach opinii publicznej i abym zaprzestał działań ograniczających nadmierne dochody firm farmaceutycznych. (...) Do dziś nie dostałem odpowiedzi na list z 12 maja, w którym wskazuję na możliwość takiej właśnie prowokacji w wykonaniu firmy Merck Sharp&Dohme. Do dziś nie jasna jest w tym rola byłego Ministra Zdrowia Marka Balickiego i jego wieloletniej przyjaciółki pani Jolanty Sabat, dyrektorki w tejże firmie farmaceutycznej."
Andrzej Barcikowski 29 października odpowiedział na mój list. Była to odpowiedź potwierdzająca moje przypuszczenia: "... podległa mi służba realizuje szereg intensywnych działań o charakterze operacyjno-rozpoznawczym i dochodzeniowo-śledczym, zmierzających do ujawnienia nieprawidłowości, w tym również sygnalizowanych w Pańskich pismach, w zakresie funkcjonowania polskiego rynku farmaceutycznego. Chciałbym jednak podkreślić, iż ze względu na tajny charakter podjętych czynności - na obecnym etapie ich realizacji - nie mogę Pana zapoznać z wynikami dotychczasowych ustaleń. Mogę jednak zapewnić, iż podlegli mi funkcjonariusze dołożą wszelkich starań, aby uzyskana przez nich wiedza znalazła odzwierciedlenie w materiale stanowiącym podstawę do wszczęcia postępowania przygotowawczego, bądź możliwym do wykorzystania w już prowadzonych śledztwach." Nieoficjalnie dowiedziałem się, że w ABW sporządzono obszerny raport w tej sprawie. Nie pozostawia on żadnych złudzeń. Firmy farmaceutyczne doprowadziły do usunięcia niewygodnego dla nich ministra. Niestety, służby specjalne doszły do takich wniosków dopiero w kilka miesięcy po moim odwołaniu i po tym, jak dwa razy stałem się ofiarą medialnej nagonki. W czterdziestomilionowym kraju za pieniądze zagranicznych koncernów doprowadzono do odwołania członka rządu. Ten przypadek powinien być ujawniony i skrupulatnie wyjaśniony, by nic takiego się już nigdy nie wydarzyło. W związku z tym zwróciłem się do sejmowej Komisji do spraw Służb Specjalnych, by zajęła się tą sprawą. Napisałem do przewodniczącego komisji Konstantego Miodowicza, który ze znanych mi powodów nie chciał zająć się tą sprawą".
Z informacji uzyskanych przez "Gazetę Finansową" wynika, że pomimo wielu sygnałów o dwuznacznej roli służb wobec rynku lekowego ani razu w minionych latach ten problem nie stał się tematem obrad sejmowej komisji do spraw służb specjalnych.
Ofiary układu lekowego
Z całą pewnością można stwierdzić trzy rzeczy: że na rynku jest bardzo dużo nieprawidłowości, po drugie - że osoby odpowiedzialne za gospodarkę lekową w Polsce wiedzą o tych nieprawidłowościach i po trzecie - że nikt tak naprawdę nic z tym nie robi. Jeśli słyszymy o jakichś działaniach służb w tej sferze, to wydają się one raczej związane z wykorzystywaniem ich w walce pomiędzy jakimiś grupami interesów. Wymownym tego przykładem jest trwające półtora roku śledztwo Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, uwieńczone aresztowaniem byłego zastępcy prezesa NFZ Michała Kamińskiego. Został mu postawiony zarzut przyjęcia korzyści majątkowej w postaci kolacji, wartej ok. 680 zł.
Michał Kamiński do dzisiaj nie rozumie, komu się tak naprawdę naraził, podejrzewa jednak, że wiąże to się z faktem złożenia do ABW zawiadomienia w sprawie tajemniczych leków. "Przeanalizowano ceny leków zawierających po raz pierwszy objęte refundacją i stwierdzono, że w przypadku czterech produktów ceny urzędowe hurtowe są wyższe od dotychczas stosowanych - czytamy we fragmencie doniesienia do ABW Michał Kamińskiego. - Porównano ceny tych leków z cenami przedstawionymi w oficjalnych cennikach hurtowni farmaceutycznych oraz zweryfikowano te dane z danymi z aptek realizujących recepty. Są to następujące produkty: Lorista KRKA dotychczasowa cena dla apteki 36,69 zł, cena hurtowa urzędowa z rozporządzenia Ministra Balickiego 37,88 zł, Tritace 5 A ventis dotychczasowa cena dla apteki 20,71/21,08/21,14 zł cena hurtowa urzędowa z rozporządzenia Ministra Balickiego 24,44, Tritace 10 dotychczasowa cena dla apteki 24,47/24,97/25,08 zł cena hurtowa urzędowa z rozporządzenia Ministra Balickiego 36,71, pritor Glaxo cena dla apteki 71,86/72,04/72,56 zł, cena hurtowa urzędowa z rozporządzenia Ministra Balickiego 85,84 zł".
Chodzi o cztery produkty, które po umieszczeniu na liście leków refundowanych sprzedawano po wyższej cenie, niż przed ich umieszczeniem na tej liście. Tymczasem powinno być dokładnie odwrotnie. Skarb Państwa stracił na tym gigantyczną kwotę, którą zarobili prywatni producenci.
Sprawa zatrzymania Michała Kamińskiego, podobnie jak po aferze z prezesem Orlenu i bezprawnym zatrzymaniem prezesa Optimusa, stała się przedmiotem odrębnego śledztwa, w którym podejrzanymi stali się funkcjonariusze ABW. Śledztwo, jak można było przypuszczać, zostało umorzone. Z kolei postępowanie sądowe wobec Kamińskiego utknęło w miejscu.
Zapomniany raport NIK
Wspomniane patologiczne sytuacje nadal będą miały miejsce, jeśli nie stworzy się przejrzystych kryteriów wprowadzania produktów leczniczych do wykazu leków refundowanych. O tym problemie, stwarzającym duże zagrożenie korupcyjne mówi się od lat. W 2004 r. ukazał się raport Najwyższej Izby Kontroli o wynikach kontroli funkcjonowania systemu tworzenia wykazu leków refundowanych. Już wówczas wskazano, że nie były przestrzegane podstawowe unormowania prawne co do sposobu składania wniosków o umieszczenie produktów leczniczych w wykazach leków refundowanych, trybu i terminów rozpatrywania tych wniosków.
Nieprawidłowości stwierdzono zarówno na etapie rozpatrywania wniosków od strony formalno-prawnej, jak i ustalania cen urzędowych na produkty ujęte w wykazach leków refundowanych. Skutkiem tego było niegospodarne i nieuzasadnione wydatkowanie środków z ubezpieczenia zdrowotnego przeznaczonych na refundację cen leków, których roczne koszty wynosiły ok. 20 proc. ogółu kosztów świadczeń zdrowotnych.
Przeniesienie przez Ministra Zdrowia (od 01.12.2002 r.) obsługi organizacyjno-technicznej Zespołu do Spraw Gospodarki Lekami z Departamentu Polityki Lekowej w MZiOS do Urzędu Rejestracji Produktów Leczniczych, Wyrobów Medycznych i Produktów Biobójczych, NIK oceniła również jako działanie niecelowe. Realizacja procedur rejestracyjnych i procedur tworzenia wykazów leków refundowanych przez tę samą jednostkę organizacyjną może bowiem stwarzać warunki sprzyjające powstawaniu korupcji. Kontrola wykazała, że nie prowadzono ani odrębnego rejestru wniosków o umieszczenie preparatów na listach leków refundowanych, ani systemu monitorowania zapewniającego wewnętrzną kontrolę przestrzegania ustawowych terminów rozpatrywania tych wniosków. Ministerstwo generalnie nie przestrzegało ustawowych terminów rozpatrywania wniosków o ustalenie cen urzędowych oraz wniosków o umieszczenie danego środka na listach leków refundowanych. Nie informowało też wnioskujących o umieszczenie nowych substancji czynnych na listach o przyczynach nieuwzględnienia wniosków.
Projekty rozporządzeń dotyczące wykazów leków refundowanych nie były poprzedzane rzetelną analizą skutków finansowych proponowanych zmian (brak wiedzy o faktycznych danych finansowych dotyczących ilościowej i wartościowej refundacji), a tym samym nie spełniały wymogów ustawy o finansach publicznych.
Nie były przestrzegane przepisy Kodeksu postępowania administracyjnego dotyczące wyłączania osób, budzących uzasadnione wątpliwości co do ich bezstronności - od udziału w postępowaniu rejestracyjnym.
NIK oceniła dokonywanie wpisu do rejestru preparatów nieposiadających kompletnej, wymaganej ustawowo dokumentacji, jako działanie nielegalne. Krytycznie oceniła też zobowiązanie do dodatkowych czynności (po dopuszczeniu leków do obrotu), jako że nie były one obwarowane żadnymi sankcjami w przypadku niewywiązania się strony z nałożonych zaleceń.
Stosowane praktyki przy rejestrowaniu środków farmaceutycznych i materiałów medycznych świadczyły ponadto o nierównym traktowaniu podmiotów będących stroną postępowania rejestracyjnego.
Minęły trzy lata i raport NIK poszedł w niepamięć. Obecnie na wniosek nowego ministra zdrowia Ewy Kopacz, która uważa, jak mówi w rozmowie z "Gazetą Finansową" Julia Pitera, że reguły w tej kwestii są zupełnie niejasne, Najwyższa Izba Kontroli rozważa, by w ramach kontroli budżetowej rozszerzyć ją o sprawdzenie przestrzegania procedur przy tworzeniu list leków refundowanych.
Z Julią Piterą specjalnie dla „Gazety Finansowej” rozmawiał Sylwester Latkowski (4 grudnia 2007)
Czy zajmie się Pani przygotowaniem czytelnych mechanizmów tworzenia listy leków refundowanych?
Pani minister Ewa Kopacz zamierza to uczynić, bo uważa, że reguły w tej kwestii są zupełnie niejasne. Sprawa listy leków refundowanych jest podobna do innych spraw, którymi się zajmowałam, to znaczy, wszyscy wiemy, że proces jest patologiczny, mało tego, wszyscy wiedzą, że te patologie są wykorzystywane dla niecnych interesów, a nikt z tym nie chce zrobić porządku. Co się dzieje z postępowaniem prokuratorskim w sprawie fundacji Sośnierza „Zamek Chudów”, gdzie koncerny farmaceutyczne dokonywały wpłat? To jest także dobry przykład wyjaśniania spraw w układzie lekowym. W Stanach Zjednoczonych zapadł wyrok skazujący, a w Polsce cisza? Nie ma przestępstwa? Będę pisała do prokuratury w Katowicach, czy oni wreszcie zajmą się tym, czy nie? Tu wyraźnie ktoś idzie na przedawnienie.
Od czego należy zacząć likwidację patologii występującej na rynku farmaceutycznym?
Przede wszystkim należy przemeblować całe Ministerstwo Zdrowia. To nie jest jedyna i pierwsza afera w tym Ministerstwie. Pytanie, jak tam działa nadzór? Zastanawiające jest to, że CBA nie zainteresowało się Ministerstwem. A powinno, choćby od momentu, gdy w obrębie Ministerstwa zaczął działać zespół pracujący nad nową ustawą farmaceutyczną, gdzie pojawili się przedstawiciele firm farmaceutycznych. To nie jest powód, by się tym zainteresować?
Czy kolacje z lobbystami są problemem dla polityków?
Czasami okazuje się to nasz znajomy. Jednak jeśli rozmowa przechodzi na inne terytorium niż towarzyskie, to powinno się ją od razu uciąć. Jeśli interlokutor jest uciążliwy, to się ogranicza znajomość. Nie jest tak, że ktokolwiek zmusza polityka do bycia politykiem.
Czy minister Bogusław Piecha powinien się nam wytłumaczyć z kontaktów z przedstawicielem firmy Servier Robertem Pachockim?
Pan Bogusław Piecha powinien to wytłumaczyć, bo każdy polityk, funkcjonariusz publiczny, powinien działać w sposób jawny. Natomiast ja bardziej bym wolała, by organy do tego powołane to wszystko wytłumaczyły.
Jakie organy?
Prokuratura. Jest wystarczająco dużo przesłanek, by wszcząć postępowanie w tej sprawie.
A CBA?
W ogóle nabieram przekonania, że znaczenie korupcji nie jest do końca jasne dla pana Mariusza Kamińskiego, on nie potrafi zdefiniować tego problemu. To jest połowa nieszczęścia i jeśli do tego wpisuje się polityka, to mamy sos, taki jaki mamy. On idzie na łatwiznę, bo najłatwiej jest być politykiem jak się urządza rzeczy spektakularne, mącąc ludziom w głowach. Tylko pytanie, czy o to chodzi w istnieniu CBA?
Chce Pani powiedzieć, że łatwiej łapać lekarza łapówkarza niż grubą rybę biznesu farmaceutycznego?
Zwracam uwagę na jedną rzecz. Skorumpowany lekarz jest instytucją jednoosobową. Jak pan wchodzi w taką sprawę jak doktora G., to ma pan tylko jego i nieznanych ludzi. Jest małe prawdopodobieństwo, że ktoś wpadł z polityków, kolegów. Jak się pan zabiera za taką rzecz jak leki, to się panu może trafić koalicjant, przyjaciel polityk, kuzyn. Może pan niechcący kogoś zapuszkować. Tak omal nie doszło w sprawie Lipca. Takie jednoosobowe akcje jak doktor G. są bezpieczne.
W sprawie Bogusława Piechy pojawia się Robert Pachocki, przedstawiciel firmy Servier, uznawany za króla lobbystów branży farmaceutycznej. Nie ma go jednak w wykazie osób wykonujących zawodową działalność lobbingową na terenie Sejmu. A to dzięki niemy były wicemarszałek Sejmu z ramienia LPR, obecny sędzia Trybunału Stanu Marek Kotlinowski, wystąpił z interpelacją w interesie firmy Servier. Na liście jest tylko osiem osób.
Jakby pan sięgnął do moich komentarzy dotyczących powstawania ustawy lobbingowej, to wtedy powiedziałam wyraźnie, ta ustawa jest bardziej szkodliwa niż służy przejrzystości. Wszyscy wyjdą z założenia, że jest wreszcie ustawa i po problemie. Czujność zwiędnie. Nie zrobiono niczego więcej. Prawdziwi lobbyści siedzą w restauracji, na bankiecie, a nie widnieją w sejmowym wykazie. Wolą, że by ich w Sejmie nie było widać.
Rozmowa z Markiem Balickim
(fragment telefonicznej rozmowy z 25 listopada 2005 r.)
Wśród nich znalazły się leki, które nie znalazły się w obrocie, i takie leki później się wykreśla. Ale to nie minister proponuje…
Ale były cztery leki…
No, tak… Zarejestrowane były, ale nie były w obrocie.
To informacja od wiceprezesa NFZ Michała Kamińskiego
Ten pan chyba na siebie donos składa. Albo za coś próbuje się odegrać. Według zasady na bazarze Różyckiego, według której należy krzyczeć kradnąc – Łapaj złodzieja. Wniosek składa firma, firma ponosi odpowiedzialność za wniosek. Na Andrzeja Kleszczewskiego był podpisany wniosek do prokuratury, ponieważ on składał te wnioski., które zawierały nieprawdę, a zespól nie bada zgodności z prawdą, bo tego prawo nie przewiduje. Odpowiedzialność ponosi podmiot odpowiedzialny. I na takich samych prawach przedstawiciele Ministerstwa Zdrowia, jak Narodowego Funduszu Zdrowia rozpatrywali te wnioski. Niech pan spyta, dlaczego przedstawiciele NFZ nie zgłaszali uwag? Z tego nie ma żadnej szkody. Traci tylko ten, który nie zdąży wprowadzić produkt, do obrotu. Gdyby ktoś wydawał pieniądze na nieistniejące leki, to zgoda.
Jaka jest prawda o pana kontaktach z Andrzejem Kleszczewskim?
Nie znam go osobiście. Spotkałem go oficjalnie raz w życiu jak był w ministerstwie zdrowia.
Twierdzi Pan, że pojęcie leków duchów nie istnieje?
Leki duchy dotyczą rejestracji a nie wpisywania na listę. Podmiot odpowiedzialny – to firma. Przecież jesteśmy w kapitalizmie, nie w komunizmie. Nie ma służb, które sprawdzają każdy wniosek. Firma, która podpisuje wniosek, bierze za niego odpowiedzialność.
Zanim się coś wpisze, powinien być proces kontrolny.
Prawo na to nie pozwala.
Czyli każdy może wpisać co chce, wy przystawiacie pieczątki i na tym koniec?
Nie rozumiem.
Jakiś sposób weryfikacji powinien istnieć?
Wniosek jest składany w ciągu roku. Nie jest konieczne wcześniejsze wskazanie leku w obrocie. Lek jest zarejestrowany i może nie być wpisany na listę refundacyjną i może nie być wprowadzony do obrotu. Potem jest wykreślany. Część leków traci rejestracje i są wykreślane. Pan szuka problemu, którego nie ma.
Policja w Słupsku ściga internautę, który napisał, że premier jest chory
06-12-2007 13:25
O poszukiwaniu internauty o nicku „Student” pisze Tomek Tomczyk w najnowszym numerze tygodnika „NIE”.
"O poszukiwanym wiadomo tylko tyle, że posługuje się pseudonimem Student i jest podejrzewany o znieważenie urzędującego premiera. Dopuścił się tego czynu dzień po ogłoszeniu wyników wyborów. Na internetowym forum gazety zadał retoryczne pytanie: Czy nie wstyd popierać chorego człowieka J. Kaczyńskiego? (..)
„Student” więcej niczego złego nie zrobił, nie oszkalował polityka żadnym epitetem – tak jak zrobiło to w ciągu ostatnich dwóch lat kilkaset tysięcy innych anonimowych i pozostających wciąż na wolności internautów. Wyraził tylko opinię o stanie zdrowia byłego premiera. Nawiasem mówiąc pod koniec kampanii wyborczej do publicznej wiadomości podana została informacja o przeziębieniu Kaczyńskiego.
Ale to nie koniec absurdów w tej sprawie. Zażądano od „Głosu Koszalińskiego” wydania numeru IP komputera „Studenta”, co umożliwiłoby namierzenie przestępcy na miejscu zbrodni, czyli w jego własnym domu.
– Nie ma możliwości, abyśmy donosili na własnych czytelników. Zarówno naszym zdaniem, jak i Macieja Bernatta z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka żadnego przestępstwa nie popełniono – poinformował nas Jakub Roszkowski z „Głosu Koszalińskiego”.”
Ile w Polsce jest służb o specjalnych uprawnieniach?
06-12-2007 11:15
Nawet wicepremier, minister MSWiA Grzegorz Schetyna ma problem z podaniem ilości służb specjalnych w Polsce. Na pytanie Pawła Wrońskiego w radiu TOK FM: - „A ile mamy tych służb? Słyszałem że dziewięć.” Grzegorz Schetyna odpowiada niepewnie: „Być może nawet tak.”
Autorski tekst Sieńki o przejmowaniu Stoczni Gdańsk
05-12-2007 23:08
"Rosyjski koncern Gazmetall zamierza prawdopodobnie przejąć polskie przedsiębiorstwa z grupy strategicznych sektorów gospodarki: przemysłu hutniczego i stoczniowego. W jego posiadaniu mogłyby się wtedy znaleźć m.in. Huta Częstochowa i Stocznia Gdańsk. Wówczas kolebka „Solidarności” trafiłaby w ręce osób powiązanych z najsilniejszą rosyjską grupą mafijną Sołncewo."
Piotr Sieńko, dziennikarz Polska The Times, zamieścił na swojej internetowej stronie tekst autorski: "Rosyjska mafia przejmie kontrolę nad kolebką „Solidarności”? Czyżby jego redakcja nie chciała tego opublikowac? Bo w to, że Sieńko na boku go pisał, w wolnych chwilach po pracy, trudno uwierzyć.
"Przyznam, że mnie najbardziej niepokoi pomysł, że KRRiT miałaby się składać z osób wyłonionych przez środowiska twórcze, co miałoby być podobno gwarancją niezależności.(...)
Ponadto uważam, że przy obecnej kulturze politycznej w Polsce żadnych mediów publicznych odpornych na polityczne naciski nie będzie. Nie jest prawdą, że całej zło leżało w ustawie, ono leżało w politycznej pazerności na media. Dlatego przydałoby się przynajmniej jeden z kanałów sprywatyzować, ale wątpię, czy ktoś się odważy, bo zaraz rozlegnie się krzyk, że to zamach ma misję, której i tak opisać nie potrafi, albo po prostu nie chce. (...) W każdym razie z zainteresowaniem czekam na pracę zespołu PO, który przedyskutuje to wszystko, co już sto razy przedyskutowano, a skończy się to wszystko zapewne tym, co zawsze: wprowadzeniem swoich ludzi. Może nieco mniej pazernych politycznie i bardziej politycznie zrównoważonych, ale jednak swoich."
"Wildstein nie wie co to marketing!" - stwierdza Grzegorz Kiszluk na swoim blogu. I Zwraca sie do niego w sposób, który to na pewno Bronisław Wildstein nie znosi: "Panie redaktorze Wildstein, ja weteran marketingu w Polsce protestuję i apeluję! Warto wiedzieć o czym się mówi! Nie ma powodu, żeby obrażać (bez powodu) ludzi marketingu i reklamy. Może to Pan będzie pierwszym dziennikarzem w Polsce, który nauczy się takich pojęć jak marketing, marketing polityczny, reklama…?
Dziś znowu dostało się marketingowi! Cóż on (ten biedny marketing) zawinił panu Bronisławowi Wildsteinowi? W programie „Skaner polityczny” w TWN24 wyżej wspomniany pan redaktor był łaskaw wykazać się niewiedzą i używając pojęcia „marketing polityczny” oraz przeciwstawiając „politykę” „marketingowi” usiłował zwalić winę nieudolnych i oszukańczych polityków na coś, co z uporem maniaka nazywał „marketingiem”… Mam nadzieję, że pan Bronisław Wildstein posługując się innymi trudnymi pojęciami wie o czym mówi… "
W ostatnim zdaniu jednak Grzesiek przesadziłeś, Bronek to jeden z inteligentniejszych polskich redaktorów i zazwyczaj rozumie wiecej słów niż przeciętny dziennikarz. Na marketingu to on się jednak nie zna, ale czy to źle? Jak wreszcie daruje sobie skłonności do bycia prezesem tej czy innej instytucji, ta znajomość mu nie będzie w ogóle potrzebna.
Czy dziennikarzowi można zamknąć usta i skrępować ręce oskarżając go o przestępstwo, którego nie mógł popełnić? - pyta na zamkniętym forum "Newsroom" Maciej Duda (Newsweek) i odpowiada: Tak.
Jutro proces Bertolda Kittela.
Od wielu, wielu lat w prokuraturze i w sądach istnieje interpretacja, wykładnia, że dziennikarzowi nie można zarzucić, ni go oskarżyć o ujawnienie tajemnicy państwowej. Bowiem to nie dziennikarz jest jej powiernikiem, lecz odpowiedzni funckjoariusz państwowy. I to, że dziennikarz opisuje rzeczy ową tajemnicą państwową objęte to naprawde nie jego wina.
Zgodnie z taką właśnie w uproszczeniu przedstawioną regułą polskie prokuratury nie prowadziły śledztw o ujawnienie tajemnicy państwowej przeciwko dziennikarzom. Z jednym wyjątkiem: Bertolda Kittela.
Śledztwo wszczęto bodaj w 1998/99r. z zawiadomienia ówczesnego szefa kancelarii prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, czyli Ryszarda Kalisza. Tak, tego samego, który ma teraz gębe pełną frazesów o wolności słowa i bezprawnej inwigilacji mediów przez PiS.
Prokuratura wszczęła śledztwo. Niejaki Zbigniew Goszczyński (młodzież nie wie kto to zacz, zapraszam na priv), o którym eufemistycznie rzec można, że sympatuzuje z lewicą, dopilnował by prokuratorzy wbrew regułom oskarżyli Bertolda o ujawnienie tajemnicy państwowej.
O co poszło? Kittel w jednym z tekstów demaskujących afery szpiegowskie w polskich specsłużbach opanowanych przez SLD naruszył interesy chorowitego na goleń i filipińską srakę Aleksandra Kwaśniewskiego. I tyle. I to wystarczyło by aparat państwowy postawił dziennikarza przed sądem.
W aktach procesu nie ma dowodów na to,że Kittel narobił jakiejś wielkiej szkody swoimi tekstami. Nie ma wprost dowodów na to, że ujawnił słowo w słowo sprawy objęte tymi tajnymi klauzalami.
Nie wiadomo kim są świadkowie - nazwiska są fałśzywe, czyli operacyjne agentów Agencji Wywiadu. Nie ma ich adresów."
Wytwórnie fonograficzne zamiast płyt zaczną wydawać książki?
30-11-2007 23:18
Miałem dzisiaj poranne spotkanie z szefem jednej z firmy fonograficznej, który bez cienia ironii powiedział, że zastanawia się, czy nie wydawać książek zamiast płyt. Bo wystarczy wydać broszurę z płytą i jest się zwolnionym z VAT. Dwadzieścia dwa procent zostaje w kieszeni. Czyli reklamowanie najnowszej płyty Edyty Górniak czy Ich Troje jest wprowadzaniem w błąd? To są najnowsze książki Edyty Górniak i Ich Troje, a nie płyty.
Koleżanki i koledzy dziennikarze;)
Od wielu miesięcy strach otworzyć gazetę, czy zajrzeć do netu, żeby nie znaleźć tam informacji o kolejnych naciskach jakich mają dopuszczać się polityczni nadzorcy mediów publicznych. Pamiętacie ilu ludzi, zniknęło z Wiadomości, Panoramy i publicystyki? I nie były to nazwiska, które zasłynęły manipulacjami politycznymi w czasach Roberta Kwiatkowskiego. To byli młodzi ludzie, którzy uwierzyli, że media publiczne mogą być normalne, że mogą dawać szansę pracy dziennikarzom, którzy wierzą w zasady, jak uczciwość i rzetelność. A potem zderzali się i to boleśnie ze ścianą. Tak jak Piotrek Glicner, dobry i uczciwy dziennikarz, którego kierownictwo postanowiło zwyczajnie zostawić na lodzie, nie przedłużając mu umowy, wbrew wnioskowi jego bezpośredniego szefa. Tak jak Marcin Leśkiewicz, zepchnięta na margines Irena Pręcikowska i wielu innych.
Zmuszani do odejścia albo wyrzucani z pracy dużo opowiadają o tym, co dzieje się w gmachu przy pl. Powstańców. Niewielu oficjalnie, ale prywatnie prawie wszyscy dzielą się z nami szokującymi opowieściami. Ostatnio na odwagę zdobył się Łukasz Słapek. Czy jego zarzuty są prawdziwe? Nie wiem. Jeśli tak, to powinna wkroczyć prokuratura. Na razie Łukasz został obrzucony błotem przez szefostwo TVP, które zamiast wyjaśnić zarzuty, atakuje, broniąc się we własnej sprawie i zarzucając mu, że motywem jego działania jest chęć zemsty.
Czy sprawa kolejnych dziennikarzy, wyrzucanych z pracy na bruk za to, że, jak twierdzą, starają się wypełniać uczciwie powinności dziennikarskie, to jedynie sprawa między pracodawcą, a pracownikiem? Dlaczego tak łatwo pogodziliśmy się z zawłaszczeniem telewizji publicznej przez polityków i spokojnie patrzymy na to, jak niszczeni są młodzi dziennikarze, nasi koledzy, których na co dzień spotykamy na konfach, na korytarzach sejmowych, czy wieczornym browarze?
Zapomnijmy na chwilę o tym, że pracujemy w konkurencyjnych redakcjach, że mamy różne poglądy, że zajmuje się różnymi działkami, że jesteśmy początkujący, albo wręcz przeciwnie, że jesteśmy znani. Zróbmy coś, żeby pokazać, że nie patrzymy obojętnie na to co się dzieje w publicznej i że nie zgadzamy się, żeby wracały praktyki, które nasze pokolenie zna doskonale z podręczników do historii.
Pomysł, który od paru dni krąży po Warszawie, tzn, żeby pojść postać chwile przed wejściem do gmachu TVP na pl. Powstańców uważamy za świetny. Proponujemy godzinę 14 w poniedziałek.
Kolejne dziennikarskie śledztwo w sprawie tajemniczej śmierci w latach 80-tych. Arkadiusz Panasiuk z „Kuriera porannego” przypomina historię prawosławnego proboszcza Narwi, księdza Piotra Popławskiego.
Miał 44 lata. „Wyjechał z Narwi rankiem 15 czerwca 1985 r. Miał rzekomo kupować deski albo blachę od mieszkańców jednej z okolicznych wsi (Prokuratury różnych szczebli nie były, co do rodzaju kupowanego materiału zgodne). Samochód ze złamanym kluczem w stacyjce odnaleziono w Zabłudowie. Sekcja zwłok wykazała, że zgon mógł nastąpić 18 czerwca 1985 r.
Oficjalna wersja mówiła o zamachu samobójczym. - Nie zgodzę się z tym nigdy... - napisała w dramatycznym liście do Urzędu Wojewódzkiego w Białymstoku żona Irena.
W uwagach Sejmowej Komisji Nadzwyczajnej do Zbadania Działalności MSW, dotyczących postępowania przygotowawczego w sprawie śmierci Piotra Popławskiego, w punkcie I napisano, że śledztwo prowadzone było bez właściwej w takich wypadkach dociekliwości.
Gdzie duchowny mógł przebywać do tego czasu? Z kim się spotykał? Póki co, te pytania pozostają bez odpowiedzi...”
Czy będzie to kolejne dziennikarskie śledztwo dotykające tamtych czasów, któremu będzie trudno przebić się przez mur esbeckich matactw i zacierającej się z każdym mijającym rokiem pamięci? Warto jednak próbować, choćby po, to by przypominać, jakie to były naprawdę czasy.
Grzegorz Kiszluk w swoim blogu ujawnia jak wyglądały kulisy starania się o EXPO przez polskie władze. Opisał to, co widział na własne oczy:
„Anna Fotyga (była szefowa MSZ) w Wiadomościach bez żenady stwierdziła, że jest niewinna, bo to ona sama podjęła decyzję o przygotowaniu - reklamującego Polskę i popierającego Wrocław - spotu reklamowego, który był w ostatniej chwili, za ciężkie pieniądze emitowany w CNN i BBC.
Tak się składa, że byłem na konferencji prasowej, zorganizowanej dla dziennikarzy w MSZ, na trzy tygodnie przed wyborami do Parlamentu, na której zaprezentowano marnej jakości dzieło zmontowane z jakichś innych filmików o Polsce. Sytuacja była tak przykra, że nawet autorzy tego filmu (m.in. Paweł Kowalewski - prezes agencji Communication Unlimited i Nina Kowalewska – przedstawicielka CNN w Polsce) oraz Pani Producent (której nazwiska nie pamiętam) próbowali robić tylko „dobrą minę do złej gry”. Zwalili winę za kiepską jakość i nieprzemyślaną strategię na pana Sadosia z MSZ. To on wyznaczył niespotykanie krótkie terminy na ten projekt – nie praktykowane nawet w branży reklamowej.
Na moje pytanie dlaczego pan Sadoś tak się spieszył nie otrzymałem odpowiedzi. Potem przy szarlotce i kawie, które serwowało MSZ słyszałem komentarze, że pośpiech jest uzasadniony wyborami nie miasta-organizatora Expo, ale wyborami do Parlamentu RP.”
Przykład wymowny, wiele mówiący o tym, jak mogły wyglądać inne działania. I myślę, że nie tylko rz