Metoda na rozwiązanie sprawy Krzysztofa Olewnika według zastępcy prokuratora apelacyjnego z Gdańska Zbigniewa Niemczyka i ministra sprawiedliwości Krzysztof Kwiatkowskiego to organizowanie konferencji prasowych. Gratuluję, czekam na kolejny sukces jaki osiągną, dzisiaj ustalili, że ciało Krzysztofa to ciało Krzysztofa.
"Przykrywkowcy. Agent Tomasz i inni". Premiera książki 24 marca. Fragment rozmowy z Bogdanem Święczkowskim. W latach 2006–2007 był szefem Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego.
– Jak wygląda sprawa koordynacji działań służb specjalnych i przeprowadzanych przez nie operacji? Czy nie grozi ponownie, że przykrywkowcy z ABW będą kupować narkotyki od przykrywkowców z CBŚ?
– Nie powinno już być takiego problemu, bo istnieje Centralna Ewidencja Zainteresowań Operacyjnych, prowadzi ją szef ABW. Wszystkie służby i policja mają obowiązek informowania o swoim zainteresowaniu daną osobą czy sytuacją. To teoretycznie wyklucza sytuację, że dwie służby realizują tą samą osobę lub sprawę. Tylko, że służby sobie nie ufają i nie zawsze zgłaszają swoje realizacje, albo zgłaszają w za późno. Czasem podają inne nazwisko figuranta, imają się różnych sposobów, aby informacje zaciemnić. To wynika z odwiecznego sporu kompetencyjnego pomiędzy poszczególnymi służbami.
Zbigniew Hołdys na Facebook napisał: „Wyczołgali mnie dzisiaj strasznie. (Powinienem napisać "Wyczołgali mnie dzisiaj kurwa strasznie", ale postanowiłem być bardziej kulturalny.)”
Wieczorem spotkanie przed niedzielnymi zdjęciami do MocnegoUderzenia.pl. Odpoczywałem. Czułem jak zrzucam z siebie wszystko to, w co wszedłem od poniedziałku (Wprost).
"Przykrywkowcy. Agent Tomasz i inni". Premiera książki 24 marca. Fragment rozmowy z Bogdanem Święczkowskim. W latach 2006–2007 był szefem Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego.
– Jak powinien zdobywać wiarygodne dowody przykrywkowiec podczas akcji. Musi się z przestępcami zbratać, napić, jak ma te czynności dokumentować?
– Agent w miarę możliwości powinien być okablowany, jego rozmowy należy nagrywać, powinien mieć GPS, żeby było wiadomo, gdzie się porusza. Należy wykorzystywać inne osoby, agentów, którzy nie wiedząc, że to też jest agent pod przykryciem, będą sprawdzać, co robi, czym się zajmuje i jak. W ABW jest inna sytuacja niż na przykład w policji. Wielu funkcjonariuszy pracuje pod przykryciem w jakichś firmach, instytucjach. Ich kontrolujemy innymi metodami.
– W jakich firmach?
– Ważnych z punktu widzenia bezpieczeństwa państwa.
– W mediach też?
– W połowie lat 90. w redakcjach polskich mediów funkcjonowali oficerowie pod przykryciem. Nie agenci, ale kadrowi oficerowie UOP pod przykryciem.
– Po co?
– Po to, żeby werbować, uzyskiwać informacje, żeby wiedzieć. Nie wiem, czy w chwili obecnej wśród dziennikarzy są oficerowie pod przykryciem, ale agentów jest wielu. Zgodnie z prawem zresztą.
– Przecież jest zakaz werbowania dziennikarzy!
– Spójrzcie na ustawę o ABW. Można werbować, ale nie na dziko. Wyłącznie za zgodą prezesa rady ministrów lub ministra koordynatora. To wystarczy.
Uwaga na marginesie lektury książki Artura Domosławskiego "Kapuściński Non-Fiction", po przeczytaniu poniższego fragmentu:
„Amerykański dziennikarz Mark Danner, znajomy Kapuścińskiego, wyznaje przy kawie w Nowym Jorku:
- Nie mam pojęcia, jak się żyło w Polsce w czasach realnego socjalizmu, ani jak bardzo trzeba było lawirować, żeby pisać sensowne rzeczy. Wyobrażam sobie, że będąc wybitnym reporterem, Ryszard musiał być też świetnym politykiem – czyż nie?”
Niestety dzisiaj te słowa w jakiś sposób nadal są aktualne, ostatnie lata jakby jeszcze bardziej wzmacniają to przekonanie, wyrażane przez wielu moich znajomych, że bez lawirowania z politykami, w mediach nie osiągnie się zbyt wiele: etatu, programu, zlecenia, współpracy, zaproszenia, itd. Niektórzy dziennikarze upolitycznili się, wręcz upartyjnili, by móc robić to, co robią. Przynajmniej należy być w tej lub innej sforze dziennikarskiej. Szczekać podobnie. Sam talent, umiejętności, doświadczenie, profesjonalizm, nie wystarcza. Dla samotników nie ma miejsca. A przynajmniej trudno. Tylko, że żyjemy przecież w innych czasach… Przykre.
Kapuściński uważa, że człowiek pracujący za biurkiem przypomina „inwalidę w gorsecie ortopedycznym", że biurko jest jego narzędziem władzy, a zarazem więzieniem, odgradza go od życia i ludzi, czyni zeń niewolnika. Świat człowieka za biurkiem szybko ulega diametralnej przemianie, zaczynają być ważne inne wartości, a kariera staje się wędrówką od biurka mniejszego do większego. (Artur Domosławski "Kapuściński Non-Fiction")
Jeżeli kobiety i mężczyźni mają mieć z góry określoną liczbę miejsc na listach wyborczych, taka stała liczba należy się też osobom, których do końca nie można wiązać z żadną z dwóch płci - słusznie zwraca uwagę Piotr Śmiłowicz na Newsweek.pl
Zabrałem się za czytanie biografii Ryszarda Kapuścińskiego autorstwa Artura Domosławskiego „Non-fiction”. Już po pierwszych stronach książki rozumiem, że Domosławskiemu przyjdzie się zmagać z Polską hipokryzją, dulszczyzną, z tym, że przyzwyczailiśmy się u nas raczej do „świętych obrazków”, laudacji niż biografii napisanej z innej pozycji, niż tej tworzonej na kolanach przed bohaterem. Na własnej skórze odczułem emocje jakie wzbudziła u niektórych książka „Zabić Papałę”, która pokazała generała Marka Papałę nie w sposób hagiograficzny. Tak jak nad książką Domosłowskiego także zawisły sądowe pozy, odbyła się nawet próba medialnego linczu, na szczęście zatrzymana przez dziennikarzy, którzy po lekturze nie mieli zgody na to, by patrzeć na sprawę i jej bohatera w sposób uproszczony.
Im więcej wiesz, lub udajesz, że wiesz, tym bardziej jesteś potężny. Nie ma znaczenia, czy ta wiedza jest prawdziwa. To co się liczy, pamiętaj, to być w posiadaniu sekretu. (Umberto Eco)
Wiadomość od wydawcy „Przykrywkowców,” Świata Książki: „Książka poszła do druku w ubiegłym tygodniu. Planowaliśmy wprowadzenie na rynek w pierwszym tygodniu kwietnia, ale jeśli drukarnia potwierdzi terminy, może uda się przyśpieszyć na koniec marca.”
- Myślę – mówi Iwan do Wołodii – że nasze państwo jest najbogatsze na świecie. – Czemu? – Od 60 lat każdy je okrada, a ciągle jest jeszcze co ukraść. (Hedrick Smith, „Rosjanie”, 1987 za „Armagedon” Stephen Kotkin)
Pomiędzy jedną a drugą sauną, zerknąłem w tekst „Polskiej mafii”. Przypomniały mi się słowa Pawła Szweda ze Świata Książki, wydawcy: „Książka nie może mieć więcej niż 400 stron, nie można zamienić jej w encyklopedię”.
"Kiedy SLD było przy władzy, a ja zaczynałem we Wrocławiu moją pracę, to bokiem docierały do mnie pogłoski: uważaj, krąży CBŚ, są jakieś podsłuchy. Potem się zaczął PiS i znowu miałem takie informacje, stwarzano taką atmosferę. I o dziwo nic się nie zmieniło, gdy zaczęła rządzić PO. Może jestem kopnięty, ale święcie wierzyłem, że za rządów PO to się zmieni. Ale się nie zmieniło." (Rafał Dutkiewicz w rozmowie z Anitą Werner (TVN 24) i Pawłem Siennickim dla Polska The Times)
Przebudziłem się po trzeciej w nocy. Zasiadłem nad maszynopisem „Polskiej mafii”, by o siódmej wygasić ekran komputera i pójść z powrotem do łóżka. Po 12 ostry dźwięk domofonu rozdziera głowę. Kryję się pod poduszką bezskutecznie. Dźwięk domofonu nadal piłuje niemiłosiernie głowę na pół. Jednak to nie jest sen. Zarzucam szlafrok na siebie. Nieustępliwy jest ten gość. Podchodzę pod drzwi. Na monitorze widzę twarz Jurka Jachowicza. Niestety nie jest to ekran telewizora. Otwieram mu drzwi. Zapomniałem o spotkaniu.
Poniżej fragment rozdziału książki "Zabić Papałę", która ukazała się w 2008 roku:
- Mówiono, że "Zachar" miał zaproponować Mazurowi pół miliona dolarów za złożenie zeznań przed sądem.
- Media pisały, że było odwrotnie, to Mazur chciał przekupić Zachara (Super Express: „Mazur dotarł do Daniela Z. za pośrednictwem pary Polaków prowadzących w Niemczech agencję towarzyską. Kobieta i mężczyzna poznali w latach 90. gdańskich mafiosów ściągających haracze od właścicieli domów publicznych. Znajomi Mazura obiecali skontaktować jego wysłannika z Danielem Z. Wszystko działo się w roku 2006, tuż przed zatrzymaniem Mazura.”)
- Na pewno rozmawiali ze sobą. Negocjowali. Na tyle jednak były to poważne rozmowy, że zdecydowano się go aresztować pod pretekstem starej sprawy. Wyszło, że na chwilę zerwał się ze smyczy Małgorzacie Wierchowicz. A on raczej nie powinien występować przeciw niej, dzięki Wierchowicz chodzi na wolności. Jak siedział we Wrocławiu znowu musieli się dogadać i wyszedł na wolność.
W maju 2008 roku rozmawiam z jedną z osób, która była zdziwiona faktem przesłuchiwania jej przez śledczych zajmujących się sprawą zabójstwa Marka Papały. Pytano ją o polonijnego dziennikarza Andrzeja Wąsewicza z chicagowskiego tygodnika Express. Okazało się, że prokuratura prowadzi czynności śledcze mające ustalić, czy to nie on w imieniu Edwarda Mazura proponował pieniądze za złożenie korzystnych zeznań przez Artura Zirajewskiego.
Andrzej Wąsewicz nie od razu wyjaśnia, co było powodem, że stał się obiektem zainteresowania polskiej prokuratury. Po dwudziestu minutach kluczenia, przekazywania niepełnych wersji wydarzeń, wreszcie decyduje się mówić:
- Ja panu zdradzę pewną rzecz, skąd się to wszystko wzięło. Z Polski przyjechały do Chicago, dwie osoby, które wystąpiły z propozycją…
- Właściciele domu publicznego z Niemiec?
- Tak, tak. Oni się zgłosili (w 2005 roku – od aut.), biorąc chyba kontakt telefoniczny z książki, nawiązując kontakt z panem Mazurem. Zadzwonił do mnie bardzo wzburzony, nie wiedząc, co z tym fantem ma zrobić. Podejrzewał prowokację. Poprosił mnie, czy nie mógłbym wziąć udział w spotkaniu. Chciał mieć świadka. Do takiego spotkania doszło w hotelu. Tamte osoby stwierdziły, że osoby związane z Zirajewskim są w stanie uzyskać prawdziwe zeznania Zirajewskiego(…) Zeznania, które rzuciłyby nowe światło, oraz oddaliły zarzuty od Edwarda Mazura. On podziękował za to wszystko. Powiedział, że nie jest tym zainteresowany. Natomiast mnie to zaintrygowało. I później w trakcie, luźniejszej rozmowy, dziewczyna zapytała, czy może redakcję by to zainteresowało? (Mazura nie miało być przy tej części rozmowy, oddalił sie gdzieś na bok, według Andrzeja Wąsewicza – od aut.) A może też bym napisał książkę o niej, bo ona jest ciekawą osobą, miała ciekawe życie w Niemczech. Oni wyjechali ze Stanów. Do Polski, czy do Niemiec, nie wiem. Później zadzwoniła ta dziewczyna i pytała, czy dalej byłbym zainteresowany. Ja mówię, że oczywiście z dziennikarskiego punktu widzenia, tak, ale musiałbym mieć więcej konkretów. Powiedziała, że może mi dać telefon do Zachara, żebym tam zadzwonił. To zrobiłem. On potwierdził to, o czym mówiliśmy. Żadne kwoty nie padały. Oczywiście, ja mówiłem mu, że pracuję nad książką. On powiedział, że to jest bomba, podniosłoby to nakład. Później mieliśmy jeszcze jeden telefon. Ale ja zaznaczam, że wiedziałem, że on jest na podsłuchu, ale nie miałem nic do ukrycia. Może te rozmowy są nagrane, więc można to skonfrontować. Redakcja wysłała mnie w 2005 roku, żebym sprawdził, czy jest to opłacalne z wydawniczego punktu widzenia. Poleciałem do Gdańska na dwa dni, po to by porozmawiać z Zacharem. Ale ważna rzecz. Mazur nic o tym nie wiedział. Później się dowiedział, ale nie wiem w jaki sposób. Do dzisiaj mnie to trapi. W Gdańsku spotkałem się z Zacharem i on przedstawił mi propozycję. Ma kontakt z Zirajewskim(…)
- Zirajewski przecież jest w wiezieniu.
- Ale jest jego dziewczyna. Dziecko tej dziewczyny. Jakieś kontakty musiały być, że Zachar był zorientowany w jego życiu osobistym (…) Zirajewski mówił, że wszyscy się śmieją w Gdańsku z wersji polonijnego śladu. Jest możliwość… że może to być przełom w śledztwie, spowodować inne nastawienie do całej sprawy, że można na tym zarobić na zasadzie wydawniczej. Padła nawet sugestia, czy mógłby być wspólnikiem w inwestycjach wydawniczych, że jak by się książka dobrze sprzedała można by zarobić. Może w Polsce byłyby jakieś wydawnictwa zainteresowane. Zadałem mu pytanie, jak ja mogę zweryfikować, jak ja mogę porozmawiać z Zirajewskim. Na czym ja stoję. Okazało się, że nie ma żadnych gwarancji, że Zirajewski może złożyć jakieś zeznania, że Zachar może namówić go do złożenia prawdziwych zeznań. W jaki sposób nie wiem. Ale zrozumiałem, że się dobrze znają, że być może utrzymują bliskie kontakty. Powiedziałem, że zwrócę się z ustaleniami do wydawnictwa, ponieważ jest to poważna sprawa, że pewnie sami tego nie wydamy, ale byłby na pewno ktoś zainteresowany ze strony polskiej i amerykańskiej.
- W Polsce wydawnictwa nie płaca dużych pieniędzy.
- Wiem, znam realia w Polsce, ale gdyby był to przełom w sprawie generała Papały i ukazuje się wydawnictwo w nakładzie 50 tysięcy, to przy odpowiedniej cenie można by na tym coś zarobić. Być może w Stanach również.
- Dla Zachara nie mogły być to duże pieniądze.
- Nie, ale ja miałem jeszcze jedne wrażenie z rozmowy. On był zainteresowany by Zirajewski przyznał się, że kłamał w poprzednich zeznaniach. Zachar był zainteresowany nie tyle pieniędzmi, co zdyskredytowaniem Zirajewskiego. Mało tego, on powiedział, że byłby skłonny sam zeznawać, przyjeżdżając do Stanów. Później jak toczył się proces Mazura, Zachar powrócił do tej sprawy.(…) Wyraźnie zaznaczam, że to był kontakt z Polski.
- Jaki interes miała ta para z Niemiec, że proponowała to?
- Przypuszczam, że zostali wysłani na rekonesans. Czy istnieje możliwość przeprowadzenia takiej operacji. Okazało się, że pan Mazur nie jest zainteresowany, więc zwrócili się do mnie. Przypuszczam, że wyszło to od dziewczyny. Ona cały czas mówiła, że ona chciałaby wydać książkę o swoich przygodach w Niemczech, gdzie prowadziła agencję towarzyską. Ma rewelacyjne informacje. Żebym wydał książkę…
- Dlaczego Mazur się z nimi spotykał? Jak ktoś nie chce być powiązany ze światem przestępczym, z tą sprawą, to się nie spotyka.
- To nie leży w jego naturze. Jeżeli on otrzymał telefon.
- Ale on od lat nie odbiera telefonów. Tylko jego żona.
- Otrzymał telefon, że mają jakieś ważne informacje w sprawie i powołali się na jakąś osobę, którą Mazur zna z Polski. Co to za osoba, nie wiem. Mazur od razu uciął dyskusję, nie jest niczym zainteresowany.
- A czemu nie był zainteresowany tymi zeznaniami, skoro wcześniej wykazywał zainteresowanie sprawą?
- W miarę upływu czasu stawał się coraz bardziej podejrzliwy, ostrożny. To ja się dałem nabrać, on nie uwierzył. On nie chciał by go powiązano ze światem przestępczym, z jakąś grupa trójmiejską…
- Ale mimo wszystkiego się spotkał.
- Ale on nie wiedział co to są za ludzie. On wiedział , że przyjeżdża tylko para osób. Ale przeczuwał coś i poprosił mnie o wspólne spotkanie. Tam nie padały żadne sumy. Tam było tylko, że w Polsce są ważne materiały i zainteresowani ludzie. Ale on uznał to za prowokację. Wiem, że prokuratura może przypuszczać, że ja jestem wysłannikiem. Mazur może być wściekły na mnie, że pojechałem. Ale to była moja samodzielna decyzja. Nie wkładałem peruki. Pojechałem na swoim paszporcie. Spotkałem się z tymi ludźmi. Zdawałem sobie sprawę, że za Zacharem jeździ policja, jego telefony są podsłuchiwane.
- W czasie procesu ekstradycyjnego Zachar sam zadzwonił?
- Tak. To, o czym mówiłem zeznałem adwokatom Mazura, że jest świadek w Polsce, który jest gotów zeznawać (…) O tym fakcie adwokat Mazura poinformował również innych, w tym prokuratora Marsa (…) Wiem, że moja druga rozmowa z Zacharem została nagrana i on wkrótce został aresztowany.
Dlaczego w mediach jest takie duże zainteresowanie tym, skąd był przeciek, a nie tym, co on pokazuje? Od kiedy to dziennikarze robią za hydraulików? W każdej komisji śledczej następowały przecieki, ale nikt nie robił takiego hałasu.
Make up komisji hazardowej (zapiski z Twitter i Facebook)
04-02-2010 21:31
Pięć godzin temu: Włączyłem telewizyjną transmisję z komisji hazardowej. Usypiam. Nie wiem, czy to Tusk leci Kaszpirowskim, czy posłowie udają, że zadają mocne pytania. Za dużo pudru po obu stronach.
Dwie godziny temu: Z dzisiejszego przesłuchania Donalda Tuska w mojej pamięci pozostanie balowy cień na powiekach oczu posłanki Kempy. Znakomicie dzisiaj została wystylizowana
Godzinę temu: Arłukowicz blady. Wczorajszy. Bez makijażu cienko wpada na tle innych upudrowanych. Ratuje się aktorskim spojrzeniem, które ma być głęboko przenikliwym. Wydaje mu się tak przynajmniej... Tymczasem utknął na mieliźnie.
Nieznośne stają się jego teatralne gesty. Przypomina bohatera filmu Amator.
Niedawno: Coraz bardziej otępiały wzrok posła Urbaniaka wpatrującego się w swój notebook (komisyjny product placment)
Maciej Duda o Spatifie w Sopocie: " Po tym jak się podłoga zawaliła i zrobili remont to już nie to samo. Mam gdzieś jeszcze kartę członkowska z 1996 roku,taka niebieską. Ech:)"
Wizyta w wydawnictwie. Zaprezentowano projekt okładki. To co miało być podtytułem wybito na wierzch. „Nie każdy wie, kto to „przykrywkowiec”, a tak będzie jasne”. Uzasadniono. Trudno nie zgodzić się z nimi. Na pewno jest bardziej komercyjny. Do tego wytłoczą litery i posrebrzą okładkę. By wszystko było jasne :)
Taka mała wojna na drodze w czasie powrotu do Warszawy. Jednodniowy wyjazd zamienił się w trzydniowy. Spotkania kończone o 3 nad ranem. Artyści, politycy, ludzie służb, tak się we mnie wymieszały, że trudno ich wszystkich oddzielić we wspomnieniach. Choć najbardziej pamiętam pozostawiony na krześle u Macieja Świeszewskiego krawat Pawła Huellego i opowieść Wojciecha Misiury o samolocie wracającym z Paryża do Warszawy w grudniową noc stanu wojennego.
Z każdą godziną prowadząc samochód traciłem siły, w domu starczyło ich tyle by dowlec się do łóżka, położyć się i wziąć w rękę tomik poezji Edgara Lee Master „Epitafia ze Spoon River”. Po kilku godzinach powstałem. Odpaliłem komputer, włączyłem telewizor i nagle się wylało, to wszystko od czego byłem tak daleko. Niepotrzebnie tak zrobiłem.
„Zbyt głośny big beat powoduje głuchotę. Starszy asystent kliniki otolaryngologii Akademii Medycznej w Gdańsku - Henryk Kowalczuk (...) swoje badania przeprowadził w następujący sposób. Oto przy pomocy sonometru- przyrządu prototypowego zbadał nagłośnienie hali stoczni w czasie koncertu big beatowego (.. .) w pierwszych rzędach sonometr wykazał 118, a w dalszych 112 decybeli. Z kolei przebadane zostały też 2 polskie zespoły Niebiesko-Czarni i Czerwono-Czarni, oczywiście biorąc pod uwagę pełny wywiad zdrowotny, czy ktoś przedtem choro-wał na uszy itd. (chodzi o muzyków). Prze-badał również dwa zespoły brytyjskie Hollies i Luwers. Ogólnie 18 osób. U 16 stwierdzono trwały ubytek słuchu dla tonów od 2 do 4 tysięcy Hz decybeli a u 2 osób na-wet do 60 decybeli. Jest to stan, w którym zwykle kieruje się pacjenta do sanatorium i bezwzględnie zaleca się zmianę pracy.” (Wieczór Wybrzeża, nr 76, 26.03.1966 za „Motława-Beat” Roman Stinzing, Andrzej Icha)
Przed zdjęciami. Nocami oglądam muzyczne dokumenty. Kończę o 4 nad ranem. Czytam „Motława-Beat”, o trójmiejskiej scenie big-beatowej lat 60-tych. Na przemian z „Antologią The Beatles.” Opasłe tomy leżą na papierach do mojej książki „Polska mafia”. Wszystko się miesza. Choć i może jest odpowiednik Franka Sinatry, który był „ich człowiekiem”? Jak wspominał Jacek Olechowskim, w dyskotekach na pewno bywali.
- BBN biadoli z braku innych zajęć. I nie byłoby w tym problemu, gdyby nie wprowadzało opinii publicznej w błąd, bo proces profesjonalizacji idzie jak w szwajcarskim zegarku - stwierdził szef MON Bogdan Klich na łamach "Dziennika Gazety Prawnej" . Jak wygląda profesjonalizacja armii, można przeczytać w artykule Andrzeja Rozenka „Szlag trafia Grom” w tygodniku „Nie”.
„Pod koniec zeszłego roku brygadier William Dechow, dowódca sił specjalnych (SOF) Międzynarodowych Sił Wsparcia w Afganistanie (lSAF) z ramienia NATO, za okres lu-ty - wrzesień 2009, wystawił polskiemu oddziałowi GROM operującemu w Afganie fatalną opinię. Swoimi krytycznymi sądami podzielił się z polskim Dowództwem Wojsk Specjalnych (DWS). Napisał między innymi, że polscy żołnierze najchętniej przebywają w stołówce. Padło obraźliwe stwierdzenie, że są defakowcami (od słowa DFAC - stołówki warmii USA). Taką informację otrzymał tygodnik "NIE" z dwóch niezależnych i wiarygodnych źródeł. .Zapytany o to rzecznik MON -u, dementuje te doniesienia: Są to pogłoski nieprawdziwe, nie znajdują one potwierdzenia ani w ocenach wystawianych żołnierzom Jednostki GROM, ani w rozmowach nieoficjalnych.” ( Nie, Nr4(1008)
Włączyłem telewizor. Przesłuchanie Chlebowskiego. Sekuła: „Proszę nie męczyć więcej wątków.” Kempa: „Mogę już nie pamiętać, przesłuchujemy już wiele godzin”. Urbaniak: „Chciałbym prosić o przerwę kolacyjną”. Błazenada.
- Poszli na skróty – podsumowuje osoba, która zna ustalenia śledczych z gdańska. – Jasiński (prokurator z Olsztyna – od aut.) jeszcze nie miał potwierdzenia, że wskazane przez Kościuka ciało należy do Krzysztofa Olewnika, a pobiegł do ojca z nowiną, że go znaleźli.
Kontaktuję się z grupą śledczych z Olsztyna, którzy to odnaleźli ciało Krzysztofa Olewnika. Dla zasady, by druga strona miała prawo do obrony, podam ich odpowiedzi na nokautujące wobec nich zarzuty.
Śledczy z Olsztyna twierdzą, że: „opinia genetyczna biegłych z laboratorium kryminalistycznego komendy głównej policji w Olsztynie była jednoznaczna. Zwłoki należały do Krzysztofa Olewnika. Nie było żadnych wątpliwości. Sekcja zwłok, nadzorowana przez zastępcę prokuratora okręgowego w Olsztynie Zbigniewa Kozłowskiego była przeprowadzona z zachowaniem wszelkich procedur.
- Czy sekcję nagrywano na wideo?
- Naturalnie, video, zdjęcia, materiał biologiczny do dalszych badań. Proszę zwrócić uwagę na charakterystyczne ubytki stomatologiczne, ze starych zmian chorobowych. Np. prawostronne skrzywienie nosa. Biegły medycyny sądowej wykonujący sekcję, to specjalista najwyższej klasy, zresztą w procesie słuchany przez płocki sąd. Stwierdzone sekcyjnie obrażenia (złamania żeber, kręgów, chrząstki tarczowej - szyja, podbiegnięcia krwawe grzbietu, głowy, kończyn dolnych),wszystkie potwierdzały mechanizm zabójstwa opisany przez Kościuka-uduszenie gwałtowne wskutek zadławienia.
- Dlaczego nie okazano zwłok? - pytam.
- A raczej szczątków rodzinie… Nie było tak naprawdę co okazywać…. Nawet nie chcieliśmy o tym myśleć, byłoby pewnie więcej pogrzebów. Jasiński zmusił zięcia Olewnika by formalnie zerknął.
Kolejny rozmówca z Olsztyńskiej grupy śledczej, rzuca na koniec:
- To jakiś matrix.
Mój rozmówca znający ustalenia śledczych z Gdańska opowiada o filmie, gdzie Sławomir Kościuk wskazuje miejsce położenia zwłok Krzysztofa Olewnika. W pewnej chwil, ktoś chrząknięciem daje znak Kościukowi, który przez chwile wydaje się bezradny, aby zmierzał we właściwym kierunku.
- Wszyscy w tej sprawie kłamią – podsumowuje.
- Tak, ale to dokładnie wszyscy, a nie tylko niektórzy – odpowiadam. Trudno się nie zgodzić z moim rozmówcą.
Kilka godzin wcześniej, kiedy dotarła do mnie wiadomość o ekshumacji zwłok Krzysztofa Olewnika, by bezsprzecznie potwierdzić, czy w grobie leży właściwe ciało, pomyślałem, że Sprawa Krzysztofa Olewnika zaczyna przypominać serial Davida Lyncha „Twin Peaks”.
Nie wiem jeszcze, jaki będzie film (co w nim będzie) Mocneuderzenie.pl., na razie to biała kartka. Piotr Metz z Jackiem Olechowskim ma oprowadzić mnie po tamtym… tym świecie… Wiem tylko jak chcę to opowiedzieć… To jest zresztą najciekawsze. Inaczej nudziłoby mnie to…. Więc 25 stycznia zaczniemy to, co dzisiaj jest tylko w sferze naszych rozmów, przeprowadzonych głównie w lobby Novotelu, kilkudziesięciu zdań wklepanych do komputera… Tego dnia Metz z Olechowskim w rozmowie ze sobą wyznaczą kolejne zdjęcia…
Chcielibyście zobaczyć jak Palikot biczuje Ziobrę?
10-01-2010 22:20
Nie rozumiem, co to znaczy, że Zbigniew Ziobro żenująco przeprosił? Itd. A co miał się biczować przed domem doktora Garlickiego? Sfilmować to i zamieścić jako reklamówkę? Już widzę chętnego do jego biczowania, Janusza Palikota. Cały czerwony, nadymany, ze spoconym czołem, do krwi Ziobry i wytrysku swojej spermy biczuje Ziobrę (Palikot wytykający znowu w "Polska The Times" Ziobrze domniemany homoseksualizm, zapomniał jak to sam musiał się zmagać z plotkami o swoim uwielbieniu do męskich pośladków). Dajcie już spokój, przecież każdy mówi o tych przeprosinach. Trochę umiaru. P.S. Chyba nie muszę zaznaczać, że nie pisze tych słów miłośnik Zbigniewa Ziobry.
Nie chcemy zamykać ust dziennikarzom, ale ich zakneblujemy
06-01-2010 15:15
Na portalu TVN24 można przeczytać pokrętną wypowiedź prokuratora okręgowego Artura Wrony w sprawie przedstawienia karnych zarzutów Mariuszowi Gierszewskiemu z Radia ZET oraz Krzysztofowi Skórzyńskiemu z TVN24. Poczułem się jakby ktoś grał ze mną w durnia.
- Nie jest to zamach na wolność mediów. Media mają swoje obowiązki, a my mamy swoje. Nie mogę mówić o zarzutach, ponieważ najpierw powinny je poznać osoby zainteresowane. Proszę jednak nie traktować naszego działania jako zamach na wolność mediów, nie mamy zamiaru zamykać ust dziennikarzom - powiedział na konferencji prasowej. Jak dodał, "są elementy wskazujące, że dziennikarze wyczerpali znamiona czynu z art. 241 kk".
Będziemy dreptać w miejscu i robić dobrą minę do złej gry
05-01-2010 19:09
- Wierzy Pan, że Artur Zirajewski zmarł śmiercią naturalną?
- Pierwsze informacje są takie, że miał zator. Ale przed śmiercią miało dojść do próby samobójczej, bo przecież prze-dawkował środki nasenne. Mało prawdopodobne, aby zrobił to nieświadomie.
- I po raz kolejny wychodzi na to, że służba więzienna nie dopilnowała osadzonego.
- Służba więzienna ma w Polsce spory problem. Nie potrafi zapewnić bezpieczeństwa kluczowym świadkom i osadzonym. Ale z Zirajewskim, wpadła w swoje własne sidła.
- To znaczy?
- Proszę nie zapominać, że Zirajewski poszedł na współpracę z policją i prokuraturą. Był więc inaczej traktowany przez służbę więzienną, z większą pobłażliwością. W każdym razie na pewno było mu więcej wolno niż innym osadzonym. Wykorzystał to on albo ktoś inny, kto wiedział o takim traktowaniu Zirajewskiego. On sam był człowiekiem bardzo rozchwianym emocjonalnie, słabym psychicznie. Służba więzienna musiała o tym wiedzieć, bo był badany przez psychologów. I to kolejny fakt przemawiający na niekorzyść wymiaru sprawiedliwości. Bo mimo tej wiedzy nie zapewniono Zirajewskiemu bezpieczeństwa.
- Komu, Pana zdaniem, mogło zależeć na jego śmierci? Edwardowi Mazurowi, przeciw któremu Zirajewski składał zeznania?
- Edwardowi Mazurowi Zirajewski nie zagrażał. Przecież amerykański sąd uznał już raz jego zeznania za kłamliwe i niewiarygodne. Myśli pani, że teraz oceniłby je inaczej? Albo że sam Zirajewski po 12 latach przypomniałby sobie coś, co rzuci śledczych na kolana? Mało prawdopodobne, żeby nie powiedzieć niemożliwe.
- Więc komu zagrażał Artur Zirajewski?
- Nie ma prostej odpowiedzi na to pytanie. Ale na pewno ludziom, którzy przez tyle lat tak nieudolnie prowadzili śledztwo w sprawie zabójstwa gen. Marka Papały. Nikt oprócz nich nie wie, z kim konfrontowali Zirajewskiego, jak rozmawiali z nim samym. Ale Zirajewskiemu nikt już teraz nie zada niewygodnych pytań. Proszę także pamiętać, że Artur Zirajewski brał udział także w innym procesie o zabójstwo, w które zamieszany był świat przestępczy. Może więc nie chodzi o Marka Papałę, ale o tamtą sprawę.
- Myśli Pan, że poznamy jeszcze kiedyś zleceniodawców zabójstwa gen. Papały?
- Myślę, że śmierć Artura Zirajewskiego, mimo że tragiczna i budząca pytania w stosunku do wymiaru sprawiedliwości, niczego w tej kwestii nie zmieni. Zirajewski złożył już zeznania, można je różnie oceniać, ale są w aktach tej sprawy. I jego śmierć tych zeznań nie dyskwalifikuje. Sprawa zabójstwa Marka Papały nie posunie się o krok, jeśli nie stanie się sprawą honoru dla polskiego wymiaru sprawiedliwości. Jeśli nie zostanie przeprowadzona kwerenda i jeszcze raz nie sprawdzimy wszystkich wątków, jakie były brane pod uwagę podczas śledztwa.
- A jeśli tego nie zrobimy?
- To będzie koniec tej sprawy. Nie poznamy prawdy.
- Znajdzie się odważny, który podejmie decyzję o jej zamknięciu?
- Nie. Będziemy dreptać w miejscu i robić dobrą minę do złej gry. Żaden polityk takiej decyzji nie podejmie, bo albo chce o tej sprawie zapomnieć, albo coś na niej ugrać.
Rozmowa z Dorotą Kowalską dla Polskla The Times, nr 3(676), 5.01.2010
"Produkuję newsy, suche fakty. I nagle okazuje się, że jedna z ofiar tragedii, to ktoś znajomy. Bolesna pobudka w świecie realnym." (Jan Osiecki na Twitter)
Od rana telefony z życzeniami imieninowymi. Większość postanowiła uciec z Polski, od rodziny, bliskich, znajomych, kochanek i kochanków, czasami od żon i mężów, i tam z dala od wszystkich i wszystkiego przywitać Nowy Rok. Sporo znajomych jest w Maroku. Dlaczego tam stadnie wyjechali? Ale jeden telefon był z miejsca, o którym się mówi, że dalej to już chyba na Sylwestra nie można wyjechać. Na łączach był wręcz szum, który jeszcze bardziej miał wzmocnić przekonanie, że rozmówca jest na krańcu świata.
Norweski film z pozytywnym zakończeniem oglądany o siódmej rano i tak przyprawia o depresję. Skandynawskie kino nieznośnie obarczone jest tzw. „syndromem skandynawskim”. Mogę się pocieszać, że nie włączyłem fińskiego filmu, Finowie popełniają najwięcej samobójstw.
”Rozdęty rynek sztuki współczesnej”. Dokument pokazujący idiotyzmy, absurdy sztuki współczesnej. Wiele dzieł powstaje na masową skalę. Dochodzi do spekulacji na rynku sztuki. Sztuka zrobiła się towarem jak wiele innych komercyjnych rzeczy. A nie o to przecież chodzi, mówi jeden z jej twórców. Czy aby na pewno?
Posłanka PO Agnieszka Pomaska na Twitter i Facebook napisała: "Dostałam zaproszenie, 2-dniowa konferencja o AH1N1 w Londynie, koszt: 2785 US $. Ta grypa to jest rzeczywiście niezły biznes..."
Znajoma wybrała się na Święta do Izraela. Dzisiaj wylądowała w Polsce i napisała; „Momentami było nerwowo. Zwłaszcza w Palestynie blisko Strefy Gazy. Jednak warto było.”
Przyjemne zmęczenie, po 15 tysiącach znaków napisanych dzisiaj do książki, wygrzewane w saunie. Schładza się włoskie czerwone wytrawne wino, które sprzedawca z osiedlowego sklepu z winami, zachwalał jako mało kwaśne, sprowadzane bezpośrednio przez niego, bez 400 procentowej marży.
- Ale to nie jest włoski jabol? – zapytałem z obawą, patrząc na cenę.
Maciej Świeszewski, miłośnik win, cygar i dobrej whisky, po takiej cenie nawet nie spojrzałby na butelkę.
Czytam teraz nalepkę. Sycylijske… Cholera, daleko odszedłem od tego o czym pisałem dzisiaj… Mafia… Tyle, że włoska. Ale wypiję je oglądając kilka dokumentów.
Od ponad tygodnia odpoczywam od telewizji informacyjnych, gazet. Net sprowadza się u mnie teraz do Twittera i Facebboka, czasami tylko nagłówki informacji.
Obudziłem się po 9 rano. Piotr zamiast życzeń przysłał mi numer biuletynu Biblioteki Doskonalenia Zawodowego KGP, który musimy koniecznie zdobyć. Pięknie! Dzwonie by przypomnieć mu, że są święta. Wchodzę do sieci, a tam czytam, że Straż Miejska będzie miała prawo zatrzymywać i przeszukiwać, jeździć po mieście na sygnale. Oczywiście dla dobra obywateli. To w ramach przyjaznego państwa. Na pewno poczujemy się bezpieczniej. Coraz bardziej Orwellowscy się stajemy i to bez protestu, a nasi reprezentanci – posłowie i senatorowie jak bezmyślne maszynki wszystko akceptują. Psy Pawłowa, które tylko nauczyły się wciskać kolor zielony w takich sprawach.
Wczoraj policji nie wystarczyło świętowania sukcesu, pal licho z wizerunkiem Polski!
22-12-2009 10:46
Oto przedłużamy festiwal związany z kradzieżą tablicy z Auschwitz. Zorganizowano konferencję prasową, gdzie pokazano rozkawałkowaną tablicę. Niech media dłużej o tym mówią. Pokazują Polskę nadal w złym kontekście.
Zamiast wyciszać ten nieprzyjemny incydent i cicho dojść do zleceniodawców, wszystkich osób związanych ze sprawą, dostarczamy zdjęć zbezczeszczonej tablicy. Niech świat dalej powiela taki obraz Polski. Kolejny dzień.
Wczoraj policji chwały sukcesu nie wystarczyło, pokazano film z zatrzymania sprawców i zapakowane w papier tablice, były słuszne gratulacje. Choć nie wiemy, czy to może bardziej sukces informatora. Szefostwo policji postanowiło dzisiaj pochwalić się także, bo jak wiadomo z tymi sukcesami nie jest aż tak dobrze, wiec z uśmiechami na twarzy rozpakowano tablicę "Arbeit macht frei". Niech nas potem nie dziwi kolejny tytuł w zagranicznej prasie: Tak ją zniszczyli Polacy!
Pewien daleki znajomy proponował zakup krypty w Świątyni Opatrzności Bożej w Warszawie. W bocznej ławie to koszt 50 tysięcy złotych, w centralnej 100 tysięcy złotych. Radził się spieszyć, bo ceny wzrosną. Porównał z cenami na Powązkach. Nie jest drogo, dodał.
Ryszard Częstochowski na Facebook: "Jeszcze raz wracam do tragedii jednego z najwybitniejszych polskich scenarzystów i adwokatów, dlaczego tak niewielu zastanawia się nad przyczynami jego upadku? Może już po zamordowaniu matki przez bezpiekę w 89 roku nie odzyskał równowagi psychicznej, może był straszliwie samotny i kupował sobie towarzystwo, choćby prostytutki. A może przyczyna była jeszcze głębsza, utracił po prostu wiarę w sens życia?"
Cyrk z szefem klaunem i lobbystami w roli akrobatów?
16-12-2009 11:06
Poseł Janusz Polikot w swoich pijarowskich piruetach coraz bardziej się zakręca, tracąc równowagę i rozsądek. Rzuca się od jednego do drugiego tematu, który może poruszyć opinię społeczną, a zwłaszcza sprawi, że media go zacytują. Zaproszą do studia telewizyjnego lub radiowego. Eutanazja, komisja hazardowa, Piesiewicz i teraz broń. Wszystko to było ostatnio w krótkim czasie. Kto go tam potem rozliczy? Najważniejsze, że udał się pijarowski piruecik.
Pazurkiem na twitter, czyli Marta Wawrzyn z Pardon krótko i trafnie podsumowała dotychczasowe dokonania Janusza Palikota: „Tęsknię za "Przyjaznym Państwem" z 2008 r. Teraz to jest jakiś cyrk z szefem klaunem i lobbystami w roli akrobatów.”
Piotr Pytlakowski zorganizował spotkanie w redakcji Polityki. Nasz rozmówca wzbudził tam na korytarzu lekkie poruszenie. Każdego mogliby się spodziewać, ale nie jego.
Kiedy naszemu rozmówcy telefon dzwoni piosenką Louisa Armstronga, mówię:
- Przynajmniej w jednej rzeczy się zgadamy. Lubimy Armstronga.
Piotr Śmiłowicz na Newsweek.pl w tekście „Piesiewicz, czyli przekroczenie tabu” słusznie zauważył, że „Publikacja „Super Expressu” może przyczynić się do zburzenia kolejnego tabu w naszym życiu medialno-politycznym. Po publikacji filmików z Piesiewiczem tabloidy mogą już nie mieć oporów, by pisać na przykład o kochankach polityków. Albo o tym, który z nich jest homoseksualistą.”
Uważam jednak, że to nie tylko tabloidy nie mają już oporów, nie do nich powinno się zawężać problemu degrengolady mediów.
Cezary Ostrowski na Facebook zapytał: „Czy ktoś jeszcze zauważył, że z gazeta.pl zniknęła Kultura, a zastąpiła ją rozrywka? Jaka to rozrywka każdy może sprawdzić sam...”
Pocztówka z RPA. Tam pełnia lata. Wczoraj było 33 stopni C. Nie ma świątecznej atmosfery. Ubrana choinka wygląda tutaj dla europejczyka egzotycznie. Losowanie Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej było sukcesem. Przez całą noc, do rana, ludzie jedli, pili, palili i nikt nikogo nie zamordował. Oczekiwania są duże. Ludzie tutaj liczą, że Południowa Afryka zmieni swój wizerunek, iż to nie jest dziki afrykański kraj. Brakuje 150 tysięcy łózek dla gości Mistrzostw. Ceny poszły w górę. W jednej z lepszych dzielnic Kapsztadu wynajęto Rosjaninowi cały dom na miesiąc za milion Euro.
W „szeroko pojętej problematyce” nie zmieściło się
09-12-2009 09:59
Dzisiejsza Rzeczpospolita słusznie wytyka w artykule Ewy K. Czaczkowskiej to, co kompromituje festiwal Watch Docs. Czaczkowska pisze:
"W „szeroko pojętej problematyce” nie zmieściło się łamanie praw chrześcijan w świecie. – Nie znam takich filmów. To znaczy widziałem film o prześladowaniach chrześcijan w Indonezji w końcu lat 90. – mówi dyrektor festiwalu Maciej Nowicki z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. Zapewnia, że wśród 1500 dokumentów zgłoszonych na festiwal nie było żadnego o tej tematyce(...)– Zlaicyzowana Europa wstydzi się chrześcijaństwa. Wstydzi się swojej tożsamości religijnej, dlatego stara się nie dotykać tego tematu – uważa reżyserka Agnieszka Dzieduszycka, autorka wstrząsających filmów o Sudanie, gdzie chrześcijańska mniejszość jest brutalnie prześladowana za wiedzą islamskich władz. – Tej Europy nie obchodzi, czy gdzieś chrześcijanie są mordowani, woli się zajmować np. Tybetem.
Widzowie Watch Docs nie zobaczą dokumentów Dzieduszyckiej. Nowicki przyznaje, że ich nie widział, nawet wyświetlanych w polskiej telewizji „Płaczu w ciszy” i „A wy nie płaczecie razem z nami”.
Z blisko 80 filmów, które zostaną pokazane na Watch Docs, najwięcej, bo dziesięć, dotyczy łamania praw człowieka w Rosji i byłych republikach radzieckich."
Robert Zieliński na twitter: "Wróciłem z konferencji o zastosowaniu nowych technologii w bezpieczeństwie. Wielki brat już tu jest, nie pukał, wyłamał sobie drzwi..."
"13.12 w tym roku to wyjątkowo ważna data... zmiana rozkładu jazdy pociągów..."
Nie wzburzyło, ale odpisałem:
"Przesadził pan z ironią. Ja ją dobrze pamiętam. Czołgi koło mojego domu na Gdańsk jechały.Jeden się utopił. Koncert Perfectu odwołali"
AzraelK: "No cóż, każdy ma swoje wspomnienia, ja nie neguję daty i wydarzeń, ale mam wrażenie, że kombatantów z roku na rok więcej..."
Na co ja: "A co to ma wspólnego z tymi kombatantami? Tak po ludzku pamiętam drobne draństwa, wywalanie kumpli ze szkoły za udział w manifestacjach... pamiętam pałowanych w więźniarkach ludzi, wyjących z bólu na całe gardło, milicyjne ścieżki na Gdyńskiej..."
AzraelK: "No cóż, ja pamiętam z kolei, że z "czerwonej uczelni" na jakiej studiowałem, bezpośrednio nikogo nie wyrzucili, a esbek..."
Ja: "W mojej szkole maturalną klasę zlikwidowali, po kilkunastu wizytach smutnych panów, którzy przeglądali zdjęcia uczniów w sekretariacie (utrwalonych w czasie manifestacji)
AzraelK: "Nie zamierzam negować ani stanu wojennego, ani krzywd - w różnych miejscach to jednak inaczej wyglądało."
Ja: "Tak wyglądało na prowincji, w Elblągu. Pamiętam jeszcze ten śnieg. Szedłem do szkoły, a zajęcia odwołali. Nagle na drodze wyrosły czołogi, żołnierze. Postanowiłem wrócić do domu. Na ulicy, mojej ulicy, gdzie mieściła się jednostka ZOMO, stanęło na czujkach kilku milicjantów, zatrzymali mnie i zapytali:
- Dokąd idziesz?
- Do domu - odparłem."
Azrael ma jednak rację w jednym, jak 13 grudnia człowiek się budzi i i włącza telewizor, radio, bierze gazetę do ręki to mdli od tego patosu, polityków przywdziewających się w martylologiczne szaty. Mdli od tych samych gęb, które ciągle są medialnymi twarzami stanu wojennego.
„Lotnisko we Wrocławiu. 8:50. Schetyna a kilka metrów dalej Bielecki. Udają, że się nie widzą. W powietrzu iskrzy. A taki był team... na boisku” – pisze na Twitter poseł Dawid Jackiewicz.
Chcesz sobie zniszczyć niedzielny poranek to włącz telewizor i pooglądaj sobie wrzeszczących na siebie polityków, wymądrzających się dziennikarzy, zajrzyj do twittera, pochodź po blogach. Na szczęście jest pilot i myszka.
Umawiam się z politykiem, o którym ostatnio głośno. Aferalnie głośno. Kiedy jestem w zaplanowanym miejscu, wysyłam sms-a: czekam w samochodzie na parkingu. Mija kwadrans. Decyduję się opuścić samochód. Po pięćdziesięciu metrach spostrzegam znajomą sylwetkę. To on. Okazuje się, że celowo zostawił telefon asystentowi z obawy o podsłuch, dlatego nie mógł przeczytać sms-a. Nawet w wyjęte z telefonu baterie już nie wierzy.
Gdyby świat przestał zgadzać się na chiński szantaż gospodarczy
03-12-2009 23:07
Piotr Niemczyk na Facebook napisał: „Sąd w Urumczi skazał w czwartek na karę śmierci pięć kolejnych osób po lipcowych krwawych zamieszkach w Sinkiangu, na północnym zachodzie Chin - poinformowała agencja Xinhua. Według tej agencji, sąd skazał ponadto dwie osoby na dożywocie. - Ciekawe o ile droższe byłoby życie gdyby świat przestał zgadzać się na chiński szantaż gospodarczy?”
Odpowiedziałem. To się nasunęło od razu: „Ta akceptacja Chin jest draństwem niby demokratycznego świata, dla którego prawa człowieka są niby najważniejsze. Obama wojska do Chin nie wyśle, a Tusk nie dorzuci swoich 600 żołnierzy”.
Nagie cztery litery w sprawie nowej ustawy medialnej
03-12-2009 17:05
SMS od K: Ostatnio twórcy skompromitowali się komentując sprawę Romana Polańskiego, a dzisiaj w kinie Rejs, gdzie pokazali nagie cztery litery w sprawie nowej ustawy medialnej.
Dlaczego tak mało piszę ostatnio na blogu? I tak mało w nim polityki? Zapytano.
A o czym tu pisać? Ze spraw politycznych mogę podać tylko jedno. Wczoraj zjadłem obiad w restauracji w hotelu poselskim. Schabowego z kością, kapustą i ziemniakami. Ceny tam wzrosły ostatnio.
Wchodząc do restauracji natknąłem się na Włodzimierza Olewnika i jego pełnomocnika Ireneusza Wilka. Na szczęście nie rozmawialiśmy o sprawie. Jego sprawa to matnia, jak raz się w nią wejdzie to wyjścia z niej już nie ma.
A dzisiaj tkwię jeszcze w piżamie ( mija 16) przed monitorem komputera i udaję przed sobą samym, że jestem w stanie cokolwiek napisać. Kilka zdań na godzinę. W takim tempie książki tej nie napiszę.
Niestety trzeba wracać do świata, tego za oknem. Wziąć prysznic, wsiąść w samochód i jechać na spotkania.
Znowu zapomniałem umówić się na zmianę opon z letnich na zimowe.
I to by było na tyle.
PS. Tomasz Sekielski swój ostatni wpis w blogu popełnił 9 maja 2007 roku. Na szczęście są gorsi ode mnie.
Szaleństwo Klicha i Tuska zarażonych szaleństwem Obamy
02-12-2009 21:59
Widząc dzisiaj psychiatrę Bogdana Klicha u Bogdana Rymanowskiego w TVN 24, zajmującego się naszym wojskiem, z irytacją okraszoną obłudnym uśmiechem, mówiącego: „proszę mi nie przerywać”, pomyślałem, że może znalazłby się dla niego jakiś wojskowy specjalista w szpitalu na Szaserów.
Mieści się tam Klinika Psychiatrii Stresu Bojowego, do której trafiają między innymi tak chętnie wysyłani przez Bogdana Klicha żołnierze do Afganistanu.
A tak na marginesie. Może premier Donald Tusk pokazałby kochones i trzasnął następnym razem słuchawką Barackowi Obamie. Niech wpierw zniesie wizy Polakom ten obecny laureat pokojowej nagrody Nobla.
Wróciłem od Jakuba Porady w TVN24, zjadłem śniadanie i idę spać. Nie chce mi się już mówić o sprawie Janusza Kaczmarka. Żeby zamknąć temat. Nikt w tej sprawie nie może czuć satysfakcji, ani Kaczmarek, ani Ziobro, oni obaj są przegranymi tej historii.
Sylwester Latkowski, twórca "Blokersów" "Klatki" i "Śledczaka", tym razem opowiada o świecie seksualnej dewiacji Ten film wywołuje wstrząs. Temat pedofilii powraca do mediów przy okazji kolejnych spraw o wykorzystywanie seksualne dzieci. Pojawiają się artykuły, reportaże, wywiady. Tym razem oglądamy pełnometrażowy dokument. Wszystko zaczyna się sceną rozgrywającą się w samochodzie. Młody gej, świadek w sprawie posądzenia ks. Jankowskiego o pedofilię, opowiada o swoich przeżyciach związanych z tą sprawą. W końcu wyciąga telefon komórkowy i dzwoni do swojej matki, by przyznać się do udziału w tej historii. W trakcie rozmowy mężczyzna zaczyna płakać. Ma świadomość, że środowisko, w którym się wychował ...