Czy dziennikarzowi można zamknąć usta i skrępować ręce oskarżając go o przestępstwo, którego nie mógł popełnić? - pyta na zamkniętym forum "Newsroom" Maciej Duda (Newsweek) i odpowiada:
Tak.
Jutro proces Bertolda Kittela.
Od wielu, wielu lat w prokuraturze i w sądach istnieje interpretacja, wykładnia, że dziennikarzowi nie można zarzucić, ni go oskarżyć o ujawnienie tajemnicy państwowej. Bowiem to nie dziennikarz jest jej powiernikiem, lecz odpowiedzni funckjoariusz państwowy. I to, że dziennikarz opisuje rzeczy ową tajemnicą państwową objęte to naprawde nie jego wina.
Zgodnie z taką właśnie w uproszczeniu przedstawioną regułą polskie prokuratury nie prowadziły śledztw o ujawnienie tajemnicy państwowej przeciwko dziennikarzom. Z jednym wyjątkiem: Bertolda Kittela.
Śledztwo wszczęto bodaj w 1998/99r. z zawiadomienia ówczesnego szefa kancelarii prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, czyli Ryszarda Kalisza. Tak, tego samego, który ma teraz gębe pełną frazesów o wolności słowa i bezprawnej inwigilacji mediów przez PiS.
Prokuratura wszczęła śledztwo. Niejaki Zbigniew Goszczyński (młodzież nie wie kto to zacz, zapraszam na priv), o którym eufemistycznie rzec można, że sympatuzuje z lewicą, dopilnował by prokuratorzy wbrew regułom oskarżyli Bertolda o ujawnienie tajemnicy państwowej. |
O co poszło? Kittel w jednym z tekstów demaskujących afery szpiegowskie w polskich specsłużbach opanowanych przez SLD naruszył interesy chorowitego na goleń i filipińską srakę Aleksandra Kwaśniewskiego. I tyle. I to wystarczyło by aparat państwowy postawił dziennikarza przed sądem.
W aktach procesu nie ma dowodów na to,że Kittel narobił jakiejś wielkiej szkody swoimi tekstami. Nie ma wprost dowodów na to, że ujawnił słowo w słowo sprawy objęte tymi tajnymi klauzalami.
Nie wiadomo kim są świadkowie - nazwiska są fałśzywe, czyli operacyjne agentów Agencji Wywiadu. Nie ma ich adresów." |