Kolacje z lobbystą
Zanim wybuchała afera z wiceministrem zdrowia Bolesławem Piechą podejrzewanym o dwuznaczną rolę w procesie wpisania na listę leków refundowanych preparatu firmy Serviera, prawie bez echa, poza notatką w czytanym, ale nie cytowany tygodniku "NIE", przeszła interpelacja ówczesnego wicemarszałka Marka Kotlinowskiego (LPR), dotycząca leku generycznego, służącego do leczenia hemoroidów. Dzisiejszy sędzia trybunału stanu opowiedział się za droższym lekiem firmy Servier. Żądał wycofania tańszego leku z rynku. Jako powód podał, że decyzję o dopuszczeniu tego leku wydano z naruszeniem prawa. Warto zauważyć, że była to w ogóle jedyna interpelacja, jaką poseł Kotlinowski złożył w minionej kadencji Sejmu.
Kiedy zapytałem go w rozmowie telefonicznej na potrzeby programu "Konfrontacja" (TVP2), co go skłoniło do złożenia interpelacji w interesie firmy Servier, odpowiedział, że być może go wprowadzono w błąd. Zwrócił uwagę, że to "olbrzymi rynek, w grę wchodzą olbrzymie pieniądze."
Marek Kotlinowski, tak jak i Bolesław Piecha, nie chciał się przyznać do spotkań z przedstawicielem Serviera Robertem Pachockim. Dzięki mediom wiemy jednak, że panowie się spotykali, m.in. na wspólnej kolacji w restauracji Bibliotekarz. Co ciekawe, właścicielem tej restauracji jest znana osoba w tej branży, przedsiębiorca L. Nadal brak odpowiedzi na pytanie, kto płacił za tę i inne kolacje? Robert Pachocki, dyrektor ds. naukowych i medycznych Grupy Badawczej Servier, wiceprezes Izby Gospodarczej "Farmacja Polska", jak mówią rozmówcy, ma być jedną z osób z grupy trzymającej układ lekowy w Polsce. Mistrz lobbingu branży farmaceutycznej. Gracz. Jedną z jego metod działania było wynajmowanie prywatnych detektywów. Pewny siebie i bezwzględny. Dla Francuzów jest nieocenionym człowiekiem o szerokich kontaktach i dojściach." Ponieważ firma Servier jest firmą prywatną, nie obowiązują jej takie same zasady jak w przypadku spółek giełdowych. W Servier wystarczy jeden telefon do Francji i sprawa jest załatwiona od ręki.
Robert Pachocki potrafi od lat dogadywać się z politykami każdej opcji politycznej. Bywa w Sejmie, gabinetach polityków i urzędników. Nie znajdziemy go jednak w wykazie osób zajmujących się lobbingiem w Sejmie. Pytany przez "Gazetę Finansową" o swoje kontakty z politykami i inne kwestie, rzuca słuchawką bez słowa pożegnania. O dużych możliwościach przedstawiciela firmy Servier Roberta Pachockiego świadczy opisane przez "Dziennik" zdarzenie sprzed pół roku przed kolacją w restauracji Bibliotekarz. Pachocki otrzymał wówczas w Urzędzie Rejestracji Produktów Leczniczych dostęp do dokumentacji leku firmy Lekam. Odpowiednikiem i bezpośrednim konkurentem na rynku dla tego preparatu jest Detralex produkowany przez Serviera.
Napisałem w tej sprawie notatkę służbową, którą przekazałem do resortu zdrowia - mówi "Dziennikowi" Leszek Borkowski, szef Urzędu Rejestracji Produktów Leczniczych. I potwierdza: Pachocki na terenie urzędu przeglądał dokumenty konkurencji i za pomocą aparatu komórkowego zaczął je fotografować.
Firma Servier wydała oświadczenie dotyczące tej sprawy, w którym stwierdziła, że "dokumenty te zostały udostępnione Servier Polska w trakcie oficjalnego spotkania w URPL, w którym uczestniczyli: przedstawiciel Urzędu Rejestracji, przedstawiciele Servier Polska i prawnik z kancelarii "Leśnodorski, Ślusarek i Wspólnicy". Zdjęcia miał wykonywać za zgodą urzędniczki prawnik a nie Robert Pachocki. Praktyka taka, według prawników Servier, jest "zgodna z prawem, jest również stosowana przez inne firmy farmaceutyczne podczas tego typu spotkań".
Gdyby nie wyszła sprawa Bogusława Piechy do dzisiaj prawdopodobnie nie wiedzielibyśmy o tym zdarzeniu. Byłaby to kolejna szeptana z ucha do ucha historia w zamkniętym środowisku. Jak przyznaje mój rozmówca, od miesięcy mówiło się o tym w czasie towarzyskich spotkań.
Leszek Borkowski, szef URPL, nadal unika odpowiedzi na proste pytania. Czy znał osobiście Roberta Pachockiego? Dlaczego nie złożył zawiadomienia do prokuratury? Czy faktycznie sporządził swoją notatkę? W rozmowie z "Gazetą Finansową" kieruje nas do rzecznika prasowego z zastrzeżeniem, że odpowiedzą w stosownym czasie, nie zakreślając jednak terminu jej uzyskania.
Rynek poza kontrolą?
Według danych IMS Health, całkowita wartość rynku farmaceutycznego w Polsce w okresie od stycznia do sierpnia 2007 r. wynosiła 10,5 mld złotych. W skali roku wartość rynku farmaceutycznego ma się zamknąć szacunkową kwotą 16 mld złotych. Byłby to wzrost o około 7 proc. w porównaniu do roku ubiegłego. Dzięki rosnącej potędze finansowej firmy farmaceutyczne mają jedne z większych budżetów na działania public relations. Według niektórych danych firmy farmaceutyczne wydają w Polsce na reklamę ponad 10 proc. środków, jakie budżet Narodowego Funduszu Zdrowia wydaje na refundację leków. Wydaje się, że choćby te dane powinny skłonić państwo do kontroli rynku lekowego w Polsce. Tymczasem podstawowym problemem jest to, że nikt dotychczas nie odważył się dokonać dogłębnej analizy rynku lekarstw w Polsce. Co więcej funkcjonowanie tego rynku pozostaje opatrzona klauzulą tajności. O tym jak wygląda lobbing farmaceutyczny można się było przekonać, ale już tylko na utajnionym posiedzeniu Sejmu w 25 listopada 2003 r. Kulisy działań lobbystów na polskim rynku lekowym ujawnia w swojej książce "Walka z sitwą" były minister zdrowia Mariusz Łapiński. Czy jest to konfabulacja Łapińskiego czy prawda? Tego, póki nie zostaną odtajnione akta Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego się nie dowiemy. W rozmowie ze mną były szef ABW Andrzej Barcikowski stwierdził tylko, zasłaniając się tajemnicą państwową, że jest coś na rzeczy. Warto zauważyć, że żadna z wymienionych osób w książce, nie wytoczyła Mariuszowi Łapińskiemu sprawy i nie zażądała sprostowania.
- Jak tylko ogłosiłem, że biorę się za listę leków refundowanych zgłosili się do mnie dziennikarze, twierdząc, że przedstawiciele firm farmaceutycznych poszukują dziennikarzy, którzy wzięliby się za mnie - pisze Mariusz Łapiński - Akurat ci dwaj, którzy mi to powiedzieli się nie zgodzili. Byli jednak tacy, którzy na to poszli. Spotkałem się niedawno z szefem jednej z najskuteczniejszych firm od czarnego PR-u w kraju. Rozmawialiśmy o jednym dziennikarzu, który pisał artykuły atakujące moją osobę. Z 600 tys. zł, które otrzymał za artykuły, za 300 tys. zł kupił sobie mieszkanie. Z tego co usłyszałem, trzy firmy farmaceutyczne złożyły się w kwocie 10 mln zł, żeby mnie załatwić. Polegało to na kupowaniu artykułów.
Na początku 2002 r. poinformowałem premiera, że zamierzam doprowadzić do obniżenia cen wielu leków, głównie importowanych. Chodziło o oszczędności rzędu 1,2 mld zł. Spodziewając się różnych działań wymierzonych w moją osobę poprosiłem premiera o ochronę kontrwywiadowczą. Otrzymałem zapewnienie premiera, że taką ochronę dostanę. Spotykałem się w tej sprawie kilkukrotnie z ministrem Barcikowskim i z ministrem Siemiątkowskim. Jak się okazało moje obawy były uzasadnione. Dodatkowo w pierwszej połowie 2002 r. skierowałem do ABW doniesienie o możliwości popełnienia przestępstw przez firmy farmaceutyczne, polegających w skrócie, na grach fakturami na granicy. Przez to ceny leków w Polsce były droższe, stracili pacjenci i kasy chorych po 1,5 mld zł. Powiadomiłem ABW, kiedy się zorientowałem, że niektórzy urzędnicy ministerstwa finansów są zainteresowani wyciszeniem tej sprawy.
W połowie 2002 r. zaprosił mnie do siedziby wywiadu przy ul. Miłobędzkiej szef Agencji Wywiadu Zbigniew Siemiątkowski. Zlecenia medialnych ataków na twoją osobę przychodzą z zagranicy. Od firm farmaceutycznych - zakomunikował mi Siemiątkowski. Padły wówczas konkretne informacje, których ze względu na tajemnicę państwową jeszcze ujawnić nie mogę.
Gdzieś w drugiej połowie 2003 r. byłem u Marka Ungiera, który opowiedział mi, że sprawa lobbingu firm farmaceutycznych przeciwko mojej osobie, jako Ministrowi Zdrowia stawała na posiedzeniu kolegium ds. służb specjalnych, w którym uczestniczy prezydent, premier, szefowie służb specjalnych i przewodniczący sejmowej komisji ds. służb specjalnych (wówczas był nim Konstanty Miodowicz). Ungier powiedział, że po przedstawieniu materiałów ABW na ten temat zapadła cisza. Wszystkich zamurowało. Wówczas on zabrał głos i powiedział - Nie może być tak w czterdziestomilionowym kraju, że grupa lobbingowa tak załatwia konstytucyjnego ministra, który dla dobra kraju narusza ich interesy. Po tym posiedzeniu o lobbingu firm farmaceutycznych przeciwko mojej osobie mówił też Barcikowski na tajnym posiedzeniu Sejmu. Jeden z Ministrów przekazał mi informację, że Barcikowski informował o tym także Radę Ministrów na tajnym posiedzeniu. Mam nadzieję, że materiały Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego na podstawie których, Barcikowski opierał swoje wystąpienia ujrzą światło dzienne. Poznamy wówczas mechanizmy działania Stowarzyszenia Przedstawicieli Firm Farmaceutycznych i działającej w ich imieniu agencji CEC Government Relations Marka Matraszka. Po uzyskaniu takich informacji chciałem poznać więcej szczegółów.
"Zwracam się z uprzejmą prośbą o wyjaśnienie, czy Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego jest w posiadaniu danych dotyczących roli firm farmaceutycznych w działaniach przeciwko mojej osobie, w okresie pełnienia przeze mnie funkcji Ministra Zdrowia, a także po jej zakończeniu." - napisałem do Szefa ABW Andrzeja Barcikowskiego 22 września 2003 r. W dalszej części pisma wyjaśniłem, że "Rola ta miała polegać na wpływaniu na media i środowiska polityczne, aby zdyskredytować moją osobę w oczach opinii publicznej i abym zaprzestał działań ograniczających nadmierne dochody firm farmaceutycznych. (...) Do dziś nie dostałem odpowiedzi na list z 12 maja, w którym wskazuję na możliwość takiej właśnie prowokacji w wykonaniu firmy Merck Sharp&Dohme. Do dziś nie jasna jest w tym rola byłego Ministra Zdrowia Marka Balickiego i jego wieloletniej przyjaciółki pani Jolanty Sabat, dyrektorki w tejże firmie farmaceutycznej."
Andrzej Barcikowski 29 października odpowiedział na mój list. Była to odpowiedź potwierdzająca moje przypuszczenia: "... podległa mi służba realizuje szereg intensywnych działań o charakterze operacyjno-rozpoznawczym i dochodzeniowo-śledczym, zmierzających do ujawnienia nieprawidłowości, w tym również sygnalizowanych w Pańskich pismach, w zakresie funkcjonowania polskiego rynku farmaceutycznego. Chciałbym jednak podkreślić, iż ze względu na tajny charakter podjętych czynności - na obecnym etapie ich realizacji - nie mogę Pana zapoznać z wynikami dotychczasowych ustaleń. Mogę jednak zapewnić, iż podlegli mi funkcjonariusze dołożą wszelkich starań, aby uzyskana przez nich wiedza znalazła odzwierciedlenie w materiale stanowiącym podstawę do wszczęcia postępowania przygotowawczego, bądź możliwym do wykorzystania w już prowadzonych śledztwach." Nieoficjalnie dowiedziałem się, że w ABW sporządzono obszerny raport w tej sprawie. Nie pozostawia on żadnych złudzeń. Firmy farmaceutyczne doprowadziły do usunięcia niewygodnego dla nich ministra. Niestety, służby specjalne doszły do takich wniosków dopiero w kilka miesięcy po moim odwołaniu i po tym, jak dwa razy stałem się ofiarą medialnej nagonki. W czterdziestomilionowym kraju za pieniądze zagranicznych koncernów doprowadzono do odwołania członka rządu. Ten przypadek powinien być ujawniony i skrupulatnie wyjaśniony, by nic takiego się już nigdy nie wydarzyło. W związku z tym zwróciłem się do sejmowej Komisji do spraw Służb Specjalnych, by zajęła się tą sprawą. Napisałem do przewodniczącego komisji Konstantego Miodowicza, który ze znanych mi powodów nie chciał zająć się tą sprawą".
Z informacji uzyskanych przez "Gazetę Finansową" wynika, że pomimo wielu sygnałów o dwuznacznej roli służb wobec rynku lekowego ani razu w minionych latach ten problem nie stał się tematem obrad sejmowej komisji do spraw służb specjalnych.
Ofiary układu lekowego
Z całą pewnością można stwierdzić trzy rzeczy: że na rynku jest bardzo dużo nieprawidłowości, po drugie - że osoby odpowiedzialne za gospodarkę lekową w Polsce wiedzą o tych nieprawidłowościach i po trzecie - że nikt tak naprawdę nic z tym nie robi. Jeśli słyszymy o jakichś działaniach służb w tej sferze, to wydają się one raczej związane z wykorzystywaniem ich w walce pomiędzy jakimiś grupami interesów. Wymownym tego przykładem jest trwające półtora roku śledztwo Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, uwieńczone aresztowaniem byłego zastępcy prezesa NFZ Michała Kamińskiego. Został mu postawiony zarzut przyjęcia korzyści majątkowej w postaci kolacji, wartej ok. 680 zł.
Michał Kamiński do dzisiaj nie rozumie, komu się tak naprawdę naraził, podejrzewa jednak, że wiąże to się z faktem złożenia do ABW zawiadomienia w sprawie tajemniczych leków. "Przeanalizowano ceny leków zawierających po raz pierwszy objęte refundacją i stwierdzono, że w przypadku czterech produktów ceny urzędowe hurtowe są wyższe od dotychczas stosowanych - czytamy we fragmencie doniesienia do ABW Michał Kamińskiego. - Porównano ceny tych leków z cenami przedstawionymi w oficjalnych cennikach hurtowni farmaceutycznych oraz zweryfikowano te dane z danymi z aptek realizujących recepty. Są to następujące produkty: Lorista KRKA dotychczasowa cena dla apteki 36,69 zł, cena hurtowa urzędowa z rozporządzenia Ministra Balickiego 37,88 zł, Tritace 5 A ventis dotychczasowa cena dla apteki 20,71/21,08/21,14 zł cena hurtowa urzędowa z rozporządzenia Ministra Balickiego 24,44, Tritace 10 dotychczasowa cena dla apteki 24,47/24,97/25,08 zł cena hurtowa urzędowa z rozporządzenia Ministra Balickiego 36,71, pritor Glaxo cena dla apteki 71,86/72,04/72,56 zł, cena hurtowa urzędowa z rozporządzenia Ministra Balickiego 85,84 zł".
Chodzi o cztery produkty, które po umieszczeniu na liście leków refundowanych sprzedawano po wyższej cenie, niż przed ich umieszczeniem na tej liście. Tymczasem powinno być dokładnie odwrotnie. Skarb Państwa stracił na tym gigantyczną kwotę, którą zarobili prywatni producenci.
Sprawa zatrzymania Michała Kamińskiego, podobnie jak po aferze z prezesem Orlenu i bezprawnym zatrzymaniem prezesa Optimusa, stała się przedmiotem odrębnego śledztwa, w którym podejrzanymi stali się funkcjonariusze ABW. Śledztwo, jak można było przypuszczać, zostało umorzone. Z kolei postępowanie sądowe wobec Kamińskiego utknęło w miejscu.
Zapomniany raport NIK
Wspomniane patologiczne sytuacje nadal będą miały miejsce, jeśli nie stworzy się przejrzystych kryteriów wprowadzania produktów leczniczych do wykazu leków refundowanych. O tym problemie, stwarzającym duże zagrożenie korupcyjne mówi się od lat. W 2004 r. ukazał się raport Najwyższej Izby Kontroli o wynikach kontroli funkcjonowania systemu tworzenia wykazu leków refundowanych. Już wówczas wskazano, że nie były przestrzegane podstawowe unormowania prawne co do sposobu składania wniosków o umieszczenie produktów leczniczych w wykazach leków refundowanych, trybu i terminów rozpatrywania tych wniosków.
Nieprawidłowości stwierdzono zarówno na etapie rozpatrywania wniosków od strony formalno-prawnej, jak i ustalania cen urzędowych na produkty ujęte w wykazach leków refundowanych. Skutkiem tego było niegospodarne i nieuzasadnione wydatkowanie środków z ubezpieczenia zdrowotnego przeznaczonych na refundację cen leków, których roczne koszty wynosiły ok. 20 proc. ogółu kosztów świadczeń zdrowotnych.
Przeniesienie przez Ministra Zdrowia (od 01.12.2002 r.) obsługi organizacyjno-technicznej Zespołu do Spraw Gospodarki Lekami z Departamentu Polityki Lekowej w MZiOS do Urzędu Rejestracji Produktów Leczniczych, Wyrobów Medycznych i Produktów Biobójczych, NIK oceniła również jako działanie niecelowe. Realizacja procedur rejestracyjnych i procedur tworzenia wykazów leków refundowanych przez tę samą jednostkę organizacyjną może bowiem stwarzać warunki sprzyjające powstawaniu korupcji. Kontrola wykazała, że nie prowadzono ani odrębnego rejestru wniosków o umieszczenie preparatów na listach leków refundowanych, ani systemu monitorowania zapewniającego wewnętrzną kontrolę przestrzegania ustawowych terminów rozpatrywania tych wniosków. Ministerstwo generalnie nie przestrzegało ustawowych terminów rozpatrywania wniosków o ustalenie cen urzędowych oraz wniosków o umieszczenie danego środka na listach leków refundowanych. Nie informowało też wnioskujących o umieszczenie nowych substancji czynnych na listach o przyczynach nieuwzględnienia wniosków.
Projekty rozporządzeń dotyczące wykazów leków refundowanych nie były poprzedzane rzetelną analizą skutków finansowych proponowanych zmian (brak wiedzy o faktycznych danych finansowych dotyczących ilościowej i wartościowej refundacji), a tym samym nie spełniały wymogów ustawy o finansach publicznych.
Nie były przestrzegane przepisy Kodeksu postępowania administracyjnego dotyczące wyłączania osób, budzących uzasadnione wątpliwości co do ich bezstronności - od udziału w postępowaniu rejestracyjnym.
NIK oceniła dokonywanie wpisu do rejestru preparatów nieposiadających kompletnej, wymaganej ustawowo dokumentacji, jako działanie nielegalne. Krytycznie oceniła też zobowiązanie do dodatkowych czynności (po dopuszczeniu leków do obrotu), jako że nie były one obwarowane żadnymi sankcjami w przypadku niewywiązania się strony z nałożonych zaleceń.
Stosowane praktyki przy rejestrowaniu środków farmaceutycznych i materiałów medycznych świadczyły ponadto o nierównym traktowaniu podmiotów będących stroną postępowania rejestracyjnego.
Minęły trzy lata i raport NIK poszedł w niepamięć. Obecnie na wniosek nowego ministra zdrowia Ewy Kopacz, która uważa, jak mówi w rozmowie z "Gazetą Finansową" Julia Pitera, że reguły w tej kwestii są zupełnie niejasne, Najwyższa Izba Kontroli rozważa, by w ramach kontroli budżetowej rozszerzyć ją o sprawdzenie przestrzegania procedur przy tworzeniu list leków refundowanych.
Sylwester Latkowski, Gazeta Finansowa, nr 48/2007 |