Bokiem przeszedł tekst w Trybunie Marka Czarkowskiego „Nie ruszajcie Stelli Maris”, który zwracał uwagę na ważny aspekt w tej aferze. „Wbrew temu, co często można przeczytać – (Stella Maris – od aut.) nie była u swego zarania spółką z o.o., lecz powołanym dekretem biskupa gdańskiego Tadeusza Gocłowskiego z dnia 10.01.1989 r. Wydawnictwem Archidiecezji Gdańskiej Stella Maris. Dyrektorem tej firmy był ksiądz Zbigniew B., a jego zwierzchnikiem abp Tadeusz Gocłowski. Postać na Wybrzeżu bez wątpienia wpływowa.
Ale istniało też Wydawnictwo Archidiecezji Gdańskiej Stelle Maris spółka z o.o. z siedzibą w Sopocie, ul. Abrahama 41/43. Działająca zgodnie z przepisami kodeksu spółek handlowych od dnia 30.07.2001 r. (repertorium A nr 2014/2001).
Jedynym jej udziałowcem była parafia katolicka pw. św. Bernarda w Sopocie. Prezesem owego podmiotu był znany nam wcześniej ksiądz Zbigniew B. Łatwo to sprawdzić (…)
Wszak w przeszłości prokuratura i Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego twierdziły, że kościelna fabryka lewych faktur działała w latach 1999 – 2000. Zatem mówili o firmie, która nie posiadała osobowości prawnej i była częścią archidiecezji gdańskiej, a nie o późniejszej spółce z o.o.!"
Abp. Sławoj Głódź uzyska dostęp do wiedzy skrytej pod biskupią sutanną, dzięki czemu stanie się posiadaczem haka na niepokornych. Wystarczy, że zdecyduje się upuścić trochę krwi abp. Gocławskiemu i kilku znaczącym trójmiejskim postaciom, by uzyskać posłuszeństwo i na głos wyrażany szacunek. |