Obecnie, po akcji ABW, w czasie której został zatrzymany, rozmówcy niechętnie przyznają się do kontaktów i znajomości z Aleksandrem Lichockim. Z konieczności (tajemnica dziennikarska) milczałbym i ja na ten temat, ale kiedy usłyszałem jak chwali się dziennikarzom z kim to on się nie spotykał, uznałem, że Lichocki upadł na głowę, bo rzadko informator sam się demaskuje i zwalnia dziennikarza z tajemnicy zawodowej. Ale nie tylko ten fakt powoduje, że pragnę szerzej napisać o kontaktach z Lichockim. Wielu dziennikarzy powinno dokonać kwerendy swoich kontaktów z Aleksandrem Lichockim, by nakreślić wreszcie jego prawdziwy portret. Kim naprawdę jest Lichocki? Jakie zadania realizował w ostatnich latach w mediach? Ile prowokacji, zadań, udało mu się zrealizować dzięki mediom?
Moje kontakty z płk Aleksandrem Lichockim są ubogie. Nie zdążyliśmy przejść na „ty” jak uczyniło to z nim wielu dziennikarzy. W czasie programu „Konfrontacja” w pierwszej połowie roku 2006 odbyłem z nim tylko trzy spotkania. Zachęcił mnie do nich dziennikarz, z którym współpracowałem przez pewien okres. Lichocki był przekonany, że nie wiem z kim się spotykam, gwarantować miał mu to organizator spotkania, chwalił się tym ostatnio w rozmowach z dziennikarzami „Dziennika,” wspomniała mi o tym Anna Marszałek. (Wymienił wówczas wielu dziennikarzy, z którymi się kontaktował). Rzeczywiście Lichocki i dziennikarz mogli tak myśleć. Niestety pułkownik był na tyle popularną postacią, że jeden z dziennikarzy uświadomił mi kim jest osoba „bawiąca się w super tajemniczą postać o wszechpotężnej wiedzy o kulisach działania tajnych służb w Polsce.” Znał dobrze zażyłość dziennikarza z Lichockim. Ów dziennikarz krył tożsamość Lichockiego nie tylko przede mną, ale też innymi osobami, z którymi współpracował. Dla mnie miał być on tylko „panem Olkiem”.
Lichocki znał Macierewicza i jego ludzi?
Aleksander Lichocki w czasie spotkań budował obraz człowieka o dużej wiedzy i szerokich kontaktach, wręcz wpływach na decydentów. O Maciarewiczu, mówił Antoni. Przy mnie zadzwonił na jego telefon komórkowy. Numer do szefa komisji weryfikacyjnej otrzymałem właśnie od niego. Prawdziwy, jak później sprawdziłem. Nie dodzwonił się jednak. Natrafił na automatyczną sekretarkę. Do dzisiaj nie wiem, czy blefował, czy naprawdę był wówczas w tak dobrych stosunkach jak wynikało to z rozmowy. Dziennikarz, który zorganizował spotkanie z Lichockim do dzisiaj twierdzi, że wówczas (połowa 2006 roku) pułkownik był związany z „towarzystwem Macierewicza.” Fakt jest jednak taki, że niby dobre stosunki z Macierewiczem nie uchroniły go od znalezienia się w raporcie weryfikacji WSI.
Na pewno Lichocki miał dobry kontakt z jednym z dostojników kościelnych, z którym bez problemu połączył się telefonicznie i umówił się z nim następnego dnia na poranną kawę. Rozmowa dotyczyła powiązań tegoż dostojnika kościelnego z ludźmi zajmującymi się devloperstwem w Warszawie.
Papała to czuły punkt Lichockiego
Jedno ze spotkań dotyczyło sprawy zabójstwa generała Marka Papały. Aleksander Lichocki wykazywał szczególne zainteresowanie tym tematem. Jak twierdzili moi informatorzy pułkownik Aleksander Lichocki na miesiąc przed zabójstwem generała Maraka Papały miał spotkać się z pułkownikiem Janem Bisztygą i rozmawiać o zagrożeniu dla byłego komendanta głównego policji. Wkrótce okazało się, że Lichocki zaczął mnie unikać, a dziennikarzowi, który zorganizował spotkanie ze mną zrobił scenę, że rozpytuję o niego na prawo i lewo.
- Gumka myszka – powiedział Lichocki do dziennikarza, grożąc, że wymaże go ze swoich kontaktów.
Dla dziennikarza był na tyle cennym źródłem informacji, że po rozmowie ze mną nasze stosunki ochłodły.
Lista zleceń Lichockiego
Od początku pułkownik Aleksander Lichocki nie wzbudzał mojego zaufania, mieszał prawdziwe fakty, często pozyskane z gazet a nie z archiwów tajnych służb, z kłamstwami. Należało uważnie go słuchać i oddzielać ziarna od plew, zakładając, że więcej będzie w tym brudu, manipulacji, niż prawdy.
Pułkownikowi Aleksandrowi Lichockiemu zależało by upowszechniać niby wiarygodne informacje, które miały skompromitować Marka Borowskiego, Zbigniewa Bębenka (Prezesa ZPR), Ireneusza Wilka (byłego Generalnego Inspektora Kontroli Skarbowej w rządzie Jerzego Buzka, obecnie pełnomocnika rodziny Olewników), płk Zenona Bilewicza (zastępcę szefa wywiadu w latach 2002-2005), płk Janusza Luksa (W latach 90. kierował wywiadem Urzędu Ochrony Państwa.), gen. Jana Podgórskiego (byłego szefa wojskowego szpitala na Szaserów), płk Romana Kurnika, Włodzimierza Jermanowskiego, Zdzisława Skorże (obecnego v-ce szefa ABW), Mirosława Rusinowicza, płk Afekta, gen. Zbigniewa Nowka (byłego szefa AW)
W pierwszej połowie 2006 roku najważniejsza dla pułkownika Aleksandra Lichockiego była jednak postać Marka Borowskiego. To on w czasie spotkań stawał się najważniejszym negatywnym bohaterem jego opowieści.
- Kto dał zlecenie Lichockiemu na Borowskiego? – zapytałem po kolejnym spotkaniu z dziennikarzem, który dostarczył mi nowe informacje od pułkownika. – Chcą utracić Borowskiego, by wpłynąć na wybory prezydenckie.
Wówczas Marek Borowski, po wyborczej porażce jako przewodniczący SdPl uczestniczył w 2006 w tworzeniu koalicji Lewica i Demokraci celem wspólnego udziału w wyborach samorządowych. W tych wyborach ubiegał się o stanowisko Prezydenta Warszawy. Ostatecznie zajął trzecie miejsce, przegrywając z Kazimierzem Marcinkiewiczem i Hanną Gronkiewicz-Waltz.
Nie skorzystałem „z rewelacji Lichockiego.”
Kto wprowadził w środowisko dziennikarskie Lichockiego?
Pułkownik Aleksander Lichocki był przez wiele lat dla dziennikarzy informatorem, z niektórymi zbliżył się na tyle blisko, że mówiono o wzajemnej przyjaźni. Patrząc z perspektywy czasu na jego kontakty z dziennikarzami, poznając kolejne nazwiska, śledząc publikacje prasowe, można odnieść wrażenie, że pułkownik Lichocki był jednym z aktywniejszych ludzi dawnych służb w mediach.
Dziennikarz Leszek Misiak jest jednym z tych, który nie wypiera się kontaktów z Aleksandrem Lichockim, już w 2007 roku wspominał w Gazecie Polskiej , jak działał:
„W końcu marca 2004 roku, gdy pracowałem w "Superexpressie" zadzwonił do mnie mężczyzna, który powiedział, że ma dla mnie informacje o tajemniczym wypadku syna Bronisława Komorowskiego, który został potrącony, gdy przechodził po pasach na zielonym świetle. Twierdził, że potrącił go mercedes jednego najbogatszych Polaków, który jechał w obstawie dwóch lancii BOR z pokazu Ferrari w hotelu Victoria. Syn Komorowskiego został ciężko ranny. Informator bardzo dokładnie zrelacjonował przebieg zdarzenia, od czasu wyjścia syna posła z Filharmonii w towarzystwie dziewczyny i kolegi. Według niego śledztwo tuszowano, a nagranie z monitoringu skrzyżowania ulic Marszałkowskiej i Świętokrzyskiej, gdzie doszło do tragedii, urywa się dziwnym trafem tuż przed najechaniem auta na chłopca.
Poinformował mnie, że Bronisław Komorowski był czasie wypadku w Finlandii, a gdy wrócił zadzwonił "wściekły" do komendanta stołecznego policji, Siewierskiego, że policja nic nie robi. Podczas kilku spotkań informator nie tylko w szczegółach zrelacjonował przebieg przesłuchań dotyczących wypadku, ale skontaktował mnie z pełnomocnikiem Komorowskiego w tej sprawie mec. Maciejem Bednarkiewiczem. Spotkałem się z mecenasem. Byłem jedynym dziennikarzem, który posiadał informacje w tej sprawie. Ówczesny premier, Józef Oleksy, pytany przez Monikę Olejnik, skąd były auta eskortujące mercedesa, odpowiedział, że z Urzędu Geodezji i Kartografii. Sprawa wypadku, jak się dowiedziałem, nigdy nie znalazła finału w sądzie.
W tamtym czasie nie wiedziałem kim jest ów informator, jego nazwisko nic mi nie mówiło. Przedstawiał się jako lobbysta, mówił, że często bywa w Sejmie, kiedyś nawet spotkałem go przed Sejmem. Prawie dwa lata później dowiedziałem się, że to pułkownik WSI, były szef Zarządu I Szefostwa WSW, Aleksander L.”
Leszek Misiak w rozmowie ze mną wspomina kilka spotkań z Lichockim, zapamiętał go jako miłośnika czerwonego sok grejpfrutowego. Ulubionym miejscem spotkań było pięterko w restauracji „Bez Kantów” przy ulicy Królewskiej. Lokal ten uchodził za „knajpę ludzi WSI”.
- Kłaniali mu się tam w pas – mówi Leszek Misiak. – Kiedyś widziałem jak witał się z zarządem Orlenu, czym nie omieszkał się pochwalić. Kontakty z nim się ucięły, gdy zacząłem go wypytywać o ludzi WSI w TVP.
W czyim imieniu Aleksander Lichocki prowadził ożywione kontakty, często je inicjując, z dziennikarzami? To pytanie, na które nie znamy odpowiedzi, jak i na kolejne - Kto wprowadził pułkownika Aleksandra Lichockiego w środowisko dziennikarskie, na pewno nie był to Wojciech Sumliński? Sumliński poznał Lichockiego już jako zaufanego informatora innych dziennikarzy. |