 Wczoraj budzę się przed piątą rano, po czterech godzinach snu. Oczy przekrwione. Pieczą rozgrzanym piaskiem. Nie wiem czy ze zmęczenia, czy z powodu alergii. Schodzę do samochodu po tabletki. Wracam, ponownie wchodzę do łóżka, ale bezskutecznie próbuję usnąć. Biegam bezmyślnie po bezmyślnych niemieckich programach telewizyjnych, proponujących głownie seks na telefon. W sam raz dla samotnych w hotelowych łóżkch.
|
Do Berlina dojechaliśmy o 21. W hotelu czeka już ekipa realizacyjna teledysku Michała Wiśniewskiego. Zrzucamy tylko bagaże i schodzimy na spotkanie produkcyjne. Siadam z boku. Krzysztof Gromek robi kilka ujęć. Na podbiciu. Warunki oświetlenia fatalne, nie ma jak rozłożyć światła w hotelowym barze, wypełniającym się coraz bardziej gośćmi spragnionymi piwa. Whisky piją tylko Polacy, czyli my. Zresztą nie liczę na odkrywczą dyskusję. Ciekawiej się robi, gdy co jakiś czas Wiśniewski z kilkoma palaczami wychodzi na papierosa. W barze hotelowym obowiązuje zakaz palenia. Stoimy przed wejściem hotelowym. Dobry klimat na rozmowę. Przez chwilę się zastanawiam, czy nie porozmawiać z Michałem do kamery. Rezygnuję jednak. Ani ja, ani on nie czujemy się na siłach, by zacząć mówić o sześciu latach, jakie minęły od Gwiazdora.
- Koniec zdjęć na dzisiaj - oznajmiam.
Operator wreszcie może się przyłączyć do nas i napić.
Rano, mając za sobą trzy godziny snu, zjawiam się na planie i zostaję na nim do czwartej nad ranem. Podchodzę kilka razy do rozmowy z Michałem, ale nijak nie potrafię przedrzeć się przez jego pancerz zmęczenia, przemilczeń, nieufności, niechęci do drażliwych wspomnień i tematów. Obaj zresztą uważamy, że na prawdziwe rozmowy przyjdzie czas. Musimy na nowo oswoić się ze sobą. Przyzwyczaić. Poznać. Każdy z nas jest już trochę innym człowiekiem. |