Mojej ukochanej córce - Kaji
***
Zbieżność zdarzeń i osób
w niniejszej powieści
z rzeczywistymi jest przypadkowa.
Gdzieś na wschodzie Europy.
I.
_____________________________________________________________
1.
Wytrwałość w tym miejscu znaczyła więcej niż odwaga. Wytrwałość była potrzebna aby wytrzymać skuwający, przenikający na wskroś ciało iłamiący wszystko na kawałki mróz, przetrwać napadające, pojawiające się nagle, z najmniej oczekiwanej strony, watahy okolicznych band i jeszcze bardziej groźne patrole mend1. Pas nadgraniczny był wydzielonym terytorium od resztyświata, rządził się własnymi prawami.Śmieszyły i wzbudzały litość, na początku zgorszone, pełne wzburzenia, by po chwili przejść w rozpacz, twarze ludzi, którzy nic nie rozumieli z tego, co widzieli, a w czym przez własną głupotę, naiwność, brak wyobraźni, utkwili na dobre. Dzisiejszego dnia kolejka mierzyła trzy dni oczekiwania.
- Co drugi pyta, czy wyjdzie z tego martwy czyżywy. A jeśli przetrwa, obawia się,że zwariuje - wypowiedziałem na głos swoje myśli, wypychając z głowy pierwsze okruchy szaleństwa, jakie przenikało do mojego odrętwiałego mózgu. Wskazówka zegara leniwie obwieszczała,że mija czwarta godzina postoju. Dopiero czwarta! Za godzinę powinien zapaść mrok, a powietrze zamieni się w zmrożone kawałki waty, które podczas każdej próby połknięcia - bo przecież trzeba czymś oddychać - wywołają piekący ból w płucach. Zerknąłem na wskaźnik paliwa, bak wypełniony był w połowie benzyną, co po odliczeniu potrzebnej dawki do przejechania powrotnej drogi, stu kilometrów, gwarantowało,że jeszcze przez kilka godzin, ewentualnego oczekiwania, kabinę będzie wypełniała ciepła, sucha, drażniąca swoją chropowatością gardło atmosfera.
Pamiętam jak sześć lat temu pojawiłem się w tym miejscu po raz pierwszy; zbliżając się do niego zmniejszyłem prędkość jazdy; poruszałem się ostrożnie i ani przez chwilę nie przestawałem być czujny. Mijałem kilkukilometrowy sznur pojazdów, dwukrotnie zostałem zatrzymany przez patrol policyjny, który za dziesięciodolarową opłatą nie zawrócił mnie na koniec kolejki, i przyglądałem się twarzom ludzi - nieruchomym, porytych zmęczeniem i apatią. Większość spała snem przerywanym, co kilkadziesiąt minut, aby przetoczyć samochód kilka metrów dalej; silnika nikt nie zapalał, chcąc zaoszczędzić paliwo. Zastanawiałem się, o czymśnią? O czym ja bymśnił, gdyby nie było mnie stać nałapówki, dzięki którym oczekiwanie skracało się do godzin a nie dni? Prawdopodobnieśniłbym o ostatnim szlabanie, który uchylał się w górę i pozwalał na dociśnięcie pedału gazu na pustej drodze.
Kiedy dotarłem przed pierwszy graniczny posterunek poczułem się jakbym był już po drugiej stronie granicy, odprężyłem się, przysłuchiwałem się polskiej radiostacji radiowej, i wtedy wydarzyło się coś, co wydawało się być nocnym koszmarem a nie rzeczywistością dziejącą się w jasny słoneczny dzień.
Przede mną stała kremowa Łada Samara z przyciemnianymi szybami, od wielu minut nie ruszała się do przodu, pomimo, że przed nią była wolna droga; nie mogłem jej wyminąć, po lewej stronie ciągnął się wąż samochodów, a żaden kierowca w tym kraju, a już w ogóle w tym miejscu, nie przepuści drugiego kierowcy. Odwróciłem się do tyłu, za mną stał sznur pojazdów, ale nikomu ta sytuacja nie wydawała się ciążyć - wszyscy spokojnie czekali, ażŁada ruszy do przodu. Prawdopodobnie, dlategoże nie byłem stąd, jako pierwszy opuściłem swój pojazd i postanowiłem sprawdzić, co się dzieje. Podszedłem do drzwi kierowcy, ale poza ciemnymi sylwetkami dwóch ludzi niczego nie mogłem dostrzec. Zapukałem w szybę, nikt nie odpowiadał. Rozejrzałem się wokoło, szukając pomocy albo poparcia w tym, co chciałem za chwilę zrobić. Byłem jednak zdany tylko na siebie. Otworzyłem drzwi, nachyliłem się i wsunąłem głowę do wnętrza kabiny; przed oczami miałem ciało dwudziestokilkuletniego mężczyzny, z głową odchyloną do tyłu i podciętym głęboko gardłem. Jego partner, siedzący obok na przednim fotelu, znajdował się w takiej samej pozycji; ciętą podłużną ranę na szyi miał mniejszą. Obaj nieżyli; krew jeszcze nie zdążyła zakrzepnąć. Oszołomiony cofnąłem się do tyłu, obróciłem się i rzuciłem na przejeżdżający obok samochód, chcąc go zatrzymać. Pojechał dalej. Za nim podążały następne. Ich pasażerowie z nieruchomymi twarzami patrzyli na mnie i na trupy wŁadzie. Podbiegłem do stojącego za mną starego Forda Granadę. Kierowca zasunął szybę i patrzył na mnie tym samym nieobecnym wzrokiem co reszta. Przebiegłem obok kolejnych samochodów, wszędzie natrafiałem na mur obojętności.
Straciłem całkowicie panowanie nad sobą i zacząłem biec w stronę policyjnego patrolu, który stał dwieście metrów dalej. Biegłem,łapiąc gwałtownie powietrze i czując, jak po ciele spływa pot. Kiedy wyraźnie ujrzałem radiowóz i stojących przy nim policjantów, rozmawiających z dwójką młodych mężczyzn, zwolniłem bieg, aż nagle stanąłem.
W moim umyśle gorączkowo przebiegły obrazy, cofające mnie do chwili, kiedyŁada jeszcze powoli podążałaśladem innych samochodów. W czasie jednego z krótkotrwałych postojów, na teren odprawy granicznej wpuszczano po pięć pojazdów, w kilku minutowych odstępach czasu, do kremowej Samary weszło dwóch krępych, o bokserskich szczękach, dwudziestolatków w ortalionowych dresach i ciemnych amerykańskich okularach lotniczych. Byli to ci sami mężczyźni, którzy teraz prowadzili przyjacielską pogawędkę z policjantami, nie wyglądali na obcych sobie ludzi. Jeden z morderców obrócił głowę w moją stronę, byłem przekonany,że rozpoznał mnie; stał nieporuszony, nie zamierzał uciekać, to ja pomyślałem o tym i zawróciłem.
Zająłem miejsce za kierownicą swojego samochodu, zapaliłem silnik i cofnąłem się do tyłu, następnie odczekałem na dogodny moment i zajechałem drogę zielonemu Moskwiczowi, niemal doprowadzając do kolizji. Kierowca zaczął trąbić, ale ja nie zamierzałem ustąpić; chciałem być jak najdalej od tego miejsca. Myślę,że uciekałem od pierwszej przerażającej prawdy jaką poznałem o kraju, w którym miałem stać się częstym gościem.
Przekręciłem głowę na prawą stronę. W odległości ośmiu metrów przed drewnianą budą, na której zawieszono szyld "Zapiekanki", ponownie pojawił się dwudziestokilkuletni chłopak, w grubych bawełnianych dresowych spodniach i czarnej lotniczej kurtce podszytej jagnięcym kożuchem, nogi obute były w czarne koszykarskie "najki"2. Krótko ostrzyżoną głowę uwieńczała granatowa sportowa czapka z ledwością zakrywająca uszy. Gołe zmarznięte ręce chronił w płytkich kieszeniach kurtki.
- Jak myślisz, czy ten misiowaty gość jest Polakiem czy Ruskiem? - zapytałem jedyną "żywą" osobę, poza mną, jaka znajdowała się w kabinie. Fryc zdążył w drodze na granicę opróżnić samotniećwiartkową butelkę wódki, nurkując w sobie tak głęboko,że już dalej nie można; głowa zapadła mu się w ramionach; przypominał przetrąconego stracha na wróble.
Władik, siedzący na miejscu kierowcy, popatrzył na mężczyznę, który wystawiał się na mordercze działanie zimy. Na jego twarzy rysowała się coraz większa rezygnacja, która wypierała wcześniejszą determinację. Z rozpaczą przenosił ciało z lewej na prawą nogę i odwrotnie, co miało zapewnić mu krążenie krwi w sztywniejącym ciele. Zgodnie z moimi oczekiwaniami, usłyszałem:
- Polak.
Zapadło długie milczenie. Władik ponownie skurczył się i wbił głęboko w fotel, kierując wzrok przed siebie, na pustą drogę, którą czasem przemierzały objuczone pakunkamiŁady, Moskwicze,Żyguli, autobusy i tiry; wszystkie pojazdy pokrywała biała, miejscami cienka albo grubsza, warstwa lodu; nie mogłem pozbyć się uczucia zadziwienia,że to skorodowaneżelastwo posiadało możliwość przemieszczania się do przodu.
- Idę się przejść - rzekłem i otworzyłem drzwi.
Na zewnątrz natknąłem się na niewidzialnąścianę. Aż przystanąłem z wrażenia. Wykonanie kilku kroków wymagało stoczenia walki z naturą, która uświadamiała swoją siłę i moc, a moją słabość. Skłaniało to do pokory takiego mieszczucha, jak ja.
Mężczyzna zerkał w moją stronę, starając się swojej zesztywniałej twarzy nadać maskę naturalnej obojętności i tego czegoś, czemu najbliżej było do niewinności. Mijając go otarłem się o jego masywne ramię. Przewyższał mnie o głowę. Nie zareagował, jakby czymś naturalnym było to,że każdy kto przechodzi obok ociera się o jego ciało. Chwyciłem metalową klamkę u drzwi do budy z zapiekankami; niczym rzep kłującym szronem przytrzymała moją dłoń i nie poddawała się naciskowi w dół. Po dobrej chwili, siłowania się z nieustępliwą materią, wreszcie udało mi się otworzyć drzwi i wejść dośrodka.
Z rozczarowaniem stwierdziłem, że w pustym pomieszczeniu dwa na dwa metry, z wąską półką zawieszoną na ścianie służącą za miejsce, na którym można postawić serwowane tu dania, było niewiele cieplej niż na zewnątrz. Wyposażenie lokalu ograniczało się do pękniętego, białego, upstrzonego brudem, plastikowego kubła naśmieci. Drugą część oddzielała cienka oszklona w połowieścianka działowa, za którą siedziała sześćdziesięcioletnia albo starsza babina, opatulona w chustę i wytarty bordowy płaszcz, z baranim kołnierzem. Niewielkiżarowy elektryczny piecyk, jaki stał obok niej, dawał jedynie tyle ciepła,że nie zamieniła się w sopel lodu.
- Chłodno - rzekłem, zamiast przywitania.
Babcia nawet nie drgnęła powiekami. Jej nabrzmiały czerwony nos oskarżał mnie za usiłowanie zakłócenia leniwego spokoju, jaki tutaj panował. Każdy ruch, związany z pojawieniem się nowego klienta, narażał na ogromny wysiłek i oznaczał utratę kolejnych gramów ciepła.
Spojrzałem na rząd butelek wódki "Puszkin", "Rasputin" i "Moskiewskaja" obok których stała butelka miejscowej lemoniady i puszka Coca-coli. Nad nimi znajdował się rządek papierosów i tabliczka izraelskiej czekolady oraz wafelek tej samej marki. Na wprost, przed oczami miałem białą kartkę z odręcznie wypisanym jadłospisem. Szybko przetłumaczyłem: Zapiekanka z serem, zapiekanka z serem i pomidorem, zapiekanka z serem, pomidorem i kiełbasą. Ta ostatnia pozycja była najdroższa i przekreślona. Lokal oferował także kawę. Jaką? Z ekspresu, naturalną czy rozpuszczalną? O to mógł się tylko spytać ktoś kto znalazł się w tym miejscuświata po raz pierwszy.
Zamówiłem dwie kawy i dwa izraelskie pomarańczowe wafelki. Po bulgocie wody, jaki dobiegł moje czerwieniejące uszy, domyśliłem się,że lokal posiada automat do parzenia kawy, potocznie zwanym "ekspresem".
-Śmietanka, jest? - zapytałem z nadzieją, czasami i tutaj można było zostać zaskoczonym czymś przyjemnym.
- Skończona - odpowiedziała babina, kierując ku mnie obłoczek skroplonego powietrza. Mgiełka zakryła jej ciemne szparki, w których kiedyś musiały znajdować siężywe oczy.
Podziękowałem i wyszedłem na zewnątrz. Stalowoszare Audi 80 drgało zmagając się z oplatającymi je mackami mrozu. Sądząc po odkładającym się warstwa po warstwie szronie na karoserii i oknach wynik był z góry do przewidzenia, klęska ludzkiej myśli i wyobrażeń o swojej wszechpotężnej mocy. Dwadzieścia sześć stopni poniżej zera uczy pokory. W nocy temperatura miała spaść do trzydziestu.
Szturchnąłem mężczyznę w lotniczej kurtce w prawe ramię. Bez słów zaproponowałem plastykowy kubeczek parującej kawy. Ten wpierw spojrzał na mnie, jak na nieziemską istotę, a potem nieudolnie wymuszając na sobie uprzejmą reakcję, rzekł:
- Nie nada.
Uśmiechnąłem się pod nosem, a raczej lekko prychnąłem, bo na tak wymagający wysiłku grymas, jak ironiczny uśmiech, nie było już stać mojej twarzy.
- Bierz - podsunąłem mu jeszcze bliżej kubeczek.
Po dobrej chwili wyciągnął swoje dużełapska i przejął kawę. W lewą rękę wetknąłem mu wafelek. Przypuszczałem, co chodzi mu po głowie, czego się obawia. Na dachu Audi znajdowała się antena radiotelefonu, identyczną posiadały samochody mend. To,że odezwałem się po polsku, demaskując jego narodowość, wywołało w nim jeszcze większą czujność. Tajniacy to najgorsześcierwo!
Pozwoliłem mu otrząsnąć się z pierwszego wrażenia, przyznam,że bawiła mnie jego reakcja, i po upływie minuty, zapewniłem go,że nie musi się niczego obawiać. Rzeczywiście, samochód i jego kierowca, nie wspominając o pasażerze, może wzbudzać podejrzenia, ale ja chyba nie wyglądam na tajniaka? W odpowiedzi twardo się uśmiechnął. Prawie słyszałem jak pęka mu skóra na twarzy.
Zapadło milczenie. Wymieszałem zawartość kubka i wlałem w siebie płyn, który pozbawiony ożywczego ciepła byłby nie do przełknięcia. Ostentacyjnie zerknąłem na zegarek i bardziej stwierdziłem niż zapytałem:
-Źle wygląda sprawa.
- Sprawa? - udało mu się przywdziać maskę najprawdziwszego zdziwienia; jakby nie rozumiał tego, co powiedziałem; jakbym władał obcym językiem.
Niewiniątko. Zabłąkany turysta, oczekujący na okazję załapania się na jakiś pojazd, który wywiezie go, byle dalej stąd. Prychnąłem pod nosem. Postanowiłem spróbować go podejść jeszcze raz i gdyby ta próba także się miała nie powieść, planowałem zrezygnować, pożegnać się i wrócić do ciepłej kabiny samochodu.
- Dawno przekroczyłeś granicę? Może widziałeś czarną trójkę3?
Przez chwilę walczył z narastającą w nim ciekawością a nieufnością. Nie bez wpływu była chęć przerwania milczenia i odezwania się do kogokolwiek po kilku godzinach samotnego wystawania w tym samym miejscu.
- Zatrzymali ją do kontroli - odparł.
W ten sposób dokonaliśmy pierwszej prezentacji, on i ja wiedzieliśmy, że rozumiemy mowę dla wtajemniczonych, mamy jakiś związek z tym samymświatem; nasz wygląd i fakt oczekiwania po tej stronie granicy jeszcze bardziej utwierdzał w przekonaniu,że swój trafił na swojego. Swojego? A czy ja nie spotykałem się wiele razy z tajniakami, którzy przysiadali się przy barze i w pierwszym wypowiedzianym zdaniu raczyli mnie, nawet dla mnie nie do końca zrozumiałą więzienną grypserą i stekiem przekleństw, a wszystko po to by nie wziąć ich za porządnych obywateli. Przygryzłem język, powstrzymując się przed zapewnieniem,że nie jestem ani agentem ani gliniarzem, mendą, pałą czy, jak mówią nieliczni, policjantem. Czyż nie byłoby tośmieszne wyznanie, które jeszcze bardziej wzmagałoby niepokój i nieufność. Więc milczałem.
- Widocznie kontaktują się z Niemcami - odezwał się po dwu krótkichłykach czarnej cieczy. - Jest na niemieckich blachach4, Frankfurt?
Potwierdziłem.
Trudno mi powiedzieć z całą pewnością, czy nabrał do mnie zaufania, czy po prostu uznał,że jeśli nawet jestem tajniakiem, pijawką, która nie odklei się od człowieka szybko, to i tak nic mu nie grozi z mojej strony.
- Zgaduj zgadula - kto jest gliniarzem, a kto bandytą? - stwierdził z rezygnacją i wyciągnął ku mnie swoją wielką, jak bochen chleba, prawą dłoń - Andrzej.
- Marcel.
Po prezentacji, ogarnął całą okolicę wzrokiem i wzdychając, rzekł:
- Ilekroć przyjeżdżam tutaj myślę: Boże, musiałem trafić w niewłaściwe miejsce.
W duchu przyznałem mu rację, za każdym razem trafiając w to miejsce zadawałem sobie to samo pytanie i następne: Jak cały kraj mógł ulec takiemu zepsuciu? Korupcja policji, służb granicznych, wojska, celników, państwowych urzędników niskiego i wysokiego szczebla była czymś powszechnym i zwykłym. Nikogo już z miejscowej ludności nie dziwiła.
Czyżbym to krytykował? Nie, skądże. Byłem tu przecież i tak jak Andrzej wykorzystywałem panującą sytuację.
Od kilku lat bywałem częstym gościem tego kraju i innych mu podobnych leżących na Wschodzie Europy, szukając fortuny. Każdego dnia byłemświadkiem, jak nikomu nieznani ludzie, dla których pomarańcze były luksusowym owocem, nagle, przeistaczali się w bogaczy. Stawali się posiadaczami niewyobrażalnego majątku. Ze zwykłymi ludźmi niełączyło już ich nic pozaśmiertelnością. Jeśli gdziekolwiek można było wygrać, to właśnie tutaj wydawało się to najbardziej realne miejsce do spełnienia marzenia stania się milionerem.
Doznałem dziwnego uczucia pokrewieństwa z tym trzydziestodwuletnim, moim rówieśnikiem, mężczyzną. Wyczuwałem w nim to samo przekonanie, że życie ucieka nam z prędkością światła, i nie wolno pozwolić na to, aby stać w miejscu, należy chwytać wszystko co się da w swoje ręce. Nie ważna cena. Podejmowanie ryzyka stanowiło wyzwanie. Nie mogliśmy bez tego żyć. Lepiej od razu mieć wszystko, nawet przez pięć minut niż przez całe życie nie mieć nic. W ciągu jednego dnia przeżywaliśmy więcej niż większość w ciągu całego swojego życia. Każdy kolejny dzieńżycia nie mógł być dla nas tylko kolejnym dniemżycia, miał być to cud, dar z niebios. W każdej chwili naszświat mógł się roztrzaskać na drobne kawałki. Byliśmy ludźmi tego samego rodzaju i pragnęliśmy być wszędzie tam, gdzie istniało prawdziweżycie.
Minęły kolejne dwa kwadranse, na dnie kubka kawęściął lód. Andrzej nie przyjął propozycji ogrzania się wewnątrz samochodu. Poszedł na chwilę do budy i wyszedł z niej z butelką "Moskiewskiej" i dwoma plastykowymi kubkami, podtrzymując je lewym ramieniem.
- Trzymaj - wskazał podbródkiem na flaszkę.
Kiedy to uczyniłem, wziął pierwszy kubek z kawą i odlał z niego jedną trzecią płynu, następnie postawił na ziemię, to samo uczynił z drugim. Wziął ode mnie "Moskiewską", odkręcił nakrętkę i dopełnił wódką po sam brzeg kubki. Wznieśliśmy niemy toast. Nasza rozmowa nie przypominała spokojnej powierzchni kryształowo czystego jeziora, a raczej dyskusję o ukrytych treściach w kabale. Każdy z nas przywdział maskę zblazowanego faceta. Ta gra odpowiadała nam obu, relaksowała i oddalała od tego wszystkiego, co znajdowało się wokół nas. Nie bez znaczenia był także wpływ pitej przez nas wysokoprocentowej kawy. Gdzieś na krańcachświadomości tlił się niepokój o to, co działo się obecnie na granicy.
Kiedy pojawiły się ostreświatła Trójki, nie potrafiłem ukryć radości. Samochód zjechał na pobocze i zatrzymał się metr przed maską Audi. Oczy Andrzeja podążyły w kierunku, z którego przybyła Trójka. Tam jednak panowała ciemność. Poklepałem go po ramieniu, krzepiąc go stwierdzeniem,że zaraz doczeka się swoich fur5, i poszedłem w stronę wychodzącego z samochodu kierowcy.
Słuchając jego relacji, co chwila zerkałem na Andrzeja, który nie spuszczał ze mnie wzroku. Przyjrzałem mu się po raz pierwszy dokładniej. Jego postawny wygląd i wysoki wzrost, owalna głowa osadzona na masywnym karku, uwieńczona bujną czarną czupryną wzbudzały respekt. Dysonansem były tylko chłopięce, nieco sangwiniczne rysy twarzy. Potrafił wzbudzić sympatię od pierwszego wejrzenia.
Nakazałem kierowcy Trójki, Verdiemu, o którym Fryc, tak jak o każdym mieszkańcu Ostu6 miał jak najgorsze zdanie, nie wróżąc najlepszej przyszłości Niemcom obciążonym balastem takich skarlałych obywateli, aby wracał do samochodu i ruszałśladem Audi, nie gubiąc z oczu jego tylnychświateł. Ta ostatnia uwaga była zbędna. Chłopak wyglądał na przerażonego, najchętniej zostawiłby tutaj samochód i pieszo wracał do Berlina, a nie zapuszczał się w głąb Dzikiego Wschodu.
- Sprawy się jednak mająźle - rzekłem, gdy powróciłem do Andrzeja. - Jeśli czekałeś na Setkę7 i S-klasę8 to wątpię, czy kiedykolwiek przekroczą tę granicę.
Nie czułem się najlepiej w roli posłańca, przynoszącego złe wieści. Zawodziło mnie moje czarne poczucie humoru; jedyne co mogłem dla niego zrobić to zaproponować mu podwiezienie go do miasta, jeśli nie chce przekraczać teraz granicy, próbując skorzystać z możliwości jaką dawały oczekujące w kolejce samochody. Nocna pora jednak nie zachęcała do takiego wyboru. Mało kto zgodziłby się go wziąć, jako pasażera. Nawet jeśli znalazłby się po drugiej stronie granicy, stanąłby przed kolejnym problemem, dotarcia do najbliższego miasta, z którego istniałyby dogodne połączenia kolejowe i autobusowe do miejsca, gdzie się udawał.
- Wolę zabrać się z tobą - dokonał słusznego wyboru. Wyboru jakiego oczekiwałem.
2.
Nawierzchnia drogi przypominała taflę lodowiska. Zamiast kół nasz pojazd powinien posiadać płozy. Witalik jednak nic sobie nie robił z warunków panujących na drodze. Kiedy patrzyłem na licznik prędkościżołądek podchodził mi do gardła. Nie wytrzymałem wreszcie i poprosiłem Andrzeja, aby poczęstował mnie butelką "Moskiewskiej". Miałem nadzieję,że nie zdążył opróżnić jej całkowicie. Zanim ruszyliśmy, wychylił z gwinta sporyłyk, i tak nasączał się przez całą drogę, z przerwami na papierosa.
Ku mojej uldze, starczyło na pokaźny haust bez pozbawiania Andrzeja jedynego skutecznegośrodka znieczulającego. Już miałem oddać mu butelkę, gdy ujrzałem wyciągniętą rękę Witalika.
Zawahałem się przez chwilę, ale szybko uświadomiłem sobie w jakim strasznym miejscu przebywałem. Miejscu, w którym naprawdę zacząłem i nauczyłem się pić, wcześniej nigdy nie byłem pijany do utratyświadomości, a tutaj coraz częściej się to przydarzało. Przed bitwą każdy rosyjskiżołnierz otrzymywał sto gramów spirytusu i mogło zabraknąć amunicji ale alkohol musiał zawsze być. W Stalingradzie oblężonym przez Niemców brakowało chleba, ale nie wódki. Poznałem pilota, latającego do miast położonych na dalekiej północy, który nigdy bez wypicia dwóch setek czystego spirytusu nie zasiadał za sterami pasażerskiego Tupolewa, inaczej nie byłby w stanie bezpiecznie wylądować bez urządzeń naprowadzających, wśnieżnej zamieci i na oblodzonym pasie startowym. Nie ma innego miejsca naświecie, w którym byłoby tylu specjalistów od leczenia marskości wątroby. W pobliskim szpitalu psychiatrycznym większość pacjentów stanowią alkoholicy a nie schizofrenicy.
Mówią,że alkoholizm wywołuje w człowieku zło. Może odwrotnie? - pomyślałem.
Twarz Andrzeja pokrył ironiczny uśmiech, kiedy odbierał butelkę od naszego kierowcy. Ten jego uśmieszek całkowicie niszczył dobre wrażenie jakie odniosiło się widząc go po raz pierwszy.
- Przyglądałeś się rękom pijącego Rosjanina? - zwrócił się do mnie.
- Nie tak dokładnie jakbyś prawdopodobnie chciał - odparłem pełen najgorszych przeczuć, co do jego intencji.
- Nigdy tak nie drżą jak ręce wlanego Europejczyka. Ale jest coś co pozwala poznać rosyjskiego alkoholika.
Przerwał i uśmiechnął się wymownie patrząc w bok na Witalika, a następnie spojrzał na mnie i rzekł:
- Oddech, tak wstrętnego oddechu u nikogo nie poczujesz.
Zaśmiał się. Popatrzyłem na twarz Witalika - ciągle była nieruchoma. Może powinienem milczeć i pozostawić wszystko biegowi wypadków, ale domyślałem się do czego to może doprowadzić.
- Jego dziadek i babka byli Polakami - oświadczyłem. - Mieli to nieszczęście mieszkać dziesięć kilometrów dalej od nowo wytoczonej granicy. Po prostu komuś przy kreśleniu linii ręka się omsknęła nie w tę stronę, co potrzeba i potem setki tysięcy, miliony ludzi musiało cierpieć za tę pomyłkę. A może pisarz pamiętników Winston Spencer Churchill i Franklin Delano Roosvelt, a może Truman, cholera, nie jestem pewien który, ten pierwszy nie dożył zwycięstwa, więc może ten drugi, mieli tego dnia lepszy humor, napili się rosyjskiej wódki, i tak dobrzy byli tego dnia dla Josifa Wisorionowicza Dżugaszwili, że machnęli ręką na jakiś tam kawałek cudzej ziemi. Podobno mieszkali na niej Żydzi, a skoro ten malarz pokojowy Adolf Hitler zamienił ich w biały dym to, nie było już się właściwie o co kłócić. Przecież nie chodziło o Walię, ani o Alaskę. Niech bierze sobie. Słyszałeś coś o utraconych ziemiach wschodnich? Babka Witalika chciała pieszo wracać do Polski, ale dziadek nie potrafił pozostawić wszystkiego po tej stronie granicy i zaczynać życia od nowa. Są ludzie, którzy bardzo przywiązują się do pejzaży, a ten różni się od nadmorskiego, bo tam by prawdopodobnie się znaleźli, na tak zwanych nowo odzyskanych ziemiach zachodnich. Sentymentalizm jeszcze nikomu nie wyszedł na zdrowie. Zresztą uważał, że i tak za jakiś czas granica zostanie przesunięta, aż po Odrę. Pomylił się, no cóż, nikt nie jest doskonały. Czy wiesz jaką Witalik przeczytał pierwszą w swoimżyciu książkę? "Pana Tadeusza", a potem "Krzyżaków" i "Potop". Innych książek nie było w domu. W gościnnym pokoju na najważniejszym miejscu naścianie wisiała Matka Boska z Dzieciątkiem, a nie jak sądzisz portret tego syfilityka Włodzimierza Ilicza Ulianowa. Jeśli kogoś takiego jak on będziesz nazywał Ruskiem to możesz dostać w pysk. A już nie radzę ci pomylić Litwina,Łotysza, czy Ukraińca z Rosjaninem, możesz z tego nie wyjśćżywy.
- Nie wiedziałem,że aż tak kochasz tutejszych ludzi - odciął się.
Tym razem zmilczałem jego uwagę.
- A do ciebie nic nie mam - zwrócił się do Witalika. - Skąd mi mogło przyjść do głowy,że uważasz się za Polaka. Zapomnij o wszystkim. Zresztą wszystko, co mówiłem dotyczyło Rusków.
Tylkoże dla Andrzeja Ruskiem był każdy kto mieszkał za wschodnią granicą Polski. O tym wiedzieli wszyscy w tym samochodzie. A Rosjanin był dla niego takim Europejskim Murzynem. Poślednia ludzka rasa. Cała jego wiedza o tutejszej ludności brała się z dowcipów i wojennych filmów. Oczywiście należy dodać te kilkadziesiąt rosyjskich słów, które poznał w czasie, gdy obowiązkowo uczyli tego języka w szkole. Wszystko to wystarczyło dla niego, aby mieć wyrobiony pogląd o kraju, w którym się znalazł.
Przed nami rozciągały się rogatki miasta. Miasta, o którym Raymond Chandler mógłby powiedzieć, że tak jak większość miast naświecie jest zmęczone, brudne i nieuczciwe. Nic nieświeciło, ani jedna przydrożna lampa. Każde porządne, wielkie miasto o tej porze wygląda jak potężny transatlantyk, a to zalewie przypominało zakotwiczoną w czarnej czeluści barkę. Poczułem przygnębienie. Nabrałem przekonania,że wjeżdżając do niego wpadam w coś z czego trudno się będzie wywinąć. Nawet gdybym posiadał ekwilibrystyczne zdolności, znał każdy zakamarek najwęższej i najkrótszej uliczki, nie uda mi się uniknąć pułapek, zastawionych przez mroczne siły drzemiące w człowieku. To miasto wzięło mnie pod swoje skrzydła, dało schronienie, ale ciągle czułem,że nie przyjęło mnie jak swego. Wciąż byłem obcy. Moim najpiękniejszym marzeniem, od wielu miesięcy, było otrzymanie wiadomości: możesz wreszcie stąd wyjechać.
Fryc przebudził się i z zaciekawieniem przyjrzał się nieznanemu mu pasażerowi, zajmującemu fotel obok kierowcy. Nie zapytał jednak, kim jest ów gość, milczał, jak przystało na człowieka, który już niejedno widział i nic go nie mogło zaskoczyć. Z Frycemłączyło mnie jedno, konieczność przebywania w tym mieście i marne szanse na wydostanie się z niego w dającej się przewidzieć przyszłości.
- Mendy - oznajmił Witalik.
Po prawej stronie, na poboczu drogi, stał Ford Scorpio, radiowóz podarowany miejscowej policji przez kolegów z Niemiec. Witalik ani przez chwilę się nie zawahał, czy zwolnić, jechał z tą samą szybkością, dużo większą niż obowiązująca w tym miejscu przepisowa prędkość; nie uczynił tego w celu zwrócenia na siebie uwagi, by jadący za nami samochód mógł bezpiecznie, bez kontroli minąć policyjny posterunek; uczynił tak z poczucia wrodzonej obojętności dla przedstawicieli prawa.
- Jadą za wami - odezwał się Andrzej, który przez cały czas obserwował Forda w bocznym lusterku.
Obróciłem głowę w tył - rzeczywiście podążali spokojnym, równym tempem za Trójką, w odległości nie większej niż dziesięć metrów. Przed nami był jeszcze spory odcinek drogi do celu podróży. Miałem nadzieję,że gliniarze, znudzeni martwą porą, jaka panowała na wjazdowej drodze do miasta, postanowili zmienić miejsce patrolowania. Zakładałem także,że ichżołądki przypomniały o swoim istnieniu i wybierali się na spóźnioną kolację. Tylko twarz Fryca miała wyraz jakiegoś fatalizmu i mruczał jakąś germańską przyśpiewkę, przeplatając ją przekleństwem, w tym samym języku.
- A jednak - prychnął głośno.
Radiowóz policyjny włączył koguty, wyminął Trójkę, a następnie zajechał jej drogę.
- Po ptakach - dodał Fryc, wypuszczając głośno powietrze z płuc.
Witalik zerknął we wsteczne lusterko, a po chwili zawiesił na mnie pytające spojrzenie. Kiwnąłem mu głową i powiedziałem,żeby zjechał na pobocze i zatrzymał się.
Dwóch wysokich, o zdrowej posturze umundurowanych mężczyzn stanęło przed drzwiami BMV. W naszej kabinie zrobiło się tak cicho, że doskonale było słychać słowa piosenki o chłopaku, którego zabrali do wojska, i teraz dziewczyna wylewa ze swego sercałzy, tęskni za ukochanym, za spacerami pod czystym niebem pełnym gwiazd i lśniącym księżycem. Kiedy piosenkarka, o głosie zdartym przez kawę, papierosy, alkohol i czas, przede wszystkim przez czas, jeśli kiedyś kochała była to zamierzchła przeszłość,żaliła się,że chłopak nie wrócił iściska obecnie inne ramiona, do innej dziewczyny szepcze czułe słowa, przed oczami ujrzałem obraz, jak z kiepskiego gangsterskiego filmu. Jeden z gliniarzy wyciągnął siłą z samochodu Verdiego. Oparł go o karoserię, jak manekina. Rzucił kilka krótkich zdań. Odczekał i wymierzył mu potężnego sierpowego w brzuch. Nieszczęśnik padł na kolana. Policjant nadal o coś się pytał, na co Niemiec bezradnie kręcił głową. Tym razem do rozmowy włączył się bezczynnie stojący obok, znudzony, drugi funkcjonariusz prawa i kopnął swoją ofiarę w przyrodzenie. Zasyczałem głośno, na samą myśl o bólu przenikającym krocze Verdiego. Ten zwalił się całym ciężarem ciała na asfalt i zwinął w kłębek.
- Nic nie zrobicie? - zapytał zdziwionym głosem Andrzej.
Wszyscy spojrzeliśmy na niego. Poczuł się, jak ktoś kto wszedł bez pukania do sypialni w nieodpowiednim momencie. Z twarzy Fryca wyczytałem,że od tej pory nie będzie miał o nim najlepszego zdania. Witalik z pewnością uznał Andrzeja za kogoś kto ciągle nie rozumie, gdzie się znalazł i o jaką sprawę tutaj chodzi. Nie wyglądaliśmy na kolekcjonerów znaczków pocztowych.
- I znowu kolejny Niemiec będzie miał prawo mówić,że jest to dzikie miejsce - oświadczyłem i zwróciłem się do Fryca: - Spuścisz pięćset?
- Marek?
- Baksów9 - uściśliłem.
- Jesteśświnia, a nie przyjaciel - obruszył się i z kieszeni kurtki wyciągnął paczkę papierosów. Jakimś cudem miał jeszcze Luke Strike, swoje ulubione papierosy; ostatnio musiał zaopatrzyć się w większą ilość kartonów, bo poprzednim razem przez dwa tygodnie chodził podenerwowany, paląc Marlboro, produkowane przez miejscowe zakłady, które z oryginalnymi papierosami miały wspólną tylko nazwę i etykietę.
- To będziesz stratny więcej - odpowiedziałem mu bez urazy. - Chyba,że wziąłeś ją na twarz.
Uśmiechnął się przebiegle. Tego się mogłem spodziewać. Nawet nie przejmie się utratą samochodu, bo to nie on straci pieniądze. Nie musi się lękać,że ktoś go będzieścigał, nie zamierza wyjeżdżać stąd przez dłuższy czas. Istniało małe prawdopodobieństwo,że w ogóle ktokolwiek go będzie poszukiwać. Szanowany niemiecki obywatel, któremu nie starczyło na spłatę rat za nowe BMV i tak będzie usatysfakcjonowany, zgłosi kradzież pojazdu z papierami i kluczykami, gapa zostawił w stacyjce, gdy wyszedł na chwilę po gazetę; wypożyczalnia wypłaci mu odszkodowanie. Spłaci raty i kupi samochód nowszego rocznika. W jakieś poważne związki Fryca z mafią niemiecką nie wierzyłem. W ogóle nie słyszałem o mafii niemieckiej zajmującej się handlem i przemytem kradzionych samochodów. Mafię w Niemczech tworzą Rosjanie, Turcy, Wietnamczycy, Włosi, Chińczycy, Kurdowie, Jugosłowianie i gdzieś pomiędzy nimi nielegalni i legalni emigranci z Polski, ale nie Niemcy, którzy jedynie specjalizują się w oszustwach finansowych i budowlanych, dokonywanych pod szyldem oficjalnie zarejestrowanych firm.
- Wisisz mi dwie setki za Olgę - postanowiłem zajść go od tej strony.
- Setkę - sprostował i wypuścił z siebie kręgi dymu, które powoli rozmywały się w powietrzu. Była to jedna jego z sztuczek, która miała rozsierdzić każdego kto chciał przekonać go do swoich racji.
- Dwie - obstawałem przy swoim, wiedząc,że po mojej stronie leży prawda. Fryc rzadko pamiętał komu i ile jest dłużny. To resztaświata zawsze była mu coś winna. - Myślałeś,że ona przyszła do ciebie po raz drugi z miłości.
Przerwałem, aby nadać więcej dramaturgii i teatralnie parsknąłem, mówiąc:
- Od kiedy to dziwki kochają facetów bezinteresownie? One cię uwielbiają i mówią jaki jesteś dobry i wspaniały w tym w czym i tak nigdy nie będziesz dobry, tak długo dopóki im płacisz lub stać cię na pokrywanie ich rachunków. To rzecz do uzgodnienia. Niektóre nie lubią brać bezpośrednio do rąk, wolą w innej, mniej jednoznacznej, przyjemniejszej formie. Dlaczego ona miałaby cię kochać za darmo?
- Kupiłem jej sukienkę i buty - obruszył się. - Wydałem na to przeszło setkę.
Tego nie wiedziałem. Z politowaniem spojrzałem na niego - Do czego doprowadza mężczyznę przekonanie,że każda kobieta jest zdolna do bezinteresownej miłości, tylko musi natrafić na tego właściwego, wartego jej faceta. Fryc nie miał melancholijnej twarzy wymuskanego blondyna, ale mógł się podobać kobietom. Odrobina dziobowatości nadawała jej wyraz dojrzałej męskości. Słuszny wzrost, przewyższał mnie o pół głowy, także nie był bez znaczenia. Więc nie rozumiałem jego uległej i bojaźliwej postawy względem kobiet.
- Która to już z kolei? Trzecia?
Popatrzył na mnie urażonym wzrokiem: - Ewka z Gorzowa nie brała ode mnie.
- Przeliczyła wartość otrzymywanych prezentów i uznała,że bardziej opłacało się jej brać w naturze niż gotówce. Podobno płaciłeś za jej mieszkanie.
- Za dwa miesiące... - urwał i nerwowo zaciągnął się. Po chwili wyrzucił z siebie ze złością: - Jesteś podły.
Roześmiałem się i podbiłem stawkę:
- Sześćset. No, więc...
- Mówiłeś pięćset - odparł zdumionym głosem.
Gliniarz nachylił się nad Verdim i chwycił go za włosy, unosząc w górę. Coś powiedział i wymierzył kolejnego kopniaka, tym razem w brzuch. Wyglądało to nieprzyjemnie.
- Zakatują twojego wozaka10 - rzekłem. - Jak się długo jeszcze ma męczyć?
- Nie bierz mnie na uczucia. Czy wyglądam na jego ojca? On jest młody i dużo wytrzyma. Dla niego problemem nie jest opuchnięta twarz i siniaki, bo jedno i drugie się zagoi. On martwi się o zapłatę, której nie otrzyma, kiedy ci dwaj bandyci zabiorą mu samochód. Prawdopodobnie, zanim wyjechał zapożyczył się a konto tych pieniędzy. Kupiłżonie nową sukienkę, córce jedną z tych gadających lalek, a sobie nową wiertarkę Boscha. Chłopak lubi majsterkować, własnoręcznie wykonał meble w dziecinnym pokoju. Pokazywał mi je z taką dumą, jakby własnoręcznie postawił dom bez użycia jednego gwoździa. Chłopak ryzykował w czasie całej drogi. Przed przekroczeniem każdego przejścia granicznego zażywał węgiel, aby ze strachu nie dostać biegunki. Ma słabe kiszki. I teraz, kiedy już tak mało mu pozostało do osiągnięcia celu, wszystko okazało się na nic.
- Nie dałeś mu nawet zaliczki?
- Czy ja wyglądam na kogoś kto wierzy w szczęście i uczciwość drugiego człowieka, Marcel?
Popatrzyłem za okno, bandyta w mundurze, który przed chwilą wymierzył Verdiemu kopniaka, położył nogę na jego głowie i dociskał ją do asfaltu, cały czasśmiejąc się do drugiego funkcjonariusza.
- Stracisz nową dostawę Luke Strike - rzekłem. - Po drugie, na tyle ile cię znam, na pewno odejmiesz mu i właścicielowi Trójki część pieniędzy. Jeszcze nikomu nie zapłaciłeś tyle ile powinieneś.
Przerwałem i postanowiłem podbić stawkę:
- Siedemset, a za chwilę nie wyjdę nawet za tysiąc. Tamci nazbyt zmęczą się maltretowaniem twojego wozaka, by zechcieli o czymkolwiek gadać. Widziałeś kiedyś zmęczonych ludzi, którzy rozsądnie myśleli?
- Kurwa, ruszaj dupę i idź z nimi pogadać - poddał się.
Zapiąłem kurtkę pod szyją. Musiałem się teraz zebrać w sobie, mieć uszy i oczy otwarte, nie wolno mi było uronićżadnej chwili, bo inaczej mogłem skończyć jak tamten nieszczęśnik.
- Witalik, nawet niech ci dołba nie przyjdzie nacisnąć pedał gazu i dać w długą - zwróciłem się do niego, na wypadek gdybym musiał salwować się ucieczką. - Obojętnie, co się będzie działo. Nawet jak będą strzelać do was. Stoisz i trąbisz. Niech pobudzą się ludzie w całym mieście. - Rozejrzałem się wokoło, było pusto, Najbliższe zabudowania zamieszkałe przez ludzi były dwa kilometry dalej. - Słyszysz?
Milczał, kiwając głową, co mogłem zinterpretować, jako zgodę lub jako obojętność - mów sobie, co chcesz i tak zrobię swoje.
- Słyszysz?! - powtórzyłem ostro.
- No - wydusił z siebie, jakby miał knebel w ustach.
- Powtórz! Będę czekał, aż wrócisz.
- Będę czekał, aż wrócisz.
Popatrzyliśmy sobie w oczy i kiedy uznałem,że postąpi tak jak mu mówiłem, opuściłem samochód, z którego mogły mnie wygnać tylko samobójcze skłonności. Pokrzepiłem się myślą,że za plecami mam trzech trzymających moją stronę kibiców.
3.
Nie wiedziałem, czy Starszy przeczytał coś więcej niż kolumnę drobnych ogłoszeń, ale to on był szefem. Mówiły o tym jego bezczelne, szczurze oczy, które już wszystko widziały i władcze, pewne siebie ruchy. Jego drewniana twarz miała tylko jeden wyraz - wzgardliwy uśmieszek. Młodszy ciekawie przyglądał się mojej osobie i czekał na to, co się wydarzy; był w tej lepszej sytuacji, że celował we mnie odbezpieczonym Makarowem. Miałem nadzieję, że palec nie omsknie mu się na cynglu i ołowiana kula nie przebije mojej piersi. Wycofać się już jednak nie mogłem, musiałem brnąć krok po kroku do przodu. Czyżby tak miała wyglądać moja ostatnia chwila? Ogarniał mnie pustyśmiech na myśl o drodze, jaką w ciągu kilku lat pokonałem od nauczyciela w wiejskiej szkole podstawowej do gangstera. Jak szybko zapomniałem wszystkie książki, które przeczytałem. Jakłatwo przyzwyczaiłem się do wszystkiego, co kiedyś potępiałem i czym gardziłem. To, co miało dawniej znaczenie przestało je mieć. Coraz rzadziej mówiłem sobie to wolno mi a tego nie można. Stygłem. Całeżycie zaczęło się toczyć, gdzieś poza mną i nie wierzyłem,że mam już na cokolwiek wpływ. Dokąd miała mnie zaprowadzić ta droga?
Podniosłem ręce, poprosiłem, aby mnie obszukali. Starszy kiwnął na Młodszego, aby to uczynił. Trzymając cały czas w ręce broń, lewą obmacał mnie pobieżnie. Uznał,że nie jestem dla nichżadnym zagrożeniem i wreszcie zrezygnował z wymachiwania Makarowem.
- Kim ty, jebana blać, jesteś? - zapytał szef.
- Znajomym - odparłem.
- Nieżartuj - wyszczerzył zęby i popatrzył wymownym wzrokiem na swojego młodszego kolegę, dając do zrozumienia, co o tym myśli.
Uznałem,że najlepiej będzie, jak zmilczę jego uwagę.
- Czyja to maszyna? - zapytał po chwili Starszy.
- Jego - wskazałem głową na zwiniętego, jak skopany kundel, Verdiego.
- Nieżartuj.
- Trachnięta11?
- Nie.
- Nieżartuj - widać był to jego ulubiony zwrot.
- Wszystko z nią jest w porządku.
- Nieżartuj.
Spojrzałem na zegarek, minęła północ. Leżący na ziemi nieszczęśnik w miarę doszedł do siebie, jednak nadal na jego twarzy malował się strach.
- Jeszcze przez dwa dni będzie to najuczciwszy samochód jeżdżący w tym mieście - rzekłem, tym razem wsparłem swoje słowa pewnym siebie głosem i wzrokiem.
- Nieżartuj, dwa dni - prychnął.
Młodszy zawtórował mu równie przyjemnym, wronimśmiechem. Czy każdy gliniarz musi być tak antypatyczny?
- Zdąży wrócić tam, skąd przyjechał. Nie będziesz miał z tego nic, tak samo jak ja. W samochodzie siedzi jeszcze trzech ludzi gotowych zaświadczyć o tym, co tutaj się działo. Ten skatowany chłopak jest niemieckim obywatelem, jutro osobiście pomogę mu dojść do ambasady. To nie twój ziomek, z którym możesz zrobić, co chcesz. To jego policja podarowała maszynę, którą jeździsz. Chyba nie chcesz, aby ten incydent położył się cieniem na przyjaznych stosunkach z Niemcami?
Grałem pewnego siebie faceta, który ma za sobą większość argumentów, choć wiedziałem,że Vernanda nikt nawet siłą nie zaciągnie do swojej ambasady; na niczym mu tak nie zależało jak na posiadaniu czystej kartoteki policyjnej. Nie miałem pewności co do Andrzeja, ale reszta osób na pewno nie miała najmniejszej ochotyświadczyć przeciw komukolwiek; na koniec warto wspomnieć o takim szczególe,że od północy BMV było samochodem poszukiwanym przez niemiecką policję. Dlatego byłem rad, gdy ujrzałem jak twarz Starszego traci niedawne przekonanie o swojej wszechmocnej potędze. Mogłem teraz wyjść z propozycją porozumienia.
- Verdi, ile masz forsy - podszedłem do niego i przyklęknąłem.
Posłał mi ogłupiały wzrok.
- Dawaj, inaczej zostawię cię w rękach tych oprawców - liczyłem na to,że gliniarze nie znają języka niemieckiego. Czy każdy Szkop musi trząść się tak o każdą markę? - pomstowałem w duchu, widząc,że wizja utraty pieniędzy jest silniejsza niż strach przed bólem.
Wsunąłem rękę za jego kurtkę i wyciągnąłem z wewnętrznej kieszeni sfatygowany skórzany czarny portfel, wewnątrz którego znajdowało się zdjęcie młodej kobiety i pięcioletniego dziecka. Zawartość odpowiadała wyglądowi ubrania właściciela, sprawiającego wrażenie taniości. Wyciągnąłem dwie setki i podszedłem do Starszego.
- To za przekroczenie prędkości. Więcej by było, gdyby chłopak mógł stać na własnych nogach.
Gliniarz wziął banknoty i wepchnął do kieszeni spodni; popatrzył na mnie tak,że bez słów wiedziałem, iż jeśli kiedykolwiek skrzyżują się nasze drogi, wówczas nie wyjdę z tego spotkania cało. Zakończy się to moją katastrofą.
Pomogłem powstać Verdiemu i wepchnąłem go na tylne siedzenie, sam zająłem miejsce za kierownicą. Dałem znakświatłami Witalikowi i ruszyłem. Pragnąłem jak najszybciej znaleźć się stąd daleko, na wypadek, gdyby tamci zmienili zdanie.
4.
O godzinie drugiej w nocy siedzieliśmy wszyscy w jednym z nielicznych czynnych o tej porze barów, do którego nie zapuszczał się żaden porządny mieszkaniec tego miasta. Może właśnie dlatego,że przesiadywałem w takich miejscach, nie było mi dane poznać tutejszego porządnego obywatela, który codziennie wracał po ośmiu godzinach ciężkiej monotonnej pracy do domu i jedyną niestosowną rzeczą, na którą pozwalał sobie wżyciu, to oglądanie filmów dla dorosłych nadawanych późną nocą przez telewizję. Lokal mieścił się w piwnicy jednej z kamienic na starym mieście. Front jej został odrestaurowany i odróżniał się od pozostałych budynków, z których dawno poodpadał tynk, aściany pokrywały liszaje. Bogactwo mieszało się tutaj z bylejakością, która miernie naśladowała to pierwsze. Skórzane fotele i sofy były jedyną rzeczą, do której nie można się było przyczepić. Całą salę oblewało błękitneświatło. Klienci rekrutowali się z miejscowych rekieterów12, dobrze zbudowanych chłopców, z kwadratowymi szczękami, o włosach ostrzyżonych na jeża, z których najstarszy liczył sobie około trzydzieści lat; władali częścią terytorium starego miasta. Ten bar stanowił ich biuro, office, jak lubili z angielska mówić. Jedynie ja i Fryc mieliśmy na sobie marynarki, strój pozostałych gości był mniej wykwintny - kurtki skórzane, swetry i bluzy dresowe. Na nogach przeważało obuwie sportowe do gry w koszykówkę. Nikt jednak nie zwracał na nas uwagi, skoro przyszliśmy tutaj z Witalikiem, którego traktowano jak swego.
- Bezpieczniej tutaj niż na ulicy - uspokajałem, wątpiącego w to Andrzeja.
Jak każdy przybysz zza zachodniej granicy nie czuł się w takim otoczeniu swobodnie; jeśli w ogóle istniało dla niego jakiekolwiek miejsce na Wschodzie, w którym mógłby się zrelaksować. Zaproponowałem, aby się rozluźnił i zanurzył w płynące tutaj wartkożycie. Nie panowała tu wprawdzie atmosfera karnawału, ale nie przypominała też smętnych dworcowych poczekalni. Z baru dolatywały dźwięki popularnego przeboju.
Witalik po dwu kwadransach przeprosił nas i pożegnał się. Nad ranem miał zająć się dalszym losem Trójki. Zanim opuścił lokal podszedł do najlepszego stolika w lokalu, usytuowanego w rogu tak,że widoczna była z niego cała sala i wejście; wylewnie wymienił uściski z przysadzistym, o posturze dzika, dwudziestokilkulatkiem, który, jak sądziłem, mianował się przywódcą zgromadzonych tużołnierzy13. Domyśliłem się,że od tej pory znaleźliśmy się pod jego troskliwą opieką.
Przy naszym stoliku opadły już emocje minionej nocy. Nie stało się nic takiego nadzwyczajnego, co byłoby wyjątkowym przeżyciem rzadko zdarzającym się w tym kraju. Fryc i ja moglibyśmy opowiedzieć dziesiątki takich historii. Zestaw dań jakie zamówiliśmy sprowadzał się do litrowej butelki Smirnoffa i mniejszej, Jasia wędrowniczka. Tę ostatnią rozpijaliśmy z Andrzejem. O słonym wędzonymłososiu nie warto wspominać. Po pierwszym wzniesieniu szklanek, postanowiłem wspomócżołądek kotletem z frytkami i mocną kawą espresso, tak, prawdziwe espresso z włoskiego automatu. Nie jest to aż tak dziki kraj. Wypiłem dwie filiżanki. Przyniosło to oczekiwaną reakcję i ponownie byłem w stanie rozróżniać słowa, jakie wokół mnie się wznosiły, płynęły szybko w powietrzu, by nagle zwolnić, stanąć w bezruchu i ponownie się spiętrzyć i wznieść w górę. Tak intensywna rozmowa pochłonęła Fryca i Andrzeja. Głowa Vernanda spoczywała w ramionach, opartych o blat stołu. Wyglądali jak starzy przyjaciele wspominający swoje dzieciństwo, to przekonanie wzmagały wzajemne poklepywania i uściski.
- Tak, Andrzejku - rzekł ojcowskim tonem Fryc, charakterystycznym dla niego, gdy zwiększała się objętość alkoholu w jego krwi. - Człowiek czepia się chwili, aby nie czuć,żeżycie mija bezpowrotnie. Dobiegłeś trzydziestki, ale ciągle próbujesz wystartować.
Wiele razy Fryc zaskakiwał mnie głębokością swoich przemyśleń, tym bardziej,że jego jedyną lekturą, jaką czytał odkąd go poznałem były komiksy i pisma pornograficzne, wśród nich takie, które wzbudzały we mnie szczególne obrzydzenie - zdjęcia dziewczynek z naturystycznych plaż. Jeśli przeczytałem "Lolitę" Nabkova, powinienem go zrozumieć, ale nadal nie mogłem; dziewczynki na jego zdjęciach były młodsze o trzy, cztery lata od tytułowej bohaterki powieści.
Popijanie i gadanie prowadzące donikąd, orzekłem po wysłuchaniu ich kolejnej wymiany zdań. Tym razem zapamiętałem słowa Andrzeja: "Nawet najlepszeżycie ma marny finał.". Całe to gadanie ujawniało pustkę i straszne osamotnienie. Nie mogło doprowadzić do niczego dobrego.
- Nieściemniaj mnie! - nieoczekiwanie krzyknął Fryc.
Jego niedawny przyjaciel aż drgnął i wyprostował się. Oczy naszego Patrona, z narożnego stolika, podążyły ku nam, czekając na dalszy przebieg wypadków. Uśmiechnąłem się do niego i wykonałem gest oznaczający,że wszystko jest w najlepszym porządku.
- Nie pij tyle wódki - zwróciłem się do Fryca. - Zjedz coś, napij się kawy. Poczujesz się lepiej.
- Nie chcę się poczuć lepiej - odparł i spojrzał na mnie pustymi oczyma.
Popatrzyliśmy tak na siebie przez chwilę i rzekłem:
- No, dobra, Fryc, wszystko w porządku, masz rację, ale nic na to nie poradzisz, niczego nie zmienisz dzisiaj ani jutro, musisz uzbroić się w cierpliwość i czekać.
- Nie jestem w stanie już dłużej czekać - odparł zrezygnowanym głosem.
Przeniósł wzrok na kieliszek wódki, następnie na flaszkę, by stamtąd omieść całą salę, w której od godziny trwała nieruchomość. Pozostało tylko kilku niedobitków. Błękitneświatło przywoływało na myśl wygląd sali operacyjnej albo nowoczesnej kostnicy miejskiej. Chłód tego pomieszczenia przenikał kości i wywracał wszystko na wspak - obecność tutaj stawała się uciążliwa
- Wychodzę stąd - oświadczył.
Podniósł się, obudził Vernanda, i razem pod ramię opuścili lokal. Przed kamienicą do rana zawsze stały jedna lub dwie taksówki, więc nie martwiłem się,że obaj utkną wśnieżnej zaspie i zasną w jakimś zaułku. Codziennie gazety donosiły o znajdywanych rano ludziach zamarzniętych naśmierć, którzy zapomnieli drogi do domu albo w ogóle jej nie znali. Ponadto jego niemiecki przyjaciel wyglądał na najbardziej trzeźwą osobę wśród nas wszystkich.
- Kim jest Fryc? - zainteresował się Andrzej.
- Fryc tak naprawdę urodził się w Gdańsku, mieszkał do ósmego rokużycia we Wrzeszczu na ulicy Karłowicza, niedaleko kina "Znicz", gdzie jako dziecko oglądał w nim "Krzyżaków". Potem wyemigrował wraz z rodzicami do Niemiec.
To mu jednak nie wystarczyło, chciał wiedzieć więcej.
- Co tu robi? - zapytał.
- Widziałeś - odparłem.
Postanowiłem wyraźnie dać mu do zrozumienia, że jego ciekawość jest niestosowna i powinna pozostać zaspokojona tym, co usłyszał, widział i co podpowiadała mu intuicja. Andrzej należał do przebiegłych ludzi, skrywających się pod płaszczykiem dobrego przyjaciela. Tacy ludzie o ujmującej powierzchowności są najgroźniejszymi przeciwnikami i najlepiej nie szukać w nich przyjaciół. Lepszym wyborem jest uznanie ich z góry za wroga, by nie przeżyć przykrego rozczarowania i nie umożliwić wbicia sobie noża w plecy. Nabierałem przekonania, że świetnie pasowałby do przebywającego w tym lokalu towarzystwa. Cechowała go ta sama władczość i przekonanie,że wszystko wżyciu da się skrupulatnie wyliczyć i wymierzyć. Dla niego nie było złożonych spraw. Każdy problem dał się rozwiązać w prosty sposób. Jako dziecko musiał lubić torturowanie kotów, którym zapewne obcinał ogon i zrzucał je z czwartego piętra. Pierwszą dziewczynę jaką posiadł zgwałcił, myślącże poszła z nim dołóżka z miłości; krzyk, jaki temu towarzyszył, uznał za oznakę rozkoszy. Obecnie nie kłopotał się losem dwóch wozaków, którym nie udało się przekroczyć granicy i którzy siedzieli w policyjnym areszcie.
Przez moment nabrałem ochoty, by chwycić go za gardło i rzucić na ziemię, wbić kciuk w jego dobrze zarysowaną tchawicę i udusić; nic sobie nie robiłem z tego,że byłaby to walka Dawida z Goliatem; dawałem sobie radę w wielu trudniejszych sytuacjach.
Dużo wysiłku kosztowało mnie nie danie mu odczuć moich myśli. Nie chciałem, aby intryga jaką dokładnie przemyślałem i ułożyłem legła w gruzach tylko dlatego,że nie potrafiłbym pohamować swoich krwawychżądz.
- Załatwisz mi kobietę? - zapytał.
- Kobietę nie, ale dziwkę mogę - odparłem.
Tutejszy patron14, wraz ze swojąświtą zamierzał opuścić lokal, zanim to jednak uczynił, wzrokiem wskazał mi na siedzących, stolik dalej od niego, czterech chłopaków, do których po chwili podszedł. Zrozumiałem,że teraz oddał nas pod ich opiekę. Skinąłem głową, dziękując.
- W jakim hotelu chcesz się zatrzymać? - zapytałem.
- Myślałem,że przenocuję u ciebie.
Miał tupet. Mogłem się po nim tego spodziewać.
- Dlaczego przypuszczasz,że tu mieszkam?
- Wyglądasz na kogoś kto dawno nie opuszczał tego miasta. Nienawidzisz tego miejsca, tych ludzi - urwał, czekając na moją reakcję. Po chwili kontynuował: - Mój dziadek zawsze powtarzał,że kiedy przyjdzie do ciebie Rusek, to należy go bić po mordzie, bo on zawsze przychodzi po to by cię oszukać. Kiedy ostatnio byłeś w kraju?
Przyznać musiałem,że należał do ludzi spostrzegawczych. Tym jeszcze bardziej wzbudził moją niechęć. Zbyłem jego pytanie i rzekłem:
- Nie mieszkam sam. Zbyt krótko się znamy, w ogóle się nie znamy, abym mógł cię wpuścić do swego domu. Skoro masz pieniądze na dziwkę, powinno stać cię na hotel.
- Starczy mi tylko na nią i bilet powrotny - uśmiechnął się i położył przyjacielsko dłoń na moim ramieniu.
Skamieniałem, drgnął mi mięsień policzka, zauważył to i z przepraszającą miną cofnął rękę. Rękę, którą potraktowałem jako coś odrażającego. Twarz mu poczerwieniała, a wargi zamieniły się w grubą krechę. Zaskoczyła go moja reakcja i nie potrafił się znaleźć w nowej dla siebie sytuacji.
Pomyślałem,że tym razem wpadł po uszy, właśnie teraz powinno się to stać - należy mu odebrać prawo powrotu. Pragnąłem ujrzeć jego twarz wykrzywioną cierpieniem. Płaszczącego się przede mną i proszącego o litość. Już nie będzie mógł wykonać najprostszej rzeczy, a to co mieści się w jego rozporku nie wejdzie wżadną kobietę. Jeszcze siedział tu ze mną, jeszcze pił ze mną whisky, ale już niedługo całe jegożycie zostanie zrównane z ziemią. Ktoś kto czuł potrzebę zemsty zrozumie uczucia, jakie mnie wówczas wypełniały.
- Idziemy - rzekłem.
Umieściłem go w jednym z mieszkań należących do Loni Gondarczuka, mojego miejscowego przyjaciela, który posiadał ich co najmniej kilka, lokując w nieruchomościach część swojego kapitału. Do tego mieszkania otrzymałem klucze, kiedy los zmusił mnie do zatrzymania się w tym mieście na dłużej. Przez pierwszych osiem miesięcy mieszkałem w tym jednopokojowym dobrze wyposażonym apartamencie, nazywanym tak z uwagi na wykuszone okno, w którym znaczną część powierzchni zajmowało ogromnełóżko, aż wygnała mnie z niego samotność. Obecnie na co dzieńżyłem w czteropokojowym mieszkaniu, dzielonym wspólnie z Frycem i Prezesem, nazywanym przez nasŁagrem albo Zoną, czasami bardziej pieszczotliwie -Łagierkiem lub Zonką. Zgodnie z umową, na dzisiejszą noc swój pokój udostępniałem Vernandowi.
Nie planowane wypożyczenie apartamentu Gondarczuka zmuszało mnie do poszukania sobie noclegu, bo wizja spania na niewygodnej sofie stojącej w salonie naszegoŁagru nie wydawała się być dobrym rozwiązaniem. Nie było to szczególnie trudne zadanie. "Anna! - pomyślałem. - Tak, moja oliwka znad Amuru, w której mieszała się krew Słowian z jakimś nieznanym mi kaukaskim ludem. Ona przyjmie mnie o każdej porze i w każdym stanie, w jakim bym się nie znalazł."
Umówiłem się z Andrzejem, że zajdę po niego o dziesiątej rano i, pośniadaniu w pobliskiej restauracji, odwiozę go na dworzec. Zanim pożegnałem się i wyszedłem, w drzwiach pojawiła się Olga, dziewczyna, która nie potrafiła nawlec igły, ale za to posiadała inne pożyteczne umiejętności niezbędne kobiecie, aby przeżyć w tym mieście.
5.
Natychmiast po przebudzeniu poczułem tętniący ból głowy i kwaśny język, co przypisałem wczorajszemu pijaństwu. Stanowczo za dużo wypiłem. Nigdy ze wstrętem nie odwracałem wzroku na widok butelki, ale ostatnio piłem więcej niż zdołał wchłonąć mój organizm. Zapomniałem jak wygląda świat pozbawiony alkoholowego znieczulenia. Zanim zebrałem w sobie tyle siły by wstać z łóżka, bezmyślnie patrzyłem w sufit, dopiero świst powietrza wydobywający się z lekko otwartych ust Anny, skierował mój wzrok na małą pierś. Ciemnobrązowe brodawki wywołały nieprzepartą chęć, by dotknąć je ustami i ukąsić. Potem czekać na reakcję.Śpi jeszcze. Nie ważne.Ścisnąłem dłonią powoli twardniejącego penisa i kilkoma ruchami starałem się mu nadać właściwą sprężystość. Kiedy uznałem,że jest wystarczająca, przekręciłem się na lewe ramię i podążyłem ręką ku jej kuciapce. Przesunąłem kilka razy serdecznym palcem po sromie i wcisnąłem go w wąską wilgotną szparkę. To jej ciasnocie przypisywałem zbyt szybkie dochodzenie do wytrysku, dlatego wolałem brązowe wargi, leżące kilka centymetrów niżej. Anna wydała z siebie obronny jęk, ale poddawała się wszystkiemu bezwolnie. Ciałem jej wstrząsały coraz mocniejsze uderzenia; zacisnęła zęby, by stłumić rodzący się w niej krzyk bólu.
Kiedy otworzyła oczy musiała ujrzeć moją zmarszczoną twarz, jakby i mnie rozsadzał ból. Miałem półotwarte usta, odsłaniające liczne czarneślady amalgamatowych plomb i braki w uzębieniu. Kilkudniowy zarost na mojej twarzy pogłębiał obraz wyczerpania i wtopionego w niej lęku. Tak, ona nie myliła się, zbyt dobrze mnie znała, by nie rozpoznać w moich rysach strachu. Maska pewności siebie i bezwzględności, jaką nosiłem na co dzień, jeszcze skutkowała, wprowadzając w błąd innych ludzi, ale jej nie można było oszukać. Pół roku wystarczyło jej by nauczyła się odczytywać właściwe znaczenie każdego grymasu, uśmiechu i uśmieszku, skrzywienia i zmarszczki.
Traciłem oddech. Kolejne, coraz bardziej słabnące pchnięcia, także nie przyniosły spełnienia. Bała się spojrzeć w moje oczy, które teraz były otwarte.Żarzyły się irytacją. Gwałtownie wyszedłem z niej i zwaliłem się całym ciężarem obok, wypuszczając z siebie olbrzymią ilość powietrza, co przypominało głośne wzdychanie. Sięgnęła dłonią po ciągle naprężonego penisa, nie zdążyła jednak wykonać nawet kilku ruchów, kiedy poczuła na nadgarstku moje mocno zaciśnięte palce. Odsunąłem ją od siebie.
- Powinieneś zwolnić trochę, nie pij tyle - rzekła, ale zaraz tego pożałowała, gdy usłyszała mój zirytowany ton głosu:
- Mogę rzucić picie, kiedy zechcę - siadłem nałóżku, opuściłem nogi na podłogę i po chwili dodałem: - Tylko,że nie chcę.
Podniosłem leżące pod łóżkiem czarne slipy, wciągnąłem na siebie, wbiłem stopy w plażowe laczki i poczłapałem do łazienki. Kiedy zamknąłem drzwi i siadłem na sedesie, natychmiast owładnęło mnie uczucie ulgi. Trzymając w ręku jedną z gazet przywiezioną wczorajszego dnia przez Verdiego, głośno wzdychając, miałem przed sobą kwadrans prawdziwego szczęścia. Ta codzienna czynność nigdy mnie nie zawiodła, zawsze odbywała się z niezwykłą regularnością. Stanowiła jeden z nielicznych stałych elementów mojegożycia. Zaśmiałem się w duchu na myśl,że celebrują ją niczym jakiśświąteczny rytuał.
Dwa kwadranse później Anna zwlekła się zrezygnowana z łóżka, narzuciła na siebie biały szlafrok z chińskiego jedwabiu i weszła do pokoju. Siedziałem już przy stole z pilotem w ręku, skacząc po programach telewizora. Przede mną stała szklanka z wodą a w niej rozpuszczały się dwie tabletki alka-zelcer. Minęła mnie bez słowa i podążyła do kuchni, wstawiła czajnik na ogień, następnie udała się do łazienki. Potrafiłem dokładnie opisać z pamięci wszystkie czynności jakich dokonywała: Z apteczki wyciągnęła opakowanie tabletek antykoncepcyjnych, wydłubała drażetkę, oznaczoną kolejnym dniem tygodnia, popatrzyła na nią i wyrzuciła do sedesu. Kiedy opróżniła pęcherz i spuściła wodę, pomyślała, że właśnie minął jej okres płodności. Miała nadzieję, że tych kilka udanych stosunków płciowych, jakich ostatnio doświadczyła ze mną wystarczy, aby zajść w ciążę. Drugi miesiąc oszukiwała mnie, choć wiedziała, że systematycznie kontroluję listek z tabletkami. Próbowała doprowadzić do spełnienie swojego marzenia. Pragnęła stać się matką, co wywoływało mój sprzeciw. Dlaczego akurat ja miałbym stać się ojcem jej dziecka? Jaka nadzwyczajna krew we mnie płynęła, jakimi znakomitymi genami byłem obdarzony,że wybrała mnie a nie innego faceta, z tuzina, z którymi od czasu do czasu sypiała. Czy fakt,że ze mną doznała swojego pierwszego orgazmu, a z innymi nigdy przedtem nie miała, jak twierdziła, miał być tym decydującym argumentem? "Jesteś moim pierwszym mężczyzną, reszta się nie liczy, skoro nigdy nie dali mi takiego szczęścia" - wyznała. Dziewictwo straciła w wieku czternastu lat, ale cóż to miało za znaczenie. To ja odmieniłem jejżycie seksualne!
Uważałem przyczynienie się do wydania naświat już jednego dziecka, swojej córki, za nadmiar nieodpowiedzialności. Nie chciałem już nikogo zmuszać do egzystencji w tym okrutnymświecie. Skoro nie potrafiłem zapewnić szczęścia sobie, jak mogłem zagwarantować je komuś innemu? Niestety nie byłem konsekwentny i ku swojemu przerażeniu, zdałem się na los.
Prawdziwa rodzina. Macierzyństwo. Ta chwila, gdy złona wychodzi dziecko, a potem spoczywa na brzuchu, kiedy ustami szuka pokarmu, wydawała się Annie być jedyną rzeczą dla której warto zmagać się z codziennością i towarzyszącym jej zwątpieniem. Nie uważała tego wszystkiego jak ja za złudzenie.
Kiedy miała pięć lat ojciec pozostawił matkę. Dlaczego ojciec tak postąpił, nigdy się tego od niego nie dowiedziała. W czasie ich jedynego i ostatniego spotkania usłyszała,że i tak tego nie zrozumie. Ze zdumieniem stwierdziła,że przeszła jej już złość do niego. Gdyby okazał choć odrobinę skruchy i ciepła, wybaczyłaby mu.
Do tej pory nie naciskała na mnie, nie molestowała o to, by połączyć się na stałe i od tej pory codziennie móc patrzeć na siebie w czasie śniadania, obiadu, popołudniowej kawy i kolacji. Nieśmiało tylko wspomniała o chęci zamieszkania razem. "Jak możesz wytrzymać samotność włóżku?" - dziwiła się. I później, gdy zamieszkałem wŁagrze: "Nigdy nie wytrzymałabym w towarzystwie dwóch facetów, dla których ogromnym wysiłkiem jest założenie koszuli. Codziennie patrzeć na ich nieogolone opuchnięte od pijaństwa twarze i obwisłe brzuchy. Przecież ty w ogóle nie palisz?!" Tak, ten ostatni argument miał swoją największą wagę, w Zonie przyszło miżyć wśród namiętnych miłośników dymu papierosowego.
Kobiety na wschodzie szybciej dojrzewają, i nie myślę tutaj tylko o ich ciele. Dziewiętnastoletnia Anna stała się już dorosłą osobą w wieku szesnastu lat, gdy zaczęła nie tylko siebie utrzymywać, ale i matkę. Sądząc po tym, w jakich okolicznościach ją poznałem, nie była to najstarsza możliwość zarabiania na życie, jakie mają piękne kobiety, a raczej nie wprost. Tańczyła w najlepszej rewii, jeśli rewią można nazwać artystyczną część, jaką oferował najdroższy klub nocny, na ostatnim piętrze najbardziej luksusowego hotelu w tym mieście. Była jedną z jej gwiazd, o czym świadczyły dwa solowe numery wykonywane przez nią w czasie występu. Czy posiadanie bogatych kochanków, "sponsorów", często jużżonatych, z gromadką dzieci, zaspakajających naturalne potrzeby pięknej i młodej dziewczyny można nazwać prostytucją? Zawsze przychylałem się do twierdzenia,że kobieta obciągająca fajfusa za fajfusem, aby uzyskać coś, czego później nie potrafi wykorzystać jest głupią kobietą. ( Być może jest dobrym materiałem nażonę? ) Jeśli obciągała ich do końca, to powinna wykorzystać to także do końca.
Czajnik wydał z siebie przeraźliwy gwizd, Anna chwilę odczekała z nadzieją,że zdejmę go z ognia, ale musiała wyjść złazienki i zrobić to sama. Zaparzyła sobie herbatę, a mnie rozpuszczalną kawę. Gdy stawiała filiżankę obok pustej szklanki, rozdzwonił się telefon. Oboje skierowaliśmy wzrok w jego stronę. Po trzecim sygnale dobiegł nas jej głos, zachęcający do pozostawienia wiadomości. Długie pip i cisza. Cisza wywołująca zimny dreszcz biegnący po krzyżu. Od dwóch dni, co kilka godzin ktoś wykręcał jej numer, wysłuchiwał zapowiedzi i przez cały czas przeznaczony na pozostawienie wiadomości milczał. Kolejny cichy wielbiciel wywołujący w niej poczucie zagrożenia.
Nie wypiłem kawy. Ubrałem się w jeansowe spodnie i koszulę, na koniec założyłem marynarkę w czarną pepitkę; wszystko to nosiłem od kilku dni. Od dawna przestałem przywiązywać wagę do stroju. Z wieszaka w przedpokoju ściągnąłem skórzaną kurtkę. Kiedy już byłem gotowy do wyjścia, wróciłem do sypialni. Otworzyłem szufladę w bocznej nocnej szafce i wyciągnąłem z niej nowy, samopowtarzalny pistolet PMM, zmodyfikowaną wersję Makarowa, z magazynkiem zawierającym dwanaście dziewięciomilimetrowych kul, dostarczony mi przez Witalika. Od tygodnia uczyłem się codziennie strzelać w puszki po piwie i butelki po wódce na peryferiach miasta. Wstyd się przyznać, że był to mój pierwszy kontakt z bronią. W czasiećwiczeń doznałem dziwnego uczucia obcowania z mroczną mocą. Trzymanie tego narzędziaśmierci w ręku dawało ogromne poczucie siły, ale też nasunęło myśl,że od tej pory to ja sam stanowię dla siebie główne zagrożenie.
Wyszedłem z mieszkania bez słowa pożegnania. Anna podciągnęła nogi w górę i oparła się podbródkiem o kolana. Nie potrafiła już nawet wypowiedzieć tego, co chciała mi powiedzieć. Nie potrafiła uczynić tego, co dyktował jej zdrowy rozsądek. Powinna zatrzasnąć na zawsze przede mną drzwi swojego domu. Siedziała jednak obezwładniona czymś czego nie rozumiała.
6.
Nadszedł chyba właściwy moment, abym się przedstawił i wyjaśnił, co robię w tym mieście. Nazywam się Marcel Kajkowski. Urodziłem się w Sopocie, w niczym nie wyróżniającej się rodzinie. Mój ojciec, z którym nie zamieniłem w życiu zbyt wiele słów - był kucharzem na dalekomorskich statkach rybackich; większą część roku spędzał na Morzu Ochockim łowiąc mintaja, rybę, której endogenicznie nie znosiłem, a którą on potrafił przyrządzić na czterdzieści cztery sposoby. Matka pracowała jako pielęgniarka w szpitalu marynarki wojennej. Mieszkaliśmy na Kamiennym Potoku w dziesięciopiętrowym budynku z wielkiej płyty, w którym rozpoznawało się wyłącznie najbliższych sąsiadów z piętra. W czasie nieobecności ojca dom przypominał tratwę bezwolnie poddającą się niosącemu ją prądowi wody. Matka należała do słabych kobiet, nie widziała nic szkodliwego w rozpuszczaniu swojego ukochanego jedynaka. Powrót ojca, jego trzymiesięczny pobyt, wnosił do domu zamieszanie. W dni wolne, kwadrans po siódmej, cała rodzina musiała już siedzieć przy śniadaniu. Matka bacznie przyglądała się ojcu i wysłuchiwała, jak spędzą dzień. Każda niedziela obowiązkowo rozpoczynała się od nabożeństwa i długiego spaceru. Następnie była wizyta u dalszej rodziny, w czasie której ojciec domagał się okazywania mu ze strony matki i mojej podziwu. Nic nie mogło być ważniejsze od wspólnie spędzonej niedzieli. Tak ojciec wyobrażał sobie życie prawdziwej rodziny. Ku jego zgryzocie, od dziesiątego roku życia, stałem się krnąbrny i zacząłem podważać jego opowieści o bogactwach świata, jakie odkrywał w czasie swoich podróży. Wizyty w egzotycznych krajach były wytworem jego wyobraźni. Statki-przetwórnie rybackie rzadko wpływały do portów, jego prezenty miały wyłącznie rosyjskojęzyczne etykietki. Z czasem matka także mniej uważnie wysłuchiwała jego opowieści, nie ukrywała znudzenia. Powrót ojca do domu oznaczał większą ilość dyżurów w szpitalu. Miała dość jego bezustannych wyrzutów,że poświęca się dla naszego dobra, a my tego nie doceniamy. Podziwiałem ją za to,że nigdy nie odezwała siężadnym cierpkim słowem, patrzyła na ręce i zaciskała usta.
- Spapraliście miżycie - wreszcie stwierdził i zabukował się na okręt na długi rejs.
Przez półtora roku nie odzywał się, jedynie na święta wysyłał kartki z życzeniami wesołych świąt. Kiedy wrócił zamknął się w swoim pokoju. Nikt nie odczuwał jego obecności. Pewnego razu matka zwróciła uwagę, że rano paliło się światło i weszła do środka. Ojciec siedział przy biurku, z głową opartą o blat; nie odpowiadał na jej wołanie, nie ruszał się; umarł na zawał serca. Niecały rok później matka poznałażołnierza zawodowego, w stopniu sierżanta, zajmującego się zaopatrzeniem w szpitalu i wyszła po raz drugi za mąż. Zrobiła to dla mnie, bo potrzebowałem silnej męskiej ręki, jak zapewniała. Ojczym próbował narzucić dryl wojskowy, ale po kilku miesiącach dał za wygraną, przestrzegając mnie,że "spapram sobieżycie", jeśli się nie zmienię.
Z trudem przezwyciężyłem własne lenistwo i ukończyłem technikum okrętowe o specjalności kucharz-marynarz, odbyłem służbę wojskową w Marynarce Wojennej, a następnie zatrudniłem się na statku, jako pomocnik szefa kuchni. Gdyby ktoś mi wcześniej powiedział,że pójdę wślady ojca odebrałbym to za niedorzeczność.
Mam jeszcze przed oczami ten ciepły jesienny dzień, gdy wracałem ze swojego pierwszego rejsu. Po zacumowaniu do kei i odprawie celno - paszportowej, wyszedłem na zewnątrz i spokojnie przyglądałem się krzątaninie w porcie. Panował ożywiony ruch, robotnicy w białych, pomarańczowych iżółtych kaskach rozładowywali statek kubańskiej bandery. Nabrzeża wszystkich portów naświecie są podobne do siebie - pomimo wrażenia wszechwładnego bałaganu wszystko szło bez oporów. Nie przypuszczałem,że za chwilę ulegnie to gwałtownej zmianie. Od tej pory nic już nie było takie samo jak dawniej.
Kiedy po trapie zeszła straż graniczna i celnicy, nagle, ze wszystkich stron otoczono nasz statek, od strony wody podpłynęły policyjne motorówki, od lądu podjechały samochody straży granicznej, policji i nie oznakowane pojazdy należące do Urzędu Ochrony Państwa. Zanim zdążyłem zrozumieć, co się dzieje, ujrzałem przed sobą faceta z wymierzoną we mnie bronią. Nakazał odwrócić się dościany, oprzeć się o nią rękoma i szeroko rozstawić nogi. Po przeszukaniu, pchnął mnie w stronę trapu. Wszyscy, włącznie z kapitanem zostali sprowadzeni na brzeg i rozstawieni w odległości trzech metrów od siebie. Nikt nie czuł się tak dobrze, jak kwadrans wcześniej. Jedni przygryzali wargi i mocno zaciskali pięści, drudzy ze zdziwienia wybałuszali oczy i rozdziawiali usta, a jeszcze inni chrząkali, przełykaliślinę i pokasływali. Cały statek został wywrócony do góry nogami. Godzinę później z powrotem znalazłem się na nim i w asyście dwóch policjantów wszedłem do kuchni. Szef siedział na stołku, przecierał wierzchem dłoni spocone wysokie czoło i nerwowo zerkał na mnie. Był to pięćdziesięcioletni mężczyzna o pulchnej sylwetce i twarzy dobrodusznego zakonnika. Prostego zakonnika.
- Do odprawy celnej zgłosiliście butelkę whisky, komplet jeansowy i radiomagnetofon? - zwrócił się do mnie beznamiętnym głosem suchy, o patykowatym wyglądzie mężczyzna, opierający się o blat stołu.
Miał na sobie rozpiętą czarną kurtkę skórzaną,żółtą koszulę, jasnobeżowe spodnie, czarne mokasyny i białe skarpetki. Do paska przymocowana była kabura z pistoletem. Założył ręce na piersi i czekał na odpowiedź, przebijając zimnym, badawczym spojrzeniem moje oczy.
- Tak - odparłem.
Wyszczerzył w uśmiechu zżółkłe od palenia zęby, przeszedł w drugi kraniec pomieszczenia, gdzie stały dwie duże chłodziarki i stukając o drzwiczki tej najbliższej, zapytał:
- Nikt poza wami nie ma dostępu do tego pomieszczenia?
Spojrzałem na szefa kuchni, ale on nie reagował, zapadł się w sobie, obawiałem się,że za chwilę dostanie ataku serca, więc odpowiedziałem zgodnie z prawdą:
- Nie.
Otworzył drzwiczki chłodziarki i skinął na mnie, abym zbliżył się do niego. Kiedy to zrobiłem, poczułem jakżołądek zamienia się w ołowianą kulę, a powietrze w płucach nabiera konsystencji szklanej waty. Nie musiałem zaglądać do jej wnętrza, dobrze wiedziałem co się w niej znajduje.
- To jest wasze? - zapytał.
Odwróciłem się w stronę szefa, jeśli przed chwilą wyglądał na nieobecnego, teraz przypominał manekina, był workowaty, pozbawiony całkowicieżycia.
- To jest moje - wydobyłem z siebie skostniałym głosem.
Popatrzył na mnie i na szefa kuchni, drgnął mu prawy policzek, zadumał się i rzekł:
- Podpisz tutaj - podetknął mi pod nos protokół zajęcia rzeczy.
Kiedy to zrobiłem, nie miałem wtedy najmniejszego pojęcia,że podpisuję na siebie wyrok, zwrócił się do policjantów, z którymi przyszedłem:
- Zabrać go.
Aresztowano mnie pod zarzutem przemycenia do kraju czterech kartonów czerwonego Johny Walkera, magnetowidu Panasonic i dwóch tysiące dolarów, tak wtedy sądziłem. Tylko trzy kartony należały do mnie, czwarty był własnością szefa kuchni. Uznałem,że jeden karton więcej niczego nie zmienia. Po co dwóch miało mieć nieprzyjemności, wziąłem to na siebie. Nie wiedziałem jednak,że w drugim kartonie oprócz butelek whisky znajdowało się pół kilograma haszu.
I tak trafiłem do jednej z tych instytucji publicznych, w których świat zawęża się do kilku metrów kwadratowych, oświetlanych sztucznym światłem, wypełnionych zapachem uryny, potu i innych wydzielin wydalanych przez stłoczonych mężczyzn. Pierwsze godziny, pierwszy dzień, pierwsza noc to ciągła terapia szokowa, lodowata woda lana na pogrążone w gorączce ciało, nagłe spadanie pionowo w dół. Ten świat wydaje się być niemożliwym do życia, ty nie zasługujesz na ten świat to pomyłka. Aluminiowy talerz z czymś co tylko z nazwy przypomina jedzenie wzbudza mdłości,żołądek podchodzi do gardła, to jestżarcie dlaświń a nie ludzi. Nigdy tego nie będziesz w stanie jeść.
Trzeciego miesiąca spełniło się najpiękniejsze marzenie każdego więźnia. Usłyszałem trzask zamka. Otworzyły się drzwi i usłyszałem - jesteś wolny. Ktoś nieznany mi, jak sądziłem właściciel tego nieszczęsnego haszu, użył swoich znajomości w prokuraturze i całą sprawę odkręcił tak,że odpowiadałem wyłącznie za przemyt whisky, magnetowidu i obcychśrodków płatniczych, o narkotykach już nikt nie wspominał. Sprawę umorzono warunkowo ze względu na moją dotychczasową niekaralność i dobre sprawowanie, wymierzając mi symboliczną grzywnę i konfiskatę przemycanego towaru.
O pracy na statku nie miałem już co myśleć, postanowiłem wybrać spokojniejszy zawód. Ukończyłem studium pedagogiczne w Gdańsku-Wrzeszczu i zatrudniłem się w wiejskiej szkole podstawowej na Kaszubach. Oczywiście ważnym motywem takiego wyboru były warunki zawieszenia mojego postępowania karnego, przez dwa lata nie mogłemłamaćżadnych przepisów, poza przepisami kodeksu drogowego. Nie wytrzymałem jednak długo w tym zawodzie wymagającym od człowieka duszy samarytanina. Rzuciłem powszechnie szanowany zawód ale marnie opłacany i zająłem się handlem używanych samochodów, sprowadzanych z Niemiec i Holandii. Szybko dorobiłem się własnego autokomisu w Gdyni-Orłowie.
Jedno życie daje wystarczająco dużo czasu, żeby popełnić mnóstwo pomyłek. Mógłbym obarczać winą ludzi, którzy stanęli na mojej drodze w niewłaściwym czasie i miejscu, rzeczywistość w jakiej przyszło miżyć, aby wytłumaczyć sytuację w jakiej się wkrótce znalazłem, ale tego nie uczynię. Nie warto fałszywie poprawiać sobie samopoczucia. Wszystko zaczęło się od pierwszego sprzedanego samochodu, o którym mogłem powiedzieć tyle,że miałem sporo wątpliwości, co do jego legalnego pochodzenia. Potem to samo dotyczyło następnego i tak, na moim placu, o większości samochodów można było powiedzieć,że są niewiadomego pochodzenia.
Pewnego dniażyczliwa mi osoba, jeden z moich konkurentów, z którym wcześniej przez pół roku prowadziłem interesy, działający tak jak i ja tymi samymi sprawdzonymi metodami, ale o większych ambicjach ( pragnął powiększyć terytorium swojej działalności ) i mniejszych zasadach moralnych,życzliwie przesłał do prokuratury obciążające moją osobę dokumenty.
Od trzech lat przedstawiciele prawaścigali mnie za oszustwa celne i skarbowe oraz paserstwo. Nie tylko zażądano ode mnie zapłacenia podatków od tych pieniędzy, które zarobiłem, co gotów byłem uczynić, ale nadgorliwy prokurator postanowił,że na najbliższe kilka lat najwłaściwszym miejscem dla mnie będzie cela. W pamięci jeszcze miałem swój trzymiesięczny pobyt w więzieniu i nikt nie był w stanie zmusić mnie do powrotu tam. W ten właśnie sposób stałem się człowiekiem wyjętym spod prawa i dołączyłem do takich samych nieszczęśników, jak Fryc i Prezes.
7.
Zanim zaszedłem do apartamentu, w którym ulokowałem na noc Andrzeja, postanowiłem wstąpić do Łagru. Pragnąłem dowiedzieć się, co słychać u Prezesa. Wczorajszego dnia odwiedził go prawnik, który po to przyjechał taki kawał drogi, by poinformować go,że najlepszym rozwiązaniem będzie oddanie się wymiarowi sprawiedliwości i wtedy można by było walczyć o wypuszczenie na wolność za kaucją. Ożadnych gwarancjach prawnych,że tak się stanie nie było mowy, bo negocjacje z prokuraturą ciągle stały w martwym punkcie. Przełomem według prawnika miało być jego stawienie się.
-Ścierwo, znowu nacięło mnie na tysiąc zielonych i jestem w tym samym miejscu, gdzie poprzednio - wychrypiał przepalonym od papierosowego dymu głosem. - Pieprzone Papugi, tym więcej ciągną im bardziej leżysz na dnie.
Prezes, tak naprawdę nazywał się Waldemar Jagieliński; pochodził z Wrocławia i kiedyś prowadził jedną z większych handlowych firm w tamtym rejonie, zajmującą się sprzedażą cukru i węgla. Od siedmiu miesięcyścigała go prokuratura, zarzucając mu wyłudzenia i nadużycia podatkowe. Wraz z Frycem nazywaliśmy Waldiego Prezesem, traktując go z przymrużeniem oka, przyjmując zakłady, ile jeszcze czasu wytrzyma jako niewidzialny człowiek.
Sine worki pod oczami i przekrwione białka, rozwichrzone posiwiałe włosy; od momentu, kiedy go po raz pierwszy ujrzałem siwizna pożarła kolejne partie jego pięknych czarnych włosów; wymiętoszony podkoszulek i spodnie z jego popielatego garnituru, w którym chodził na co dzień, unoszący się od niego zapaszek potu wymieszany ze sfermentowanym alkoholem - to wszystko mówiło,że tej nocy nie spał, a pił. Jako jedyny wśród nas całkowicie przeszedł na wódkę pędzoną w miejscowych gorzelniach. Oczywiście czynił to z oszczędności a nie z docenienia jej walorów smakowych.
- Może przyszedł najwyższy czas na zmianę obrońcy - powiedziałem. - Być może zapomniał o tym, po co go wynająłeś. Facet siedzi tam a ty tutaj, nabrał przekonania,że ci się nieźle powodzi i wcale się nie spieszy do powrotu. Nie płaczą za tobążona i dzieci. Z pewnością zaprezentowałeś się przed nim jakbyś znał wszystkich obywateli tego miasta i zastanawiał się nad kupnem jego drugiej połowy, bo pierwszą oczywiście trzymasz w swojej kieszeni.
- Zaszedłeś aby mnie pocieszyć? - odparł ze złością.
Przyznałem mu w duchu rację, powinienem powstrzymać swój ironiczny, mocno zakrapiany cynizmem czarny humor. Nie nadawałbym się do pracy w telefonie zaufania. Już po pierwszej minucie rozmowy ze mną potencjalny samobójca jeszcze bardziej umocniłby się w przekonaniu,że nic lepszego nie może uczynić niż odebrać sobieżycie.
- Czy twój mecenasik zaproponował nieustępliwemu prokuratorowi przyjęciełapówki? - zapytałem.
- Jest zbyt uczciwy.
- Kto?
- Pieprzona papuga uważa,że po to właśnie została adwokatem, by nie musieć kogokolwiek korumpować.
- Uważa,że wystarczy mu jego znajomość prawa? Od kiedy to ktoś doszedł do sprawiedliwości trzymając sięściśle litery prawa? Gdyby tak postępował prokurator prowadzący twoją sprawę to byś dzisiaj nie musiał jego wynajmować i płacić lichwiarsko wysokich honorariów. Ile ma lat?
- Młody - odparł niechętnie.
- Czemuś nie wziął starszego?
- Myślałem, że młodymłatwiej przychodzi zrozumienie tego, o co naprawdę chodzi wżyciu. Może napijesz się ze mną wódki? - wstał złóżka i podszedł do szafy.
- Właśnie obiecałem sobie,że do końca tygodnia nie będę pił.
- A wiesz jaki dzisiaj mamy dzień? - otworzył szafę i nachylił się, szukając, jak się domyślałem, flaszki.
- Czy to jest aż takie ważne? - odparłem bagatelizując.
- Niedziela. Koniec tygodnia - uśmiechnięty wyciągnął butelkę bez etykiety.
- Myślałem o tym, który jest przed nami - odparłem. - Pijesz bimber?
- Te butelki z etykietką w niczym się nie różnią od tych bez, poza ceną; takie same paskudztwo, po którym człowiek rano ma ołowianą głowę i nogi. Ale po pewnym czasie organizm się uodparnia. Człowiek to nie zwierzę i do wszystkiego się przyzwyczai. Czy słyszałeś aby piesżarł własne gówno? A człowiek, kiedy jest głodny, to zje nawet swoje odchody. Słyszałem o górniku, który po tąpnięciu w kopalni przetrwał...
- Jeszcze nie jadłemśniadania, przestań - przerwałem mu. - Opowiesz później.
Postawił butelkę na małym stoliku, na którym obok kartonu z sokiem pomarańczowym stały obrócone do góry dnem cztery szklanki. Obrócił dwie i napełnił do połowy. W jedną dolał soku i tę podał mnie.
- Powiedziałem ci,że nie piję dzisiaj - pokręciłem przecząco głową.
- Dobrze wiesz,że nie dotrwasz w swoim postanowieniu do wieczora. Wszędzie by się to ci udało ale nie w tym mieście.
Wziąłem od niego szklankę i wychyliłem, biorąc małegołyka. Wódka była ciepła i powstrzymałem się by nie trząść się ze wstrętu. Nie chciałem urazić Prezesa.
- A może jego ojcem jest były prokurator, mogący się poszczycić sporym cmentarzykiem, na którym leżą oskarżeni przez niego ludzie - powiedziałem.
- Jakie to ma znaczenie? - siadł z powrotem nałóżku z pustą szklanką.
- Kiedy dowiedział się jaką kanalią jest jego ojciec, którego uważał za wzór szlachetności i uczciwości, postanowił zostać obrońcą, by w ten sposób zmazać ze swego nazwiska krew. Obiecał sobie i Bogu,że przez całeżycie będzie uczciwym człowiekiem. Nie wziął pod uwagę tylko tego,że w zawód adwokata wpisany jest brak uczciwości, bo czyż porządny człowiek jest w stanie bronić faceta, który zgwałcił swoją kilkuletnią córkę, by oczyszczony z zarzutów mógł powrócić do domu i nadal to samo robić.
Wstał i poszedł do stolika, gdzie zostawił flaszkę; wziął ją i ponownie siadł nałóżko. Napełnił szklankę do połowy i rzekł:
- Kiedy następnym razem przyjedzie, zapytam o to. Potem mu powiem, że mojego ojca skazano naśmierć za to,że był oficerem w armii Andersa, i wyrok wykonano na miesiąc przedśmiercią Stalina. Nie miał farta, bo kilka miesięcy później takich jak on zaczęto wypuszczać z więzień. Jeśli masz rację, to może bardziej przyłoży się do mojej sprawy.
Wypił jednym haustem zawartość szklanki.
- Lepiej od razu z niego zrezygnuj, zaoszczędzisz pieniądze i będziesz mógł pić lepszą wódkę. Kim był twój ojciec?
- Przesłuchiwał ludzi, dla których później taki prokuratorek jakim niby był jego ojciecżądał karyśmierci - odparł z uśmiechem na twarzy.
Wiedziałem,że jeśli do tej pory nie zasnął to i teraz to mu się nie uda, nie mogłem go samego zostawić w tym stanie, nie chciałem następnego dnia odcinać ze sznura jego dziewięćdziesięciokilogramowego ciała.
- Jadłeśśniadanie? - zapytałem, choć znałem odpowiedź. - Narzuć coś na siebie, potrzebujesz chłopie trochę ruchu iświeżego powietrza. Naśmierć zdążysz się zapić później.
8.
Przy krawężniku stały dwa samochody, w których siedzieli młodzi, niespełna dwudziestoletni faceci o mocno zarysowanych szczękach. Mający w oczach to coś, co sprawia, że człowiek wątpi w słuszność jednego z tych boskich przykazań, które nakazuje miłować bliźniego. Przypominali mi gromadę warujących psów, które w każdej chwili mogą przeistoczyć się we wściekłą sforę rzucającą się do gardła. Budynek był obstawiony na zewnątrz i w środku. Na klatce schodowej natknąłem się na kolejnych dwóch mężczyzn. Trudno się było nie zorientować,że coś się dzieje. Andrzej także to rozumiał i nie trzeba było go informować o tym,że wpadł w tarapaty. Zauważył stojące od dwóch godzin samochody, a wcześniej wysłuchał niezbyt przyjemnego monologu, poprzetykanego ogromną ilością mocnych przekleństw, od tajemniczego rozmówcy telefonicznego. Kiedy wyszedł dołazienki Olga zdążyła wykonać telefon i zawiadomić swojego alfonsa o tym, co się wydarzyło.
Spojrzałem na Olgę zawiniętą w zakrwawione białe prześcieradło. Ze spuchniętym czerwonym okiem i czerwoną szramą biegnącą od ust po prawe ucho wyglądała okropnie. Według relacji Andrzeja nie wyrażała ochoty na miłość w takim stopniu, w jakim on od niej oczekiwał, więc nie wytrzymał i uderzył ją w twarz. Było to na tyle mocne uderzenie,że Olga straciła ząb.
Andrzej zapomniał,że za brak rozeznania, co wolno, a czego nie można zrobić, płaci się w tym mieście wysoką cenę. Okazał się jednym z tych cwaniaczków, którzy mają o sobie zbyt duże mniemanie, a w gruncie rzeczy nie wiedzą, co oznacza prawdziwa potęga. Tacy zawsze kończą w jeden sposób - na zawszeżegnają się zeświatem, który według ich wyobrażeń trzymają w garści.
- Nie mam zamiaru iść podścianę za jakiegoś damskiego boksera - odezwał się Prezes, którego twarz i szyja wykazywały nadmierną potliwość. Wyciągnął chusteczkę i nerwowo osuszał skórę. - Mam wdać się w rozborkę15 o jakąś kurwę. Mieliśmy iść naśniadanie, a tu... Jezu kochany! W coś ty mnie wpakował?
Prezes był starszy ode mnie o kilkanaście lat. Ale w obecnej sytuacji to on przypominał wystraszone dziecko, pragnące kurczowo chwycić się rąbka matczynej spódnicy. Ostatnie dni nie należały do najszczęśliwszych w jegożyciu. Wizja nieuchronnej odsiadki we wrocławskim więzieniu była już ponad jego siły, a tu przyszło mu zmierzyć się z groźbą utratyżycia, co podpowiadała mu chorobliwa wyobraźnia.
W jakiejś części miał rację. Istniało zagrożenie,że wydarzenia przybiorą zły obrót i sprawy wybitego zęba Olgi nie uda się załatwić na drodze pokojowej, elegancko i gładko, bez bójki i strzelaniny. Ludzie tutaj byli bardzo porywczy. Ale otuchy dodawała mi myśl,że nikt zdrowy na umyśle nie poważy się najść apartamentu Loni Gondarczuka.
Miałem broń, ale wolałbym nie sprawdzać, jak się nią posługuję. Obawiałem się,że jeśli już przyszłoby co do czego, raczej waliłbym ze spluwy gdzie popadnie niż mierzył w swojegośmiertelnego wroga. Właśnie po to miałem broń, by nie musieć nikogo zabijać. Pokrętne to wyjaśnienie, ale prawdziwe. Broń miała odstraszyć potencjalnego zamachowca i nie zmuszać mnie do podejmowania obrony, wymagającej jego ostatecznego wyeliminowania.
- Spokojnie Waldi, jeśli ktoś ma iść podścianę to on. Trzeba pomóc chłopakowi - powiedziałem, a w duchu dodałem: A niech go przepuszczą przez maszynkę do mielenia mięsa, niech zdeformują mu jego piękną fizjonomię; niech kilku wyposzczonych mężczyzn dopadnie jego tyłka i powiększy do rozmiarów szafy czterodrzwiowej. - Nikt nie będzie zabijał za jakąś zdzirę. Ona ma to wpisane w ryzyko zawodowe. Tu chodzi o pieniądze. Zapłaci sztraf16 i wszystko rozejdzie się po kościach.
Olga, przysłuchująca się naszej rozmowie, posłała mi spojrzenie pełne nienawiści. Dziewczyny jej profesji nie znosiły, kiedy ktoś nazywał je zdzirami, dziwkami, czy kurwami, z trudnością przełykały określenie prostytutka. Wolały nazywać się dziewczynami do towarzystwa.
Znałem ją na tyle dobrze na ile może znać mężczyzna kobietę, z którą przespał się kilka razy i wysłuchał jej smutnej opowieści o ciężkimżyciu na Wschodzie, co miało usprawiedliwiać konieczność prostytuowania się. One nigdy nie były winne swojemu losowi, winny jestświat, alfonsi i mężczyźni, którzy płacą im za ułudę prawdziwej miłości albo za zaspokojenie swoich mrocznych pragnień. Rzadko spotykałem dziewczynę zajmującą się tą profesją i nazywającą rzecz po imieniu.
Andrzej w tym czasie zdążył wciągnąć na siebie spodnie i bluzę, do tej pory paradował w swoichśmiesznych bermudach z postaciami królika Bugsa. Miał poczucie humoru, nie ma co! Wyciągnął papierosa, zapalił i siadł na sofie, jedynym tu miejscem do siedzenia, pozałóżkiem. Także nie miałem zamiaru sterczeć w jednym miejscu i podpieraćściany, przeszedłem do kuchni, by zaparzyć sobie kawę. Potrzebowałem chwili spokoju, aby zebrać myśli, co dalej powinienem uczynić.
Po wypiciu kawy nie wykazałem się jakąś szczególną odkrywczością, kiedy stwierdziłem,że po prostu należy zadzwonić do Loni. On wydawał się być jedyną osobą władną rozwiązać ten węzeł, który z każdą minutą zaciskał się na naszych szyjach. Im dłużej przebywaliśmy w tym apartamencie, tym bardziej stawaliśmy się wspólnikami Andrzeja, którym także przyjdzie odpowiedzieć za jego porywczą naturę.
Lonia szefował kilku firmom, pełnił funkcję prezesa klubu koszykarskiego; był powszechnie szanowanym obywatelem planującym w niedalekiej przyszłości zostać deputowanym tutejszego Zgromadzenia Narodowego. Nieoficjalnie prowadził całe mnóstwo nielegalnych interesów, m.in. wymuszanie haraczy, przemyt alkoholu, papierosów, samochodów i narkotyków. Lonia Gondarczuk to miejscowy mafiozo, który traktował swoje przedsiębiorstwa, jak podległe mu księstwa; to on ustalał, co jest zgodne z prawem a co nie. Złamanie ustalanych przez niego praw groziło znalezieniem się trzy metry podściółką, otaczających obicie miasto, pięknych lasów. Tak, on był naszym jedynym wybawieniem!
Niestety Gondarczuka nie było w domu ani na daczy; nie odbierał telefonów komórkowych. Po kolejnej godzinie martwego oczekiwania udało mi się skontaktować z Witalikiem, który po wysłuchaniu relacji o sytuacji, w jakiej tonęliśmy po uszy, zapowiedział,że za chwilę oddzwoni z poleceniami, co mamy dalej robić. Odezwał się po półtorej godzinie informując,że Lonia wyjechał do Rygi, skąd wraca jutro rano. Należy czekać. Więc znowu znalazłem się w punkcie wyjścia.
Wizja wspólnego dnia i nocy w jednym pokoju z roztrzęsionym Prezesem, Andrzejem i Olgą, a za drzwiami z bandą alfonsów spragnionych naszej krwi wywoływała we mnie uczucie zniechęcenia. Dopiero teraz usłyszałem,że jest włączone radio. Kolejna dziewczyna o płaczącym głosie umierała z miłości i postanowiła wyruszyć wświat w poszukiwaniu swojego ukochanego. Uciąłem jejśpiew i włączyłem telewizor, z ekranu uderzyła mnie feeria barw reklamy czekoladowych batoników. Odwróciłem wzrok i utkwiłem go w Oldze, pytając:
- Dlaczego nie zadzwoniłaś do nas?
Miała typowo rosyjską monumentalną twarz, osadzoną na długiej szyi, kształtne piersi wielkości dużych greapfruitów i to, co wywoływało ciarki u każdego mężczyzny: strzeliste, niezwykle długie nogi. Blond włosy upięła w kok, ale nie wiedziałem jakim sposobem udało się jej to zrobić, nie zauważyłem szpilki ani grzebienia. Kobiety to potrafią.
Milczała. Zdała sobie sprawę,że wpierw tak powinna postąpić, znała nas od roku czasu. Od kilku miesięcy była częstym gościem w pokoju Fryca. Nikt już jej nie naprawi ubytku w uzębieniu, a to co się teraz może wydarzyć przyniesie kłopoty nie tylko sprawcy, ale i osobom, które nie miały z tym nic wspólnego. Wiedziała,że to ja wynajmowałem ten apartament. Tu po raz pierwszy i ostatni znalazła się ze mną włóżku. Ostatnie wizyty odbywały się bez wiedzy jej alfonsów, dzięki czemu nie musiała płacić haraczu, a mnie sprzedawała się za niższą cenę. Obie strony były zadowolone z tego rozwiązania. Jej alfonsi, to dobrze rozwijająca się grupa młodych chłopaków, która pod swoimi skrzydłami miała już kilkanaście dziewczyn obsługujących miasto na zlecenia telefoniczne i rozstawiała dziewczyny do kilku nocnych lokali. Kolejnych kilkanaście prostytutek pracowało dla nich w Polsce, Słowacji i Czechosłowacji. Zajmowali się także sprzedażą dziewczyn do domów publicznych w Niemczech i Holandii.
- Kurwa! - Prezes powiedział na głos to, co o niej myślał. Dość szybko uznał,że sprawcą nieszczęścia, jakie na niego spadło jest ona a nie jej oprawca.
Olga poderwała się złóżka, potrząsnęła przed nami swoimi bujnymi piersiami i pośladkami i uciekła z jękiem dołazienki. Poszedłem za nią, wcześniej zbierając jej odzież porozrzucaną na podłodze. Siedziała na sedesie i chlipała, podpierając brodę nogami.
- Czemu głupia płaczesz? Pokaż swoją twarz - dotknąłem jej policzka, który przecinała czerwona szrama. Okazało się to być niegroźne zadrapanie. Tak samo jak rozcięta warga szybo się zagoi i nie będzie po nimżadnegośladu. A ząb można wstawić sztuczny. Więc rzekłem: - Mogło być gorzej. Co takiego on chciał?
- Wżupę17 - odparła.
Rozumiałem jej opór, każda porządna dziewczyna w jej fachu chce mieć choć jedno nienaruszone miejsce, które będzie mogła ofiarować ukochanemu, skoro nie może dać mu swojej błony dziewiczej. Większość tak zwanych przyzwoitych kobiet nawet nie zaprząta sobie tym głowy.
- Dałaś mu?
- Sam wziął - odparła i wybuchła jeszcze większym płaczem.
Przytuliłem jej głowę do brzucha i po minucie uspokoiła się. Było miżal dziewczyny. Jeśli można mówić,że prostytutki mają swoje zasady, to Olga je miała. Przynajmniej starała się je przestrzegać.
- Umyj się i ubierz. Porozmawiasz ze swoim bossem18. Nie będziemy siedzieć tu do rana.
Miałem już wychodzić, kiedy ujrzałem, jak stężała jej twarz. Po chwili zrozumiałem o co chodzi. Jak po chwili wyjaśniła, nie poinformowała swojego alfonsa o przyjęciu zlecenia. A za to,że pracuje na czarno bez ich wiedzy, zostanie ukarana. Postąpią z nią jeszcze gorzej niż Andrzej. Następnie przez miesiąc będzie musiała przyjmować najgorsze zlecenia. "Czy ja wiem, co to znaczy spędzić tydzień czasu z czarnymi19?"- zapytała. Nie chciałem wiedzieć.
- Byłam tak zdenerwowana i nie pomyślałam, co robię, gdy zadzwoniłam do bossa - powiedziała z rezygnacją.
Chęć zemsty odjęła jej zdrowy rozsądek. Na szczęście tamci upewniwszy się do kogo należy apartament, nie zaryzykowali siłowego wejścia. Wiedzieli,że prędzej czy później będziemy musieli wszyscy stąd wyjść.
Późnym południem, gdy w apartamencie zapanowała nieruchomość, nikt już nie wygłaszał na głos swoich pretensji, temperatura emocji opadła do zera, Olga wczuła się w rolę gospodyni domowej i parzyła kolejne filiżanki kawy, Prezes ukoił nerwy szklanką wódki i krótką drzemką, a Andrzej kończył ostatnią paczkę papierosów. Zaniepokojony naszą nieobecnością w Zonie Fryc, po odprawieniu samolotem Vernanda, wykręcił numer do nas. Nie dał mi skończyć mówić, gdy usłyszałem:
- Jak mogłeś załatwić mu Olgę, dlaczego ją?
- Bo jest kurwą. Jej telefon był pierwszym, na jaki natknąłem się w notatniku - odparłem zmęczony już tą całą sytuacją.
Trzasnął słuchawką i w trzy kwadranse później zjawił się w apartamencie, z morderczym wzrokiem wbitym w moje oczy. Oznajmił,że przed domem stoją już trzy samochody. Pół godziny później przyjechał następny pojazd z nowymi posiłkami kwadratowych głów. Prawdopodobnie uznano,że gromadzimy siły, aby szturmem przełamać ich oblężenie.
9.
Nie odzywał się ani słowem przez następną godzinę. W milczeniu kończył z nami ostatnią butelkę wódki, jaka znajdowała się w mieszkaniu. Wreszcie Oldze udało się obłaskawić Fryca na tyle, że od czasu do czasu rzucał jakimśżartem, który miał nas wszystkich wesprzeć na duchu. Było to trudne,żołądki przypominały nam o swoim istnieniu, w lodówce poza dżemem, musztardą i keczupem nic nie było do jedzenia. W szafce kuchennej znalazłem dwa opakowania tajlandzkich rosołków błyskawicznych z makaronem. Za mało, aby wyżywić cztery osoby. Do tego, co pół godziny dzwonił telefon i włączała się automatyczna sekretarka, nagrywając stek przekleństw i gróźb pod naszym adresem. Kilka z nich usłyszałem po raz pierwszy wżyciu i Olga musiała mi pomóc w ich zrozumieniu. Jej przyjaciele nie dawali za wygraną. Kiedy zażądali zwrotu dziewczyny, przez chwilę chwyciliśmy się tej propozycji, widząc w tym możliwość przełamania impasu, ale sprzeciw Olgi ostatecznie uciął nasze rozważania o możliwości polepszenia naszego losu.
- Trzeba zamówić jedzenie - rzekłem, odzyskawszy nieco równowagi ducha.
Tak jak każda z zebranych tu osób pogodziłem się z myślą,że na stałe zostałem wmieszany w całą tę historię i zająłem się problemem zaspokojenia doczesnych potrzeb. Nie wyobrażałem sobie głodowania do czasu, aż jutro rano zjawi się nasz wybawca. Nie miałem pewności, czy w ogóle Lonia przyjedzie następnego dnia. Zdarzało mu się nieraz kilkudniowe pijaństwo, z którego nikt nie był w stanie go wydobyć. Wyłączony telefon komórkowy i nie pozostawienie przez niego aktualnego miejsca pobytu, skłaniało do czarnego myślenia. Uważałem,że otaczający nas pierścień nie jest na tyle szczelny, aby uniemożliwić przedarcie się do nas przedstawiciela firmy dostarczającej do domu posiłki.
Zakładałem także, że tamta strona zechce wykorzystać tę okazję, by dokładnie rozeznać się na miejscu w posiadanej przez nas sile. Zamiast pracownika firmy, w której złożyliśmy zamówienie, pojawi się któryś z naszych wrogów. Należało przygotować spektakl, który musieliśmy przed nimi odegrać. Olga wyszła do łazienki, skąd co jakiś czas wydawała dźwięki świadczące,że ktoś tam przebywa, Fryc i Andrzej siedzieli przed szklanąławą, na której leżały karty. Jak mogło zauważyć bystre oko właśnie trwała gra w pokera, przerwana moim odejściem od stołu i udaniem się czwartego gracza za potrzebą. Więziona przez nas dziewczyna została niby ukryta za wnęką, w której stałołóżko.
Rzeczywiście, postura i maniery przybysza jednoznacznie mówiły, z kim mam do czynienia. Wpuściłem go do przedpokoju, dałem mu spokojnie rzucić okiem do living- roomu, w którym panowała zrelaksowana atmosfera, a następnie kazałem przejść do kuchni. Fryc z Andrzejem głośno zaryczeliśmiechem, który miał w sobie coś porażającego, aż ciarki przechodziły po plecach. Jakby to była najzwyklejsza rzecz naświecie, na brzuchu, za paskiem spodni miałem wciśnięty swój samopowtarzalny pistolet, który od czasu do czasu odruchowo dotykałem, stukając palcami po kolbie. Czujne szczurze oczka wielokrotnie zerkały na niego. Kiedy przybysz opuszczał apartament wydawał się być dostatecznie przekonany,że ma do czynienia z ludźmi, którzy niezbyt przejmują się zagrożeniem i potrafią walczyć.
Przez ponad godzinę, po wyjściu fałszywego dostarczyciela posiłków telefon milczał, zdążyliśmy w tym czasie rozprawić się z czterema pieczonymi kurczakami, w lodówce znajdowały się jeszcze cztery porcje. Odezwał się dzwonek i po chwili pojawiła się zapowiedź automatycznej sekretarki - oschłe słowa Witalika, a następnie po długim sygnale dobiegł nas tubalny głos, jak stwierdziła Olga, jej szefa, Z lekceważeniem wysłuchaliśmy ostatecznego ultimatum. Do północy mieliśmy zwrócić dziewczynę i jeden z nas miał udać się do nich na negocjacje w celu ustalenia odszkodowania za krzywdę, jaką wyrządziliśmy ich podopiecznej.
Przyjęliśmy to z lekceważeniem. Nawet nie warto było rozważać tej propozycji. Ani ja ani Fryc nie wierzyliśmy w szczerość ich intencji, sprawy zaszły za daleko i incydent nie zakończyłby się na oddaniu Olgi i wypłaceniu odszkodowania, zakładając,że byłoby ono na tyle realne, aby je uiścić; chodziło o coś więcej, o ich honor, który według nich został naruszony. Musieliśmy zostać przykładnie ukarani, tak by wszyscy w mieście wiedzieli,że kto raz poważy się wystąpić przeciw nim będzie tego gorzkożałował.
Oczywiście należy wspomnieć o tym, że Fryc nie zgodziłby się na wydanie Olgi, wbrew jej woli. Wreszcie dotarło do mnie to, że on się w niej po prostu zakochał. Te wszystkie ich spotkania, jakie ostatnio regularnie się odbywały między nimi, nie miały wyłącznie seksualnego charakteru. Wystarczyło popatrzeć na to, jak on gapił się na nią bezustannie, miętowymi oczami, na co ona reagowała opuszczeniem głowy i oblewała się rumieńcami. Doszedłem do wniosku, że Olga jest jeszcze przedwcześnie dojrzałym dzieckiem. Poczułem ukłucie w okolicach serca, dotarło do mojej świadomości to, że w skrytości ducha zazdrościłem Frycowi tego, że był jeszcze w stanie uwierzyć w szczerość uczucia, jakie może zaistnieć pomiędzy mężczyzną a kobietą; widział sens w jego pielęgnowaniu, walki o nie. Wyśmiewałem go mówiąc: Ludzie nigdy nie umierają z miłości. Na co on odpowiadał, że moim losem będzie tylko samotność. Tą odpowiedzią odbierał mi wszelkie argumenty, zawierała okrutną prawdę. "Czy dlatego jest tobie tak bliska,że jada z tobą kolacje i chodzi dołóżka?" - ratowałem się, ale on spoglądał na mnie z politowaniem, z poczuciem wyższości jaką mają ludzie, widząc przed sobą kogoś kto przegrał najważniejszą rzecz wżyciu - wiarę w miłość.
- Dokąd odpłynąłeś, wracaj do nas - powiedział Andrzej, stukając brzegiem swojej szklanki o moją.
Popatrzyłem na jego roześmianą twarz i doznałem tego samego uczucia, co wczorajszego wieczoru w barze. Oto siedzi przede mną facet, który ma w dupie cudze uczucia - pomyślałem, używając mocnego słowa, ale inne nie wydawało mi się adekwatne. Przypominał mi przeszłość, to, co przez cały czas pragnąłem zabić w sobie, o czym chciałem zapomnieć raz na zawsze. Przez tyle dni i nocy pragnąłem go ujrzeć, zobaczyć kim jest mężczyzna pozbawiający mnie szczęścia. Życzyłem mu śmierci.Śmierci okrutnej; długiej, w niekończących się męczarniach. Układałem kolejne scenariusze i oto siedział teraz przede mną, na wyciągnięcie mojej ręki. Oczywiście miałemświadomość,że nie tylko on wyrządził mi krzywdę, nie on był najważniejszym sprawcą, ktoś inny mnie zdradził. On był tylko wspólnikiem zbrodni.
Odwrócił wzrok.
10.
Kwadrans po północy zadzwonił telefon, usłyszeliśmy ten sam głos co poprzednio. Odrzucając przekleństwa, niewiele powiedział, a to co rzekł można ująć jednym zdaniem, często słyszanym w tej częściświata - Nie wyjdziemy z tegożywi. Nikt się jednak nie przejął wydanym na nas wyrokiem. Albo nikt po sobie nie dał tego poznać. Po takiej ilości alkoholu, jaka mieszała się z naszą krwią, mało kto zdawał sobie sprawę z zagrożenia jakie stanowiła pułapka, w której zostaliśmy uwięzieni.
- Ja tylko drobno kradłem. Inni to...- Prezes, jak zwykle po wypiciu wódki, czuł się rozluźniony i skory do zwierzeń. Słuchając go z Frycem, co chwila puszczaliśmy perskie oko. Andrzej także spoglądał na niego z ironicznym uśmieszkiem na ustach. - Czego mam się bać, przecież nikogo nie zabiłem. Za Polaków, co na obcej ziemi!
Wznieśliśmy w górę szklanki i stuknęliśmy się ich brzegami. Waldiściągnął wreszcie krawat i powiesił go na marynarce. Mankiety koszuli podwinął dołokci. Pod pachami rysowały się wyraźne plamy potu. W odorze wódki przebijał się zapach Old Space, jego ulubionej wody toaletowej. Prezes nie wychodził z domu bez obfitego skropienia się tym pachnidłem i dokładnego przyczesania włosów; na swój sposób był angielskim dżentelmenem, za takiego przynajmniej chciał uchodzić.
- Gdzie do niej ruska, chowa się - stwierdził Andrzej o Absolucie, który zamówiłem razem z kurczakami.
Słowa te uzyskały aprobatę Prezesa, o czymświadczyło głośne westchnięcie. Zakąsił kawałkiem kurczaka, obtarł wierzchem dłoni tłuste usta, rozpromieniał zadowolony na twarzy i po chwili powrócił do swoich zwierzeń, przerwanych wzniesieniem toastu i uwagą Andrzeja.
- Biuro to ważna rzecz. Musi robić wrażenie. Tak, jak to, jakim samochodem się jeździ. Nie musi być fabrycznie nowy, ale żeby był to Mercedes. Kiedy klient przychodził, sekretarka zawsze łączyła rozmowy z zagranicy: Koln, Frankfurt, Paryż, Moskwa. W powietrzu przelatywały kontenery, miliony. Klient głupiał i wpłacał zaliczkę albo całość należnej kwoty. Dla bardziej opornych był magazyn. Stale zamknięty, bo magazynier na chorobowym. Otworzyć nie można, przecież magazynier odpowiada materialnie. Jeśli widok magazynu nie wystarczał, to brało się klienta na podnośnik, aby przez górne okna mógł zerknąć, co jest wewnątrz. Oczywiście znajdowały się tam worki z napisem cukier i nazwą mojej firmy. Równiutko poukładane, odściany dościany. "No, niech pan policzy, ile tu może znajdować się cukru". Klient przeliczał, przytakiwał i płacił. Towar miał otrzymać w ciągu siedmiu albo czternastu dni. Nabierał się na to co drugi. Wystarczyło na stelażach poukładać autentyczne worki z cukrem, by z góry przysłaniały widok pustego magazynu. Oko ludzkie już takie jest,że wszystkiego nie dojrzy. Mała inwestycja, a jak się opłacała. Czasami tylko jakiś wariat wszedł do biura z ludźmi i wyciągał pistolet. Ale z tym też się radziło. Od czego są koledzy? Oj, dobrze się na tym przycinało.
Prezes snując wspomnienia popadał w samozadowolenie. Przechwalał się swoją przebiegłością. Umiejętnie przemilczał wstydliwe fakty ze swojego życia. Na przykład to,że był przeciętnym aparatczykiem w czasie PRL-u, podlizującym się swoim zwierzchnikom, pierwszym sekretarzom komitetów miejskich i wojewódzkich. Na słowo "towarzysz" reagował obrażoną miną. "To historia"- odpowiadał bez poczucia winy. Zawierucha lat osiemdziesiątych, o której wspominał jakby była to narodowa kaźń, "tylu porządnych ludzi odeszło zabitych przez zawał serca", sprawiła,że co prawda nie wywieziono go na taczce za bramę przedsiębiorstwa, ale stracił wszystkie swoje apanaże. Pozostał bez obitego dermą fotela, dębowego, na wysoki połysk biurka, baterii telefonów, osobistej sekretarki, o której mówił z obleśną miną,że nigdy nie przyszła do pracy zapięta pod szyją. Wszystko stracił jednego dnia! Jak się okazało nie na długo. Nadal istnieli dawni jego koledzy, którzy znaleźli się w podobnej do niego sytuacji. Wsparli na duchu. Pomogli. Założył własną firmę. Powrócił tytuł prezesa, biurko, sekretarka.
- Skoro tak dobrze ci szło, to co tutaj robisz? - słusznie zauważył Andrzej.
Waldi poczerwieniał na twarzy i spojrzał na niego z pretensją w oczach. Poczuł taką niechęć do prawie nieznanego mu mężczyzny,że przez dalszą część wieczoru unikał rozmowy z nim. W normalnych warunkach nasze "przyjęcie" by się skończyło, ale wszyscy byliśmy skazani na wspólne towarzystwo.
Nie widziałem możliwości, aby dalsze godziny upłynęły w miłej atmosferze. Każdy siedział z ponurą miną i w absolutnym milczeniu wlewał w siebie kolejne gramy wódki. Nieudolne próby załagodzenia sytuacji podejmowane przez Andrzeja napotykały na naszą niechętną obojętność. Ten facet miał szczególny dar robienia sobie z ludzi wrogów. Kiedy wyczułem tylko odpowiedni moment, przeprosiłem wszystkich i położyłem się w ubraniu na zasłanełóżko. Liczyłem na to,że uda mi się choć na krótko zapaść w odprężającą drzemkę. I prawdopodobnie udało mi się to, skoro nie pamiętam chwil, które doprowadziły do kolejnego niefortunnego zachowania Andrzeja.
Patrzyłem na wszystko z perspektywyłóżka, udając,że nadal pogrążony jestem weśnie.
- To nie jest kobieta, to dziwka, którą może mieć każdy kto zapłaci za rozwarcie jej ud - mówił, podczas gdy Fryc z trudem opanowywał dygotanie ciała. - Zobacz, siedzi teraz z nami i pije, a dopiero wczoraj oberwała. Nawet jak za dziesięć lat ustatkuje się, złapie jakiegoś frajera na stałe, dochowa się bachorów to i tak nie wiesz, czy znowu nie puści się, bo uzna,że nie ma innego wyboru. Czy porządna dziewczyna pójdzie na ulicę tylko dlatego,żeby mieć na sobie kawałłacha? No, powiedz Olga, dlaczego puściłaś się po raz pierwszy? Przymierałaś głodem? - spojrzał na nią i wyszczerzył zęby, tak jak Fryc i Prezes czekałem na jej reakcję.
Nie odpowiedziała. Uśmiechnęła się, ale był to blady, wymuszony uśmiech wypłoszonego dzieciaka.
- Nie mówmy o niej. Nie warto zawracać sobie nią głowy - orzekł Andrzej, nie zdając sobie sprawy,że wszedł na grząski grunt. Nadal do niego nie dotarło to, co wydawało się być już dla wszystkich w tym pokoju rzeczą oczywistą, Olga nie była zwykłą dziwką. Dla jednego z nas jej nikczemna profesja nie miała większego znaczenia, a przynajmniej on nie uznawał tego za wystarczający powód do potępienia. Kochał tę kobietę, a przynajmniej tak mu się zdawało. A teraz jego kobieta była obrażana.
- Ma rację, Fryc - poparł Andrzeja Prezes, który, w ten nienajlepszy sposób, pragnął uniknąć dalszego ciągnięcia rozmowy na drażliwy temat.
Tak jak i ja zdawał sobie sprawę z tego,że za chwilę Fryc eksploduje. Widziałem jak napęczniał od rozpierającej go wściekłości. Twarz mu pobladła, zamieniając się w papierową bezwyrazową maskę, by po chwili pokryć się czerwonymi plamami. Splótł ręce, tak mocno,że pobielały kostki palców. Znałem jego wybuchy gniewu i nikomu nieżyczyłbym stać się obiektem tej nieokiełznanej energii. Miałem przed oczami to, jak po otrzymaniu tajemniczej wiadomości ze swojego kraju, nigdy nie powiedział, co ona zawierała, z drugiej strony nikt z nas na to nie naciskał, w szale zdemolował cały swój pokój. Wyszedł z niego poraniony tak mocno, jakby walczył z potężniejszym od siebie przeciwnikiem a nie z meblami.
- Wypiłeś? - zapytał Andrzeja.
Ten nie rozumiejąc o co chodzi, zerknął na pustą szklankę, którą trzymał w ręce, bawiąc się nią nerwowo, i potwierdził.
- Postaw ją naławę i wstań - Fryc powiedział to tonem nie dopuszczającym sprzeciwu.
Andrzej się podniósł, Fryc, pomimo że dorównywał mu wzrostem, wyglądał przy nim niepoważnie, jeśli założyć,że pragnął wystąpić przeciw niemu. Z góry skazany był na przegraną. To, co się jednak wydarzyło sprawiło,że wszyscy zgromadzeni w pokoju zamarli ze zdziwienia. Fryc wymierzył kopniaka w przyrodzenie Andrzeja. Tak potężne było to uderzenie,że ten zwalił się z jękiem na podłogę i przez dobre kilka minut leżał na niej zwinięty z bólu.
- I tak będzie za każdym razem, jeśli powiesz o niej jakiekolwiek złe słowo - oświadczył.
Prezes napełnił wódką prawie po brzegi szklankę Fryca. Ten ją uniósł w milczeniu do ust, nie roniąc przy tymżadnej kropli, jego ręce nie zdradzały już najmniejszego drżenia i wypił ją kilkoma haustami. Potem spojrzał na Olgę i powiedział:
- Myślałaś, że ja nie będę bić się o ciebie? Że pozwolę bylełachudrze obrażać cię? Musisz zacząćżyć inaczej niżżyłaś dotąd. Masz wszystko czego potrzebuje kobieta - jesteś młoda i piękna. Spakuj swoje rzeczy i wyjedź z tego miasta, zapomnij o nim. Nie dało ci nic dobrego. Wszystkiego czego potrzebujesz to normalnego mężczyzny i domu. To ci wystarczy. Będziesz wtedy szczęśliwa.
Jakiś czas później wziął Olgę i poszedł z nią dołazienki. Odkręcił prysznic. Szum wody jednak nie zdławił tego, co Fryc chciał ukryć, odgłosy ich kochania rozchodziły się po całym mieszkaniu. Nienaturalny, dobrze wyuczony krzyk zadowolenia dziewczyny nakładał się na spazmatyczny jęk spełnienia Fryca. Andrzej i Waldi w absolutnej ciszy patrzyli naświatło padające spod drzwiłazienki do przedpokoju i wsłuchiwali się w dźwięki, od których może oszaleć każdy samotny mężczyzna.
11.
Prowadziłem powoli, starając się nie wypaść z kolein, jakie pozostawił wśniegu, jadący wcześniej drogą, ciężarowy samochód; ostatni pługśnieżny musiał przejeżdżać tędy nad ranem; niebo miało barwę szarego wilka. Mijane wioski wydawały się być wymarłe. Ludzie pochowali się w swoich domach. Do granicy pozostało nie więcej niż kwadrans jazdy. Zerknąłem w tylne lusterko. Trójka prowadzona przez Andrzeja podążała za mną równo, oddalona o kilkanaście metrów, jakbym ciągnął ją na holu.
- Czemu to robisz? - zapytał Fryc, siedzący obok mnie na przednim fotelu, trzymając w ręku papierosa, nie przejmując się tym,że popiół iżar opada mu na spodnie.
- Czasami człowiekowi się zdaje,że może zrobić coś dla potrzebującego - odparłem.
- Jesteś dobrym człowiekiem - wyczułem ironię w jego głosie.
Przekręciłem głowę w jego stronę, popatrzyliśmy sobie w oczy i uśmiechnęliśmy się.
- Chciałbym być całkowitym draniem, ale jestem za słaby - odparłem.
Zwiększyłem nacisk na pedał gazu, pragnąłem już mieć to za sobą. W południe, godzinę po przyjeździe Loni do miasta, mogliśmy bezpiecznie opuścić apartament. Mój miejscowy przyjaciel bez najmniejszych problemów uzgodnił warunki ugody z naszymi prześladowcami. Andrzej miał zapłacić za całą noc spędzoną z Olgą i karę za trwałe oszpecenie ich pracownicy. W sumie wszystko zamykało się w kwocie tysiąca dolarów. W dowód wdzięczności Andrzej miał wykonać dla Gondarczuka zadanie, polegające na przewiezieniu Trójki do Moskwy. Na samochód założono polskie tablice i wypisano na jego nazwisko dowód rejestracyjny. W ten sposób pojazd miał bezpiecznie przejść wszelkie kontrole drogowe. Problem wypłaty tysiąca dolarów został rozwiązany przeze mnie, od tej pory Andrzej stał się moim dłużnikiem.
Natomiast sprawa Olgi wydawała się być ostatecznie rozwiązana ku zadowoleniu jej i Fryca. Dzisiejszego wieczora jej nowy opiekun miał ustalić finansowe warunki rozstania z alfonsami. W ten sposób Olga miała stać się czwartym lokatorem naszegoŁagra.
- Kiedy ostatnio widziałeś się ze swojążoną? - zagadnął Fryc.
- Byłążoną - sprostowałem. - Dlaczego pytasz?
- Nigdy nie wspomniałeś o niej słowem. Kiedyś z twojego portfela wysunęło się jej zdjęcie.Ładna. Dziecko także masz urocze. Wydaje mi się,że ciągle o niej myślisz.
Dziwiłem się sam sobie, że tak łatwo wdaję się w rozmowę o czymś, co wydawało się być dobrze strzeżonym terenem, na który nikt nie miał wstępu. W ogóle nie lubię rozmawiać o kobietach, zwłaszcza o swoich kobietach, tych byłych, jak i obecnych. Jego słowa sprawiły,że przed oczami pojawiła się ona. Tak jaką widziałem po raz ostatni: W krótkiej czarnej sukience, przylegającej do ciała, pod którą nie było stanika. Kiedy usiadła ujrzałem trójkącik czarnych koronkowych majtek. Każdy jej gest, ruch, to w jaki sposób założyła nogę na nogę miał wywołać we mnie chęć jej posiadania. I stało się tak jak zaplanowała, nie wytrzymałem narastającego we mnie podniecenia, które wypchnęło w niebyt jej niedawne słowa, zapowiadające rozstanie. "Odchodzę, słyszysz? Odchodzę"- mówiła, gdy zdejmowałem z niej sukienkę i przywarłem do piersi, by kąsać twardniejące sutki. Przesunąłem się wargami wzdłuż jej brzucha, by chwycić zębami cienką materię skrywającą jej pachnącą rozgrzanymi słońcem rybimiłuskami kuciapkę. Kiedy wsunąłem w nią język wygięła się do tyłu i pociągnęła mnie za włosy. Zasyczałem z bólu i mszcząc się zagryzłem zęby nałechtaczce. Kilka minut później jej głowa znalazła się między własnymi kolanami. Wchodziłem w nią z wściekłością, która przerażała mnie samego. Eksplodując wbiłem paznokcie w jej uda i przesunąłem je po nich wolno, pozostawiając czerwone pręgi. "Zachowujesz się jak zwierzę"- powiedziała po wszystkim. Na dworcu pozwoliła się jeszcze pocałować, ale było to bierne oddanie. Nawet nie odwróciła głowy, gdy wchodziła na stanowisko odprawy pasażerów. Odeszła, bo nie była już zakochana we mnie. Pokochała innego mężczyznę. Tego samego mężczyznę, od którego kiedyś uciekła.
- Sypia teraz z facetem, któremu się zdaje