2011-10-11
Śmierć za trzysta tysięcy (Sprawa Olewnika)
Książka Latkowskiego i Pytlakowskiego powinna być lekturą obowiązkową dla sejmowych śledczych.
Paradowska o "Śmierć za 300 tysięcy"
Porwanie i zabójstwo Krzysztofa Olewnika poruszyło opinię publiczną, politycy prześcigali się w deklarowaniu pomocy rodzinie w wyjaśnieniu sprawy, powołano sejmową komisję śledczą, która pracuje bez wielkiego rozgłosu, bo sprawa nieco się przeterminowała i przykrywają ją coraz to nowie zdarzenia.
Media, które przez lata nie uznawały jej za zbyt interesującą. nagle się ożywiły od czasu do czasu epatują nieznanymi ponoć, bulwersującym i szczegółami. Dlatego książka, napisana przez Sylwestra Latkowskiego i naszego redakcyjnego kolegę Piotra Pytlakowskiego (wydana przez Świat Książki. 2009), ukazała się w dobrym momencie. Autorzy należą do grona tych nielicznych, którzy porwanie, wieloletnie poszukiwania i morderstwo popełnione na Krzysztofie Olewniku od początku uważali za ważne, sprawą się interesowali, pisali o niej i mają wiedzę większą niż być może niejeden prokurator i poseł śledczy. Mają też odwagę, by nie ulegać owczemu pędowi, nakazującemu szukać spisku najlepiej z udziałem polityków z pierwszych stron gazet - bo to dobrze się sprzedaje, oraz odwagę, by płynąć pod prąd, także gdy chodzi o kwestie rodzinne Olewników, trudne stosunki ojca z synem i postępowanie rodziny, zwłaszcza zwlekanie z zapłaceniem okupu oraz poszukiwania na własną rękę. Które - nie maco ukrywać- komplikowały postępowanie organów ścigania.
Ta książka ma kilka walorów nie do przecenienia. Nie epatuje sensacją, nie próbuje przemawiać do czytelnika miałką czułostkowością, natomiast zawiera dokumenty (niektóre publikowane po raz pierwszy) - jak choćby podsłuchy rozmów porywaczy, rozmawiających z rodziną za pośrednictwem właśnie Krzysztofa - rzeczywiście wstrząsające. Pokazuje bardzo rzetelnie pracę organów ścigania, wykonujących mnóstwo czynności, które jednak nie złożyły się w żaden obraz. Było tak, jakby wszyscy kręcili się w kółko, mając rozwiązanie w zasięgu ręki i nie mogli na nie trafić. Z powodu braku profesjonalizmu? Nadmiaru informacji? Właśnie owej dwutorowości, gdzie po jednej stronie mamy zrozpaczoną, ale wykonującą czasem niezrozumiale gesty rodzinę, po drugiej policję, prokuraturę i grono ludzi podobno dobrej woli, którzy chcą pomóc i w efekcie nie pomaga nikt? Z powodu braku utalentowanego prokuratura, który potrafiłby postawić hipotezy, solidnie potem sprawdzane? Tu nie ma gotowych, łatwych odpowiedzi.
W tej książce nikt nie jest z góry czarnym lub białym charakterem. Autorzy docierają do osób przez opinię publiczną już praktycznie skazanych, gdyż ojciec Krzysztofa Olewnika na różnych etapach sprawy tracił do nich zaufanie, jak choćby do Grzegorza Korytowskiego, działacza SLD z Płocka, czy serdecznego ongiś przyjaciela Olewników, byłego policjanta Wojciecha Kęsickiego. Te opowieści są momentami fascynujące, gdyż pokazują drugą stront medalu, ludzi, którzy znaleźli się nagle po stronie wrogów i nie potrafią poradzić sobie z nową sytuacją. Czy ich opowieści są prawdziwe? Brzmią autentycznie, ale od weryfikacji jest prokuratura i ewentualnie komisja śledcza.
Mamy też wreszcie szersze spojrzenie na kwestię porwań dla okupu, dzięki komentarzom o kulisach tej sprawy i porwań dla okupu autorstwa Janusza Kaczmarka, prokuratora, który porwaniami zajmuje się zawodowo i którego ta sprawa od dawna interesowała.
Trzeci walor to porządna śledcza robota, przedarcie się przez tomy akt, docieranie do ludzi, do których nie docierano, a którzy nawet epizodycznie pojawiali się w życiu Krzysztofa Olewnika i jego rodziny. To uczy pokory, sprawia, że nie feruje się łatwych sądów, nie wydaje wyroków, raczej stawia się znaki zapytania. Czytelnik sam może osądzić, jak w tej tragedii rozkładały się role poszczególnych aktorów.
Ta książka ma też walor reporterski. Autorzy pokazują polską prowincję w całym jej bogactwie dziwnych, ale traktowanych jako cos zupełnie zwyczajnego, powiązań między władzą a miejscowym biznesem. Oświetlają działanie systemu znajomości, poleceń i przysług, finansowych karier, często nieoczekiwanych, i ich upadków, zaradności i bezradności. W takim krajobrazie, gdzie wszyscy wszystkich znają, wszystko o sobie wiedzą, wydarzyła się tragedia zamożnego młodego człowieka, pełnego życia, lubiącego, nawet ponad miarę, kobiety. ł nie ma odpowiedzi na wydawałoby się najprostsze pytanie: dlaczego?
Sejmowa komisja śledcza dostała od pełnomocników rodziny Krzysztofa Olewnika dość dziwny, anonimowy dokument (autorzy analizują go precyzyjnie, pokazując niespójności, opieranie się na niesprawdzonych danych i emocjonalnych hipotezach), który w politycznej gorączce nazwano mapą drogową dla samej komisji śledczej, gdyż zawiera ponoć listę błędów organów ścigania. Tymczasem to książka Latkowskiego i Pytlakowskiego powinna być lekturą obowiązkową dla sejmowych śledczych.
Janina Paradowska, Polityka nr 27, 4 lipca 2009
e-book: http://www.empik.com/smierc-za-300-tysiecy-pytlakowski-piotr-latkowski-sylwester,p1044666304,ebook-p
Śmierć za 300 tysięcy (fragmenty wstępu)
...O porwaniu syna przedsiębiorcy z Drobina pod Płockiem media donosiły wstrzemięźliwie (..)
Wydawcy telewizyjni i redaktorzy prasowi nie wyczuli w tej historii bluesa. Dziennikarze, którzy chcieli podejmować temat na nowo, słyszeli, że sprawa jest już skonsumowana. O czym tu jeszcze pisać, to już nudne! Dzisiaj to zabrzmi jak anegdota, chociaż mało zabawna, kiedy na kolegium redakcyjnym jednej z gazet reporter zgłaszający chęć opisania porwania Krzysztofa Olewnika, usłyszał od szefa działu, że to temat przechodzony i żeby zajął się czymś ciekawszym. A po latach, kiedy Olewnikowie byli już na ustach całej Polski, ten sam szef działu grzmiał w programie telewizyjnym, że to skandal, iż sprawę tego porwania zlekceważono i nawet media nie dostrzegły jej wagi.
Zainteresowanie wzrosło, kiedy schwytano sprawców i w październiku 2006 r. znaleziono ciało zamordowanego Krzysztofa. Potem przed płockim sądem odbył się proces gangu porywaczy, zapadły wyroki.
Rodzina ofiary wciąż przekonywała, że na ławie oskarżonych nie zasiadają wszyscy winni zbrodni, że ktoś odpowiada za błędy w śledztwie, a ktoś inny mógł porwanie zaplanować i teraz kryje się w cieniu. Olewnikowie opowiadali o bezdusznych politykach, których bezskutecznie błagali o pomoc, sugerowali, że osoby z ważnych gabinetów też w jakiejś mierze uczestniczyły w spisku na życie ich syna i brata. Ich wynurzenia traktowano jednak z dystansem. Przeżyli dramat i teraz wszędzie wietrzą spisek. Opinia publiczna nadal nie wykazywała szczególnego zainteresowania tą historią.
Wszystko zmieniło się, kiedy w płockim areszcie popełnił samobójstwo Sławomir Kościuk, jeden z morderców Krzysztofa. To było już drugie samobójstwo w tej sprawie. Rok wcześniej w areszcie w Olsztynie pozbawił się życia Wojciech Franiewski, uznany przez śledczych za szefa gangu. A do tej listy na początku 2009 r. dołączył trzeci główny sprawca Robert Pazik. Powiesił się w płockim więzieniu. Taka seria działała na wyobraźnię. Spowodowała, że nagle wybuchło niebywałe zainteresowanie Olewnikami i ich tragedią(...)
Nagły wybuch ogólnonarodowej fascynacji sprawą Olewników, to prawdziwy fenomen społeczny. Łzy ojca, drżący głos siostry i ich przejmująca opowieść o walce i bezradności spowodowały, że utożsamiono się z nimi. Ich ból stał się bólem powszechnym. Reakcją na ich płacz był ogólny szloch. Zadawane przez nich pytania powtarzano jako własne. Dlaczego nie uratowaliście naszego syna i brata? Dlaczego zlekceważyliście nasze prośby? Dlaczego nie chcieliście w porę schwytać bandytów?
Dla wszystkich stało się jasne, że oto w majestacie państwa, pod okiem organów ścigania i wymiaru sprawiedliwości popełniono straszną zbrodnię. Od chwili porwania upływały godziny, dni i tygodnie, szanse na uratowanie ofiary topniały, a śledczy wciąż brnęli w ślepe zaułki. Czas w tej sprawie miał pierwszorzędne znaczenie. Uciekał nieubłaganie, przelewał się przez palce, wreszcie go zabrakło. Po prawie 22 miesiącach Krzysztofa zamordowano. Po 55 miesiącach znaleziono jego ciało i ujawniono bezpośrednich sprawców. Dzisiaj już wiemy na pewno, że uczyniono bardzo niewiele, aby uratować Krzysztofa. A może, jak twierdzą niektórzy, nie uczyniono nic. Wykonano co prawda setki czynności śledczych, rozpytywano, przesłuchiwano, analizowano i badano ślady w laboratoriach, ale wciąż błądzono we mgle fałszywych tropów, mylnych hipotez i błędnych wersji.
Ta sprawa pozostanie w świadomości Polaków i będzie przywoływana jako przykład złego funkcjonowania systemu bezpieczeństwa. To tylko jedna śmierć, ale na miarę symbolu. I chociaż bezpośrednich sprawców schwytano i osądzono, to wciąż panować będzie przeświadczenie, że ktoś jeszcze ukrył się w cieniu, uniknął kary.
Do dzisiaj trwają dyskusje, czy w latach 30. XX wieku słynna guwernantka Rita Gorgonowa zabiła córkę swego chlebodawcy, czy też posądzono ją niesłusznie. Dyskusje o winnych śmierci Krzysztofa Olewnika także będą toczone przez dziesiątki następnych lat.
Wymiar sprawiedliwości poniósł już wiele klęsk. Nie wiadomo kto zabił byłego premiera Piotra Jaroszewicza i jego żonę. Kto zlecił zabójstwo generała policji Marka Papały. Nie znane są kulisy wielu ciężkich zbrodni, bo w śledztwach popełniano błędy, gubiono dowody, zadeptywano ślady. Śledztwo w sprawie uprowadzenia Olewnika to, według adwokatów rodziny ofiary błąd na błędzie, pomyłka na pomyłce. W tej książce opowiemy o rodzinie Olewników, dla których czas dzieli się na ten szczęśliwy, sprzed porwania Krzysia i ten straszny, po porwaniu. O kulisach zbrodni i jej konsekwencjach. O tajemnicach śledztwa. O ludziach, którzy pomagali, ale i o tych, którzy żerowali na nieszczęściu. O bandytach i o policjantach. O też o błędach popełnionych przez pokrzywdzoną rodzinę i o próbach wykorzystywania tych obolałych swoim nieszczęściem ludzi dla innych celów, a nie tylko w dążeniu do prawdy.
Opowiemy o historii, która już zawsze będzie znana jako sprawa Olewnika.
Fragmenty wstępu do książki "Śmierć za 300 tysięcy". Wydawnictwo - Świat Książki.
Synuś i Jaco (fragmenty rozdziału)
Krzysztof, najmłodszy z dzieci Ewy i Włodzimierza, rocznik 1976, był, jak to często bywa z najmłodszymi dziećmi, maminym synkiem. Matka go rozpieszczała, ojciec wymagał. Wymarzył sobie, że kiedyś to Krzysio przejmie po nim schedę. Ale syn nie wykazywał uzdolnień biznesowych. Ojciec żalił się nawet znajomym, że chłopakowi wciąż w głowie śpiewają skowronki, nie chce się uczyć. Ganił go za to, a wtedy mama skrycie chłopaka pocieszała. Ale Włodzimierz miał też powody do radości. Krzyś od dziecka interesował się rolnictwem. Podobno w wieku siedmiu lat nauczył się jeździć na traktorze. I lubił pracować w gospodarstwie.
Krzysztof najlepiej czuł się w towarzystwie Danusi. Starszej o trzy lata siostrze mógł powierzać swoje dziecięce sekrety, radzić się, żalić. Zawsze trzymała jego stronę, kiedy trzeba pocieszała, albo chwaliła. A kiedy dorósł, nadal traktował Danusię jako powiernicę swoich, teraz już męskich tajemnic. Miał powodzenie u dziewczyn, siostra rosła w dumę, kiedy koleżanki zachwycały się jego urodą. Często razem chodzili na imprezy. Krzysztof super tańczył. Na zdjęciach z tego okresu zachowały się ujęcia, kiedy tańczyli razem. Krzysztof uśmiechnięty, a Danusia wpatrzona w niego z miłością. Ich relacje tłumaczą, dlaczego po porwaniu to głównie Danuta Olewnik, a nie najstarsza z rodzeństwa Anna, tak walczyła o ratunek dla Krzysia. Chodziła z ojcem do ministrów, czekała na audiencje udzielane łaskawie przez prokuratorów. I tak zostało do dzisiaj. To Danuta z ojcem, a nie jej mama i siostra, występują publicznie, domagają się ukarania winnych zaniedbań.
Od podstawówki Krzysztof przyjaźnił się z Jackiem Krupińskim. Siedzieli w jednej ławce, a po szkole też nierozłączni, grali w piłkę, chodzili do cukierni i podrywali koleżanki. Krzysztof nazywał przyjaciela „Jaco”, a ten rewanżował się ksywką „Synuś” (w znaczeniu: maminsynek).
Mama Jacka była kucharką, ojciec pracował w warsztacie. W latach 80. status społeczny obu rodzin był mniej więcej równy, chociaż Olewnikom powodziło się nieco lepiej, rolnictwo dawało dochody, a szczególnie chów trzody. Ale później, po otwarciu pierwszej masarni, finansowo to już była przepaść. Jaco schował się w cieniu Synusia, ale to go nie urażało. Ambitny, planował, że kiedyś też dojdzie do forsy. Skończyli podstawówkę i poszli do szkół zawodowych. Jeszcze nie mieli wtedy parcia na karierę. Zawodówki były skrojone na ich miarę. Trochę krótkowzrocznie zaplanowali sobie przyszłość, bo kiedy po trzech latach szkoły skończyli, upomniało się wojsko. Bardziej z obawy przed kamaszami, niż z pędu do wiedzy, obaj zdecydowali się na dalszą naukę w płockim technikum mechanicznym. Krzysiek od małego miał smykałkę do dłubania w silnikach. Skończył „mechanika”, ale Jacek odpadł. Nie chciało mu się uczyć, a może proza życia wymusiła, że zamiast do szkoły poszedł do roboty.
Rodzicom Krzysztofa, tak przynajmniej dzisiaj twierdzą, przyjaźń syna z młodym Krupińskim nie przypadła do gustu. W tym chłopaku było coś dziwnego, nie ufali mu, obawiali się, że ma zły wpływ na Krzysia. Być może podejrzewali, że o ile ze strony Krzysia intencje były szczere, to Jackiem kierowało wyrachowanie. Ale otwarcie nigdy nie sprzeciwili się tej znajomości, przyjaźń przetrwała. Dzisiaj Jacek Krupiński siedzi w areszcie pod zarzutem udziału w gangu porywaczy. Według prokuratora miał uczestniczył w uprowadzeniu Krzysia. Jacek nie przyznaje się do winy.
W obszernym liście jaki otrzymaliśmy, Jacek z aresztu opowiada o swoim życiu i relacjach z Synusiem. Ujawnia, że on i jego rodzice pracowali u Olewników. Zaczął zarabiać w wieku 14 lat. Malował płoty, mył samochody firmowe. To były marne grosze, ale dla nastolatka z ubogiej rodziny, niewyobrażalne kokosy. Mama zatrudniła się w masarni Olewnika, a tata najął się za stróża nocnego w jednej z firm pana Włodzimierza (Pek-Mont – Olewnik był tam jednym z udziałowców). W tej samej firmie Jacek, już dorosły, dostał pierwszy w życiu etat, był zaopatrzeniowcem. Jego kolegą z pracy był w tamtym czasie Irek Piotrowski, zwany Bokserem, skazany później za udział w porwaniu Krzysia.
„Wszystko, co miałem, zawdzięczałem Krzysztofowi” – pisze Jacek z aresztu. Dzięki tej przyjaźni korzystał z pomocy całej rodziny Olewników. Jeździł z nimi na wakacje, z Krzysiem wypuszczał się za granicę. Danka dała mu pieniądze na prawo jazdy i pożyczyła na kupno pierwszego samochodu w życiu – starego malucha. Zapamiętał wspólne sylwestry w Zakopanem z Krzyśkiem i Danusią. W końcu, jak twierdzi, za radą Krzysia, otworzył własną firmę. Dostarczał materiały budowlane do zakładów Olewnika. Potem wziął się za obrót stalą. Wspomina słowa jakie usłyszał od pana Włodzimierza: Wierzę, że będą z ciebie ludzie”. Kłamie? Chyba nie, bo przecież to sam Olewnik-senior żyrował mu wtedy 100 tys. zł kredytu, jaki wziął na rozwój firmy. A potem nie chciał zwrotu pieniędzy. W zamian jednak zażądał, aby Jacek dopuścił do spółki Krzysia(...)
Jacek i Krzysio chociaż już w roli poważnych biznesmenów, wciąż uchodzili w Sierpcu i Płocku za używających życia wesołków. Krzysiowi wypadało, był przecież kawalerem, ale Jacek, który w 1999 r. ożenił się z Iwoną, dziewczyną z Pruszkowa, jak na młodego męża i tatusia (szybko urodziło się im dziecko) trochę zbyt lekko podchodził do życia. Pasją obu przyjaciół były skutery wodne. Pływali po Wiśle, ścigali się, baraszkowali, cały Płock im zazdrościł. Często towarzyszył im znajomy z Płocka, Krzysztof W. zwany Panelem. Taki lokalny król życia, drogi samochód, złoty sygnet, wokół piękne dziewczyny. Po zaginięciu młodego Olewnika Panel wyprowadził się z Płocka. Podobno zajmuje się teraz handlem samochodami i skuterami wodnymi. Mieszka w okolicach Warszawy. Wspominamy o nim, bo to charakterystyczna postać. Krąg przyjaciół i znajomych Krzysia Olewnika składał się z wielu podobnych osób. Z jednymi ścigał się po Wiśle skuterem wodnym, z innymi imprezował w nocnych lokalach, z niektórymi rywalizował na strzelnicy sportowej. Był dobrym strzelcem, podobnie jak Jacek, ale tylko Krzysio z pasją oddawał się strzelectwu. Obaj posiadali legalną broń i bezterminowe zezwolenia. Grzegorz Korytowski, lokalny działacz SLD i były wicestarosta z Sierpca, dzisiaj przedstawiany, jako czarny charakter i oskarżany przez Włodzimierza Olewnika o wyłudzanie pieniędzy za rzekomą pomoc w poszukiwaniu syna, a nawet o udział w spisku na jego życie, miał z Krzysztofem wspólne hobby:
- W gruncie rzeczy łączyło nas zamiłowanie do broni, lubiliśmy strzelać. Jestem członkiem klubu sportowego. Krzyś strzelał tak bardziej rekreacyjnie. Pamiętam, że kiedyś jego tato zorganizował grilla na terenie obok zakładów mięsnych w Świerczynku. Miał tam coś w rodzaju strzelnicy, taki kulochwyt. I strzelaliśmy sobie do celu. Był Krzysio, Jacek Krupiński i zięć pana Włodzimierza, Lech Mikołajewski. Pytają panowie, czy to legalna strzelnica. Szczerze mówiąc nie wiem.
Jest mało prawdopodobne, aby strzelnica w Świerczynku była legalna, ale to nie miało większego znaczenia. Na grillach u pana Włodzimierza bywali policjanci i też zabawiali się strzelaniem z ostrej amunicji do kulochwytu. Pozycja Olewnika seniora była niepodważalna. Nikomu nawet do głowy nie przyszło, aby dopytywać, czy ma pozwolenie na prowadzenie strzelnicy sportowej.
Żona Jacka, Iwona nie lubiła Krzysia. Prawdopodobnie uważała, że to on wyciąga jej męża z domu, namawia do grzechu. Krzysztof też za nią nie przepadał. Iwona była o Jacka zazdrosna. Do tego stopnia, że kiedy w domu Krzysztofa odbywało się męskie przyjęcie, to ostatnie poprzedzające uprowadzenie, przyjechała wieczorem tylko po to, aby sprawdzić, czy mąż faktycznie tam jest. Nawet nie weszła do środka. Iwona też znalazła się potem na liście podejrzanych. Pochodziła przecież z Pruszkowa, znała osoby powiązane z tamtejszym, słynnym na cały kraj gangiem. Jedna z jej przyjaciółek, Dorota, była dziewczyną gangstera. Jacek kilka razy spotkał się z nią. Brał namiary na gangsterów. Podczas rewizji w domu Iwony i Jacka znaleziono notes z telefonami. Był wśród nich numer do Krzysztofa M., ps. Fragles, byłego antyterrorysty z jednostki na Okęciu, który pod odejściu ze służby przeszedł na drugą stronę, przystał do bandytów. Uważano go za członka gangu Mutantów specjalizującego się w napadach na Tiry i w porwaniach dla okupu. To Mutanci dokonali słynnego porwania syna przedsiębiorcy mięsnego z Wyszkowa. Jacek Krupiński tłumaczy w liście, że pojechał kiedyś z Dorotą nad zalew Zegrzyński. „Mówiła mi, że ma jakiegoś gościa, który może pomóc. Jeździliśmy po przystaniach, szukaliśmy jakiejś łodzi. Dorota dzwoniła gdzieś z mojego telefonu. Później dowiedziałem się, że chodziło o Fraglesa”. O wszystkim, jak pisze, powiadamiał natychmiast rodzinę Olewników. Konsultował z nimi każdy swój wyjazd w sprawie Krzysia.
Małżeństwo Iwony i Jacka nie przetrwało próby czasu. Rozwiedli się. Iwona z dzieckiem wyjechała z Drobina.
Fragmenty rozdziału "Synuś i Jaco" książki "Śmierć za 300 tysięcy". Wydawnictwo - Świat Książki.
Janusz Kaczmarek - Kulisy sprawy Olewnika 16-06-2009 16:54
30 października 2005 r. zostałem prokuratorem krajowym. Niebawem przyjąłem w swoim gabinecie rodzinę Olewników. Opowiadają u kogo interweniowali i jak ich kto potraktował. Największy żal mają do Ryszarda Kalisza. Włodzimierz Olewnik mówił o arogancji z jego strony. W pewnym momencie córka wręcz uklękła i chciała całować ministra po rękach, żeby zainteresował się tą sprawą. Wymieniają też innych: ministra Kurczuka, ministra Sadowskiego oraz w mniejszym stopniu pana prokuratora Olejnika i pana generała Adama Rapackiego. Wręczają mi książkę, którą nazywają księgą hańby, gdzie są kopie pism do różnych instytucji, do różnych ministrów i do różnych posłów. Mówią , że interweniowali u nich, składali te same prośby, ale brak było reakcji.
Ich pełnomocnik pan mecenas Bogdan Borkowski mówił, bym zainteresował sprawą ministra Zbigniewa Ziobro, bowiem prośby rodziny pozostają bez jakiejkolwiek reakcji, a przecież nawet od strony politycznej mógłby pan Ziobro przy okazji tej sprawy pokazać się jako osoba, która dba o skrzywdzonych.
Wydałem polecenie, aby prokuratorzy dokonali analizy akt. Dostałem ją 30 listopada 2005 r.. Z analizy wynikało, że są dwie obowiązujące wersje: o samo-uprowadzeniu i o uprowadzeniu przez zorganizowaną grupę przestępczą. Ale na pierwszym miejscu wciąż samo-uprowadzenie.
Rodzina Olewników wciąż prosi o przekazanie sprawy do Olsztyna, już z konkretnym wskazaniem, żeby sprawę prowadził pan prokurator Jasiński. Tymczasem prokuratorzy z którymi się konsultowałem uważają, że śledztwo dalej powinno być dalej prowadzone w Warszawie, bo nie została wyeliminowana wersja samo-uprowadzenia i w związku z powyższym nie wiadomo „w co gra rodzina”. A jeśli jednak porwania dokonała zorganizowana grupa przestępcza, to przeniesienie tej sprawy poza Warszawę spowolni to śledztwo. W związku z tym podejmują decyzję o pozostawieniu sprawy w Warszawie. Znów odwiedzają mnie Olewnikowie. Są zrozpaczeni, ale wciąż zdeterminowani. Wyglądają, jak ludzie którzy zrozumieli, że znów odbili się od ściany, a teraz tą ściana z ich punktu widzenia jestem ja. Przedstawiają mi informacje o błędach, które popełniono w tym śledztwie, których nie ma w mojej analizie, mówią o funkcjonariuszach policji, którzy ich zdaniem powinni mieć zarzuty, mówią o prokuratorach którzy zafałszowali niektóre dowody.
Wiosną 2006 r. podejmuję decyzję – sprawa trafi do Olsztyna. Obiecuję to Olewnikom. Wysyłam ich do prokuratora Bogdana Święczkowskiego, szefa wydziału przestępczości zorganizowanej Prokuratury Krajowej. On już wie o mojej decyzji. Biorę za nią wyłączną odpowiedzialność, na aktach wpisuję stosowną adnotację. Święczkowski stwierdza, że w jego mniemaniu nie ma podstaw przekazania sprawy do Olsztyna, ale oczywiście honoruje moją decyzję. Gdyby to od niego zależało, to by takiej decyzji nie podjął. Identyczne zdanie przedstawił rodzinie Olewników. Jednocześnie zaznaczył, że jeżeli oni kiedyś do niego przyjdą, aby przeniósł sprawę jeszcze do innej jednostki, to ich po prostu wyrzuci za drzwi.
Ja Olewników ostrzegam, że przeniesienie sprawy spowoduje w pierwszym okresie jej spowolnienie, bo przez kilka pierwszych miesięcy prokurator będzie się zapoznawał z aktami. Nawet najlepszy prokurator będzie musiał mieć czas, żeby, zweryfikować plan śledztwa, no i rozpocząć całą sprawę od nowa. Odpowiedzieli mniej więcej w tym stylu: co znaczą miesiące wobec tylu lat które minęły w tej sprawie.
Fragmenty rozdziału "Janusz Kaczmarek - Kulisy sprawy Olewnika" książki "Śmierć za 300 tysięcy". Wydawnictwo - Świat Książki.
Olejnik odpowiada
Prokurator Kazimierz Olejnik: Przez pewien czas byłem przekonany, iż czynności wykonywane przez tą specjalną grupę policyjna nie dały żadnego efektu, zaś sprawa została wyjaśniona dopiero po jej przekazaniu do Prokuratury Okręgowej w Olsztynie. W jednej z publicznych wypowiedzi, już po śmierci Kościuka postawiłem nawet taki zarzut. Skontaktowali się wtedy ze mną policjanci pracujący w tej grupie i wyjaśnili mi, iż jestem w błędzie, gdyż sprawa została wyjaśniona w dużej części na ich ustaleniach, zaś śledztwo zostało przekazane do Olsztyna już po zatrzymaniu Kościuka i ujawnieniu przez niego okoliczności popełnienia tego przestępstwa (tu prok. Olejnik jest w błędzie, Kościuk zaczął zeznawać dopiero w Olsztynie – przyp.. aut.). Nie jest więc do końca prawdą, iż przełomem było przekazanie sprawy do Olsztyna.
Prawdą jest natomiast , iż do dnia mojego wypadku policjanci zajmujący się tą sprawą wielokrotnie podczas kolejnych spotkań zapewniali mnie, iż Krzysztof Olewnik żyje i utrzymuje kontakty z niektórymi członkami rodziny. W mojej ocenie jest to jeden z podstawowych dylematów w tej sprawie wymagających bezwzględnego wyjaśnienia, czy był to błąd, pomyłka, czy też celowe wpuszczenie śledztwa w ślepy zaułek. Jeżeli szukamy przyczyn tak licznych błędów to może jest to zagadnienie podstawowe.
Fragmenty rozdziału "Olejnik odpowiada" książki "Śmierć za 300 tysięcy". Wydawnictwo - Świat Książki.
Zobacz także
Zwiastun 3 odcinka cyklu Sylwestra Latkowskiego "Granice kariery". Codziennie w Polsat Play.
Kiedy przez chwilę spojrzałem na Macieja, pomyślałem, że za chwile wybuchnie. Twarz miał bladą, zmęczoną, spiętą. Oby dotrwał do wystawy, pomyślałem.
Kim są ludzie trafiający w szeregi przykrywkowców? Jak dokonywany jest nabór kandydatów do tej pracy? Na czym polega szkolenie funkcjonariuszy?
Dwóch nagich mężczyzn w saunie parowej rozmawiających o filmie, o stanie polskiego kina. O tym, że tak naprawdę nie da się robić w Polsce filmów. Tyle się mówi o zmianach, ale wszystko stanęło. Piotr Reisch, dystrybutor SPI i Spinki, ostatn