2011-12-26
Jak inni pamiętają (część pierwsza)
Po publikacji książki Sylwestra Latkowskiego "Pamiętam jak...", czytelnicy zaczęli przesyłać do wydawnictwa swoje wspomnienia.
Urodziłam się w 1971 roku, więc dane mi jest trochę pamiętać... .
W związku z tym, iż będąc dzieckiem mieszkałam w Stargardzie Szczecińskim, bliżej w "Kluczewie", gdzie stacjonowało wojsko rosyjskie, miałam dzieciństwo bardzo urozmaicone i barwne .
Pamiętam, że nie bardzo rozumiałam, dlaczego moja mama wiesza w oknach bielutkie firanki, skoro "przyjaciele z ZSRR" przyklejają do szyb gazety "Prawda" w ich ojczystym języku.
Pamiętam,.... że w okresie octu na półkach , w sklepach na terenie wojsk rosyjskich (ogrodzonych) półki zdobiły słodkości: cukierki czekolady, ciastka i to rodzimej produkcji. Dla nas jednak (dla Polaków) te rarytasy były niby na talony, ale czasami w przypływie dobrego humoru wymalowanej przesadnie i pachnącej tanimi, kiepskiej jakości perfumami sprzedawczyni - mogliśmy je kupić, ale tylko ze słoikiem przeterminowanej ikry lub cuchnącego tortu. Fakt, kupowaliśmy te rzeczy, by za rogiem sklepu wyrzucić je do kosza.
Pamiętam, że koło ww. sklepów maszerowali rosyjscy żołnierze z opaską na ręce z napisem "PATROL", co oznaczało szczęście w nieszczęściu , gdyż oni łapali nas i wzywali polską Milicję, która natomiast po spisaniu naszych nazwisk (ukaranie za "nielegalne przekraczanie granic”) odwoziła nas do domów.
Pamiętam, że w ramach integracji dzieci polskich z rosyjskimi organizowano w szkole występy w języku naszych przyjaciół. Nienawidziłam dwóch kitek na głowie i przesadnie wielkich kokardek w kolorze czerwonym.
Pamiętam...., że podczas sprzedaży losów w naszym kiosku , okazało się, że każdy los wygrywa (co nie było rzeczą normalną), a to telewizor, radio czy pralkę. Szybko okazało się, że do Stargardu Szczecińskiego i okolic trafiły wszystkie losy "pełne" przeznaczone na całą Polskę. Niestety, całą loterię jeszcze w tym samym dniu wycofano.
Pamiętam, jaka byłam dumna, gdy wygraliśmy wojnę z "ruskimi" na śnieżki; (niekiedy kończyło się to straszną bijatyką).
Pamiętam, jak do kiosku rzucili watę, zwykła watę higieniczną . Nie bardzo wiedziałam do czego służy, ale byłam tak nią obładowana, że z trudnością doszłam do domu.
Pamiętam, że banany pachniały jak szampon do włosów.
Pamiętam, jak nienawidziłam , kiedy mama kazała bawić mi się z bratem w Klosa. On był Klosem, strzelał do mnie z pistoletu, a ja musiałam udawać zabitą.
Pamiętam, kiedy pragnęłam zrobić coś dla swojej urody, wydać marne grosze na krem do twarzy. Niestety, w sklepie był tylko krem w zielonej tubce przeznaczony dla kobiet powyżej 30 roku życia. Pamiętam swoje westchnienie “krem dla starych bab”.
Pamiętam ciężko zarobione pierwsze pieniądze (w burakach cukrowych). Za tę pracę kupiłam sobie spodnie, które wieszałam na przeciw swojego łóżka i wpatrywałam się w nie nieustannie. To była jedyna rzecz w moim dotychczasowym życiu, którą tak bardzo szanowałam.
Pamiętam jak po niedzielnych opowiadaniach o “Niewidzialnej Ręce” zorganizowaliśmy podobną grupę, by pomagać ludziom starszym. Napisaliśmy list (list ten mam do dnia dzisiejszego) do pewnej (niczego sobie) staruszki, by zostawiała kankę na mleko na wycieraczce przed drzwiami (zawsze ok.17). Bardzo nam się podobało, że jesteśmy potrzebni i chętnie przynosiliśmy mleko, ukrywając się, by tylko owa Pani nie zobaczyła naszych twarzy, bo przecież zostawialiśmy kartkę z napisem “Niewidzialna Ręka”. Pewnego razu biorąc pustą kankę okazało się, że jest ona cięższa niż zwykle. W kance tej było mnóstwo cukierków czekoladowych, co było dla nas bardzo miłym zaskoczeniem. W ramach rewanżu tym razem obok kanki z mlekiem zostawiliśmy również kwiatki zerwane z ogródka.
Bardzo miło wspominam swoje dzieciństwo, mimo, że czasy były takie , jakie były. Obecnie mieszkam ponad 300 km od Stargardu Szczecińskiego, ale zawsze z wielkim sentymentem opowiadam dzieciom swoje “dzieciństwo”.
Marzena, Łęczna : Urodziłam się w 1973 roku i dobrze pamiętam lata osiemdziesiąte...
Długą przerwę "świąteczną" w szkole, pusty ekran w telewizorze zamiast ukochanego Teleranka i Panów "spikerów-konferansjerów" w wojskowych mundurach.
Jak każde "dziecko komunizmu" stałam posłusznie w kolejkach i myślałam, że tak ma być.
Dla mnie ówczesna rzeczywistość była "normalką".
Normalne było to, że nie ma chleba, pomarańczy, czekolady, mięsa itd., itp.
Nie znałam innej rzeczywistości i przyjmowałam świat z pokorą.
Do dziś pamiętam smak świątecznych pomarańczy, które wystałyśmy z siostrą.
Były słodkie, soczyste i takie nasze!
Bardzo lubiłam oranżadę w woreczkach (czerwoną, zieloną i żółtą).
Nie cierpiałam natomiast czekoladopodobnej czekolady.
Jeśli chodzi o czekoladę, to moja mamusia robiła pyszną "podróbkę" z kakao, margaryny, mleka w proszku i orzechów.
Przepis na tę domową czekoladę mam do dziś.
Ale nie korzystam z niego, kiedy na rynku same oryginały: mleczne, nadziewane z orzechami i bez.
Ach, te lata osiemdziesiąte!
Kartki na mięso, za duże buty (musiałam takie nosić, bo innych nie było - zresztą też na kartki), gazety w ubikacji zamiast papieru toaletowego (nie do zdobycia).
Moje dzieci nie wierzą, że tak było.
Dla nich to kosmos.
Cieszę się, że nie muszą stać w kolejkach i jeść czarnej brei zamiast czekolady.
Wystarczy, że ja pamiętam lata osiemdziesiąte i mogę opowiadać o nich moim dzieciom.
Kamila, Giżycko: Najlepiej pamiętam wyjazdy na wykopki w pierwszych klasach podstawówki. Ciężarówka zabierała nas sprzed szkoły i dowoziła na pole. Dostawaliśmy narzędzia i zbieraliśmy buraki cukrowe, topinambur, czasem ziemniaki. Najgorsze, że najczęściej odbywało się to w sobotę, a więc dzień - teoretycznie - wolny od zajęć szkolnych. Wracałam do domu po zmroku, mama stawiała przede mną ogromny talerz zupy mlecznej, w której pływały zrobione przez tatę zacierki. Dziś tata już ich nie robi - skoro mamy tysiąc odmian płatków kukurydzianych i innych dodatków do mleka. A mnie ich strasznie brakuje...
Anna, Białystok:
Na początku lat 70-tych miałam kilka lat, ale do końca życia święta Bożego
Narodzenia będą mi się kojarzyły z zapachem pomarańczy i "mieszanki"
wedlowskiej, które raz w roku Rodzice dostawali w paczkach z zakładów
pracy.
I nigdy nie pozbędę się odruchu odkładania skórek pomarańczy dla Babci -
pilnowała ich jak skarb, a potem całymi dniami smażyła przepyszną skórkę
pomarańczową do ciast.
Małgorzata Czujko, Warszawa
Fragment tej książki rzeczywiście skłonił mnie do wspomnień, ponieważ
jestem rocznik 1970, tak więc większość wspomnień się pokrywa.A mój mąż
jest
z tego samego rocznika, co autor książki, ale będę pisać tylko o sobie.
PAMIĘTAM: pierwszy magnetofon ,,Grundig" wystany przez tatę w kolejce w
nocy (wcześniej musiał się zapisać na listę społeczną). Trochę się zacinał,
ale słuchałam ,,Lady Punk" :))
PAMIĘTAM: pochody pierwszomajowe i małe papierowe chorągiewki na patyku (zawsze miałam jedną z białym gołąbkiem, a drugą biało-czerwoną)
PAMIĘTAM: dom mojej babci, w którym nie było toalety, a zimą potrzeby
fizjologiczne ,,robiło się” do metalowego wiadra w kuchni
PAMIĘTAM: że zawsze w niedzielę wyjeżdżaliśmy do wujka za miasto na działkę z malutkim domkiem... Za domkiem płynął strumyk, w którym były pijawki. Jedna przyczepiła mi się do nogi
PAMIĘTAM: zawsze w paczce świątecznej( na Wigilię) oprócz innych prezentów, była jedna pomarańcza dla każdego z dzieci
PAMIĘTAM: że przez długi okres czasu w naszym sklepie był tylko ocet
PAMIĘTAM: grube, zimowe rajstopy, których nigdy nie chciałam nosić. Zawsze były w kolorze czerwonym i strasznie,,gryzły"
PAMIĘTAM: oranżadkę w proszku - miałyśmy z koleżanką jedną na spółkę i
zlizywałyśmy ją sobie nawzajem z ręki
PAMIĘTAM: że zakochana byłam na zabój w LIMAHLU- wokaliście, który miał dziwną fryzurę
PAMIĘTAM: zrobiłyśmy w siódmej klasie pasemka wodą utlenioną, a potem
ufarbowałyśmy włosy kalką. Drugiego dnia cała poduszka była zafarbowana na
fioletowo
PAMIĘTAM: skwarki z surowego boczku, jakie smażyła mi babcia. Do dzisiaj
zresztą je lubię, bo kojarzą mi się z dzieciństwem.
PAMIĘTAM: grę w ,,gumę" pod blokiem. Guma była robiona z wielu związanych ze sobą gumek, czasem różnego koloru
PAMIĘTAM: że zbierałyśmy historyjki obrazkowe z gumy ,,Donald"
PAMIĘTAM: że z nudów na lekcjach robiłyśmy takiego diabełka i pisałyśmy:
PIEKŁO_NIEBO. Przypominał dzisiejsze origami. Można było wyliczać, kto,
gdzie się znajdzie po śmierci
PAMIĘTAM: oranżadę w foliowych torebkach (O zgrozo, gdy taka torebka
pękała). Największym szpanem było posiadanie zagranicznej słomki.
PAMIĘTAM: pierwsze kolorowe gumki-frotki, które koleżanka mamy przywiozła mi z zagranicy (chyba z Węgier).
I wiele wiele innych, może kiedyś sama napiszę taką książkę??? To świetny
pomysł!!!
Książka Sylwestra Latkowskiego
...>>>
Zobacz także
Choć Latkowski (autor głośnego dokumentu "My, rugbiści") urodził się w Elblągu, jego wspomnienia są bliskie każdemu, kto dorastał w ostatnich dekadach PRL - nawet jeśli, tak jak on, nie słuchał rocka, nie zaczytywał się w powieściach...
Jeżeli nie wierzysz, że w Polsce była, jest i będzie mafia, nie czytaj tej książki! Nie uwierzysz przecież, że policjanci dorabiający po godzinach w firmie ochroniarskiej chcieli za 50 tys. dolarów od głowy powystrzelać cały zarząd gangu pruszkowskiego. Ofertę złożyli gangsterowi, na którego Pruszków polował. Za darmo pokazali mu próbkę swoich możliwości – spalili nocny klub w centrum Warszawy, zginął człowiek. Jeżeli nie wierzysz w istnienie mafii, to zapytaj, czy schwytano podpalaczy? Nie schwytano! Teraz już wierzysz?!
Wiktor Dłuski, tłumacz i niegdysiejszy redaktor ResPubliki, napisał list do redakcji Gazety Wyborczej (na ręce p. Agnieszki Kublik) w sprawie, mówiąc najkrócej, hipokryzji.
Burmistrz Włoszczowy Bartłomiej Dorywalski zagroził, że poda mnie do sądu, gdy wypomniałem mu zażyłość z szefem miejscowej prokuratury Zbigniewem Cegiełą. Zdjęcie pozostawiam bez komentarza, ku przypomnieniu burmistrzowi.